Wreszcie w Trieście

Pierwszy przystanek na trasie tegorocznych wakacji to Triest. Wyobraźcie sobie nadmorski bulwar - po jednej stronie Adriatyk, w głąb którego wcinają się kamienne mola, cumują statki i eleganckie jachty. Po drugiej - plac wielkości boiska piłkarskiego, otoczony z trzech stron gmachami, które w dzień wyglądają imponująco, a nocą zachwycają oświetleniem. Jest też Canale Grande, który wprawdzie nie robi takiego wrażenia, jak kanały w Wenecji, ale też może dzięki temu w Trieście nie ma tylu turystów. To sprawia, że bez większego trudu można się wtopić w rytm miasta i zobaczyć jego nieturystyczne oblicze.

Z kawowego punktu widzenia Triest jest jednym z najważniejszych miast w Europie. To jeden z największych kawowych portów - dość powiedzieć, że tu trafia większość ziaren sprowadzanych do Włoch. To czuć. Wielokrotnie spacerując po uliczkach zapach palonych ziaren wodził nas za nos. W ten sposób bezbłędnie trafialiśmy do torrefazioni, sklepów gdzie kawę się pali, parzy i sprzedaje na wagę. W jednym z takich miejsce, Cremcaffe na Piazza Goldni 10, zrobiłam nawet małe zakupy. Zapach tej kawy po powrocie do domu - nie do opisania. Żadna paczkowana kawa kupiona w Polsce tak nie pachnie.

Mówiąc o Trieście, nie można nie wspomnieć o illy. Kiedyś rodzinna firma handlująca kawą, dziś jest jedną z najbardziej znanych marek tej branży. Poza paczką kawy illy do Polski przywieźliśmy też illyquore (700ml, 12 euro). Fantastyczne połączenie kawy i likieru. 100 procent arabiki, 30 procent alkoholu. Szczerze polecam. A propos Triestu i napojów alkoholowych - dziś w Trieście reprezentacja Polski siatkarzy rozpocznie grę w mistrzostwach świata. Trzymamy kciuki i wznosimy toast za zdobycie tytułu.
dodajdo.com

1 komentarze:

Miła to dla mnie niespodzianka, bo u mnie na blogu też Triest ;-) Miło się czytało. Muszę tu zostać na dłużej.