Ona, On i... kawa. Lavazza 2011.

Wybrzeże Capri o poranku. Toskański krajobraz w samo południe. Wysoki przypływ w wieczornej Wenecji. Balkon Romea i Julii w Weronie. Nocny ogród we Florencji. Historia miłosna w Neapolu. Sześć zdjęć, sześć historii, sześć intymnych momentów. Jeden wspólny mianownik - miłość. A może raczej próba odpowiedzi na pytanie, co to znaczy zakochać się we Włoszech? Bo właśnie Falling In Love In Italy to temat przewodni 19. edycji kalendarza Lavazza. Być może jest coś takiego w samym powietrzu, co rozpala w ludziach pasje? - zastanawiają się twórcy projektu Lavazza 2011. - Zakochałem się we Włoszech za sprawą specyfiki ludzi, tu jest taka swoista jakość życia, która sprawia, że Włochy są naprawdę wyjątkowe - mówi autor zdjęć, Mark Seliger. Trudno się z nim nie zgodzić.

- Nasz kalendarz na 2011 rok to hołd złożony uniwersalnemu uczuciu, będącemu ponad językami i kulturami – podkreśla Michele Mariani, dyrektor artystyczny projektu – uczuciu które w erze Facebooka i wirtualnych związków ciągle intryguje i wzywa, by je odkryć ponownie. I dlatego postanowiono, że  w sesji wezmą udział prawdziwe pary, które z uczuciem przedstawią "przerwę na kawę" we włoskim stylu, między innymi Olivia Wilde ("Trzynastka" z Dr. House'a) i jej włoski mąż, Tao Ruspoli (muzyk i reżyser).

- Nigdy nie spotkałam nikogo, kto nie zakochałby się we Włoszech po pobycie w tym kraju – mówi Olivia – czy to dzięki architekturze, czy to dzięki ludziom, czy dzięki jedzeniu, po prostu niemożliwe jest nie kochać tego kraju. Okazuje się również, że "Trzynastka" jest wybredna w kwestii kawy: - Na planie Dr. House’a poprosiłam o mały ekspres do kawy. Na początku wyśmiewano się ze mnie, ale mówiłam sobie "później mi podziękują!". I teraz każdy członek obsady zaczyna dzień od filiżanki mojego espresso.

Więcej na temat tegorocznego kalendarza Lavazza można poczytać m. in. na stronie Świata Obrazu. 
Zajrzyjcie również na  www.2011.lavazza.com
dodajdo.com

Anegdotka z warszawskiego podwórka

J. grywa z kolegami w pokera, w każdy poniedziałek w małym klubie w Warszawie - adresu nie podaję, bo nie wiem, czy to do końca legalne ;)
W klubie poza beczkami z piwem i lodówką z napojami stoi też mały, automatyczny ekspres do kawy. W przerwie między jednym rozdaniem, a drugim, J. poleciał do baru zamówić kawę "malutką". Barman przyjął zamówienie, po czym przyniósł jakieś 200 ml kawy. J. pokazał mu filiżanki do espresso, stojące na ekspresie i stwierdził "myślałem, że dasz mi w małej filiżance". A gość na to: "W tym małym? W tym to my mleko do kawy podajemy"...

Cóż, człowiek się uczy całe życie.
dodajdo.com

O tym, jak czekolada uratowała Turyn

Kto z nas choć raz nie zastanawiał się, jak to zrobić, żeby zarobić, ale się nie narobić? Odpowiedź chyba znalazł znany krytyk kulinarny i autor książek, Piotr Adamczewski. Można go usłyszeć w Radiu TOK FM, gdzie czyta swoje felietony. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że pisze je na kolanie tuż przed nagraniem. Ostatnio opowiadał, że był we Włoszech 26 razy, a nigdy nie dotarł do Piemontu. Dopiero niedawno w książce przeczytał o tamtejszej kuchni i właśnie o niej mówił w felietonie. Cóż, ja nie mam tyle tupetu, żeby opowiadać o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia ;) I w Turynie byłam, a co!

Turyn i okolice słyną z białych trufli i potwornie drogiego wina Barolo (kilkaset zł za butelkę), ale z przyczyn tak jakby oczywistych nie dane było mi ich spróbować. Piemont uznawany jest także za ojczyznę zabaglione, a vermuty Martini i Cinzano produkowane są właśnie tam, z regionalnych win i kilkunastu dziko rosnących ziół. Przyznaję - potraktowałam kuchnię Piemontu po macoszemu. Co więcej, nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Sam Turyn wydał mi się tak brzydki i szary, że niczego dobrego po tamtejszych kulinariach się nie spodziewałam i nie bardzo miałam ochotę na testy. Chciałam wyjechać stamtąd jak najszybciej. W porę przypomniało mi się jednak, że Turyn to nie tylko betonowe place, budynki tak równe, że aż boli, przemysł i obskurne przedmieścia.

Co jeszcze? Czekolada! W końcu niektórzy twierdzą, że to turyńczycy wprowadzili czekoladę do Francji. Ile w tym prawdy nie do końca wiadomo, faktem jednak jest, że produkcja czekolady na eksport zaczęła się w połowie XVII wieku i od tamtej pory czekolada jest jednym z głównych produktów tego miasta. Gdyby zostać tam dłużej, pewnie opłacałoby się wykupić ChocoPass, książeczkę z kuponami uprawniającymi do degustacji czekoladowych smakołyków we wszystkich turyńskich historycznych zakładach, cukierniach i fabrykach czekolady. Karnet za 10 euro umożliwia 10 degustacji w ciągu 24 godzin, za 15e - 15 w ciągu 48 godz. Ja miałam tylko kilka godzin, więc ograniczyłam się do zamówienia gorącej czekolady w jednej z kawiarni. W życiu nie piłam lepszej! Mówi się, że czekolada ma tę przewagę nad psychoterapią, że jest tańsza i nie trzeba umawiać się na wizytę. Coś w tym jest. Cała irytacja spowodowana tym, że to miasto nie jest takie, jak sobie wyobrażałam, wzmocniona jeszcze głodem i zarwaną nocą ulotniła się jak kamfora. I właśnie tak czekolada uratowała Turyn!
dodajdo.com

Kilka słów o panu z Cafe Giorno

Mokre włosy, zimne ręce, wiatr uparcie wciska się pod kurtkę... "Hej, Mała, czemu się nie odzywasz?" - pyta Ktoś esemesem. Powiedzieć, że ten chłód przenika mnie na wskroś, że zimno mi od środka, że tonę w bajorze nastrojów i na nic nie mam ochoty? W takie dni jak dziś nie wychodzę z domu, żeby nie psuć innym humoru i nie musieć panować nad złością, która ogarnia mnie z byle powodu (choć oczywiście można by polemizować, czy zgniła pietruszka w sklepie to byle powód). Aż trudno uwierzyć, że dwa tygodnie temu grzałam się na plaży niczym jaszczurka na kamieniu.

Castiglioncello na miejsce plażowania wybraliśmy przypadkiem. Początkowo mieliśmy szukać słońca w Ligurii. Plany uległy zmianie z bardzo prostej przyczyny - im dalej na południe, tym cieplej. Padło więc na Toskanię. A Castiglioncello brzmi ładnie, kojarzy się z Limoncello i akurat było po drodze. Tak więc sprawdziliśmy, czy jest fajna plaża, a kiedy okazało się, że jest - poszukaliśmy sobie miejsca do spania. Muszę Wam powiedzieć, że to był całkiem niezły strzał. Miasteczko jest ładne, plaża przepiękna i prawie pusta. W lokalnych knajpkach menu, jeśli w ogóle było, to tylko po włosku, co potraktowaliśmy jako dobry znak. A po trzech dniach, kiedy zobaczyłam błysk rozpoznania w oku baristy, zrobiło mi się naprawdę miło. Pewnie gdybyśmy tam zostali na dłużej niż tydzień, bylibyśmy "swoi".

Swoją drogą wspomniany wyżej barista z Cafe Giorno zasługuje na kilka zdań tylko o sobie. Każdego ranka stawaliśmy w kolejce po espresso i z podziwem obserwowaliśmy tempo, z jakim przygotowywał kolejne wzorcowe kawy. Espresso jedno za drugim, od czasu do czasu cappuccino. Turystę poznasz po tym, że zamawia cafe latte ;) Kilogramy kaw nikną w okamgnieniu, filiżanki grzechoczą, kolejka do baru szybko przesuwa się do przodu. Un cafe. Prego. Grazie. Nikt tu nie traci czasu na pogawędki, dostajesz kawę, wypijasz ja na trzy łyki i idziesz dalej. Na plotki przychodzi się później, kiedy już przetoczy się fala amatorów porannego zastrzyku kofeiny.

A dziś? Rozgrzewam się grzanym winem i ubolewam nad brakiem kominka. Po raz pierwszy od przeprowadzki zaczynam tęsknić za starym mieszkaniem, bo tam na pewno kaloryfery już grzeją. Dam sobie radę z ta nostalgią... Tylko żeby już nie padało.
dodajdo.com

Romeo, kawę poproszę

Jeśli espresso kosztuje więcej niż 2 euro (8 zł), to znak, że albo jesteście w Polsce, albo... w miejscu przeznaczonym tylko dla turystów. Włoch tyle nie zapłaci.

W Weronie są dwa miejsca tłumnie odwiedzane przez turystów. Jedno to dom Julii, drugie - starożytna rzymska Arena. Na starym mieście wręcz nie sposób się zgubić, prędzej czy później znajdziecie się bowiem przez jedną z tabliczek z napisem "Jeśli pójdziesz prosto/w lewo/w prawo dojdziesz do Domu Julii". A pod domem Julii można napisać swoje inicjały, "kocham Krzyśka" albo namalować serce przebite strzałą. Z kolei Arena jest z zupełnie innej bajki. Zbudowana w I wieku n.e. była miejscem walk gladiatorów, dziś odbywają się tam spektakle operowe. Plac wokół Areny to liczne knajpki i kawiarnie. Kawa, oczywiście, wszędzie powyżej 2 e.

Ale wystarczy zejść z głównego traktu, zignorować kilka tabliczek wskazujących "Casa di Giulietta" i już jesteście w Weronie nieturystycznej, gdzie cafe kosztuje mniej niż 1 euro i nikt nie mówi po angielsku. I przyznam, że właśnie to mi się najbardziej w tym mieście spodobało. Werona historyczna i Werona dzisiejsza to nie są dwa odrębne światy, one się przenikają i wystarczą dwa kroki, żeby zupełnie zmienić klimat. Można schować przewodnik, aparat upchnąć w torbie i spróbować zobaczyć, jak w tym mieście jest naprawdę. Jeśli dobrze opanowaliście podstawowe włoskie zwroty to jest spora szansa, że nikt się nie zorientuje, że nie jesteście stąd. Właśnie tak było w Cafe Anastasia tuż koło kościoła Św. Anastazji. Pan podał nam dwie kawy, a J. dostał jeszcze "La gazzetta dello sport". W kawiarniach i knajpkach jest zwykle taki ruch i gwar, że i tak nikt się nie będzie wsłuchiwał, tylko podadzą wam to, co im się wydaje, że chcieliście dostać. Włoski luz ma swój urok.

Przed wyprawą do Werony nie trzeba się uczyć włoskiego, ale koniecznie trzeba opanować jedno słowo: cavallo - czyli koń, albo raczej konina - specjalność tamtego regionu. Choćby ze względu na zaprzyjaźnionego konia Mefisto ze Sterławek (uratowany przez obecnych właścicieli przed wyjazdem na rzeź do Włoch), myśl o jedzeniu końskiego mięsa nie mieści mi się w głowie.
dodajdo.com

Wreszcie w Trieście

Pierwszy przystanek na trasie tegorocznych wakacji to Triest. Wyobraźcie sobie nadmorski bulwar - po jednej stronie Adriatyk, w głąb którego wcinają się kamienne mola, cumują statki i eleganckie jachty. Po drugiej - plac wielkości boiska piłkarskiego, otoczony z trzech stron gmachami, które w dzień wyglądają imponująco, a nocą zachwycają oświetleniem. Jest też Canale Grande, który wprawdzie nie robi takiego wrażenia, jak kanały w Wenecji, ale też może dzięki temu w Trieście nie ma tylu turystów. To sprawia, że bez większego trudu można się wtopić w rytm miasta i zobaczyć jego nieturystyczne oblicze.

Z kawowego punktu widzenia Triest jest jednym z najważniejszych miast w Europie. To jeden z największych kawowych portów - dość powiedzieć, że tu trafia większość ziaren sprowadzanych do Włoch. To czuć. Wielokrotnie spacerując po uliczkach zapach palonych ziaren wodził nas za nos. W ten sposób bezbłędnie trafialiśmy do torrefazioni, sklepów gdzie kawę się pali, parzy i sprzedaje na wagę. W jednym z takich miejsce, Cremcaffe na Piazza Goldni 10, zrobiłam nawet małe zakupy. Zapach tej kawy po powrocie do domu - nie do opisania. Żadna paczkowana kawa kupiona w Polsce tak nie pachnie.

Mówiąc o Trieście, nie można nie wspomnieć o illy. Kiedyś rodzinna firma handlująca kawą, dziś jest jedną z najbardziej znanych marek tej branży. Poza paczką kawy illy do Polski przywieźliśmy też illyquore (700ml, 12 euro). Fantastyczne połączenie kawy i likieru. 100 procent arabiki, 30 procent alkoholu. Szczerze polecam. A propos Triestu i napojów alkoholowych - dziś w Trieście reprezentacja Polski siatkarzy rozpocznie grę w mistrzostwach świata. Trzymamy kciuki i wznosimy toast za zdobycie tytułu.
dodajdo.com

Mamma Mia karkonoska

w tym roku trochę z przekory, a trochę z ciekawości miast egzotycznych krajów eksploruję na urlopie Polskę. A dokładnie Karkonosze oraz jeleniogórską Dolinę Pałaców. I dziś odkryłam taką perełkę, że specjalnie męczę się i piszę kciukiem przez komórkę,by się z Wami podzielić wrażeniami.
Zaczęło się od rozczarowania. Po morderczej - jak dla mnie - wspinaczce na Śnieżkę i wykańczającym zejściu, liczyłam, że Karpacz przywita nas wyborem uroczych restauracyjek. Błąd. Długa ul. Konstytucji 3 Maja to rządek lichych jadłodajni, głównie stylizowanych na drewniane karczmy lokali, puszczających w tle ścinającą mózg muzyczną sieczkę radia eska, serwujących tonące w śmierdzącym, nawet na oko starym tłuszczu żarcie typu golonka, ziemniaki, kiełba i żeberka. Blee. Nie tego szukaliśmy.
Byliśmy gotowi spędzić ten dzień na zmiażdżonych w plecaku kanapkach z pasztetem popijanych herbatą z termosu i metaxą z piersiówki, gdy doszliśmy do początku ul. Konstytucji, na obrzeżach Karpacza.
Stoi tam w niepozornym domku trattoria Mamma Mia. Otwarte od wtorku do niedzieli, od 15. Już mi się spodobał ten dystans do pogoni za kasą. Weszliśmy.
Czas zwolnił. Bezpretensjonalne wnętrze przywitało nas saksofonem sączącym się w tle. Menu włoskie. Uprzedzają, że na dania się czeka,bo są robione po zamówieniu i bez pośpiechu. Zamówilam bruschettę oraz tagliatelle emillia (borowiki, cukinia, czosnek i oliwa) a Piter poprosił o zupę soliankę i poledwiczki w szynce parmeńskiej.
I wtedy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam jak pani z kuchni zrywa listki ziół z ogródka. Więcej mi nie było trzeba.
Potem było już niebo w gębie. Karmiliśmy się galązkami rozmarynu i zachwycaliśmy zapachem liści mięty. Jedzenie było tak wyborne,że stwierdziłam,że Wam nie napiszę o troszkę rozwodnionym espresso.
Teraz umieram z przejedzenia na drodze do Szklarskiej Poręby, wijącej się jak serpentyna. I boli mnie kciuk;) miałam Wam napisać, że jak będziecie w Karpaczu, odwiedźcie Mamma Mia. Ale prawda jest inna: wybierzcie się do Karpacza, by tam zjeść.
Magdaro
dodajdo.com

Italia? Si!

Ambitny plan był taki: jadę do Włoch i opisuję wszystkie fajne kawowe miejsca, zupełnie jak w Polsce. Bardzo szybko okazało się, że tak się nie da. Gdybym chciała opisać wszystkie te kawiarnie, w których przez prawie trzy tygodnie "studiowałam kawologię", zabrakłoby miejsca w internecie. 

Mówi się, że nigdzie kawa nie smakuje tak dobrze jak na pierwszej stacji benzynowej we Włoszech. Potwierdzam! Niezależnie od tego, z której strony przekracza się granicę, pierwsza kawa uświadamia nam, że dotarliśmy na miejsce. Tym razem tę "pierwszą włoską" kawę piłam w Trieście. Kiedyś wydawał mi się mało włoski i kojarzył raczej z Chorwacją, niż Italią, tym razem jednak rozsiadłam się w pierwszej lepszej kawiarni (z widokiem na tę niebieską ścianę ze zdjęcia) z prawdziwą przyjemnością. - No, to jesteśmy na wakacjach - stwierdziłam delektując się espresso. - Tak? A po czym to się poznaje? - zapytał J.  - Po tym, że jesteśmy we Włoszech.

I tak to właśnie wyglądało. Pierwszy włoski dzień, to Piazza Unitá d'Italia, olbrzymi plac, z trzech stron otoczony budynkami, a z czwartej otwarty na morze, spacery śladami Jamesa Joyce'a, smakowanie kolejnych kaw, zakupy w palarni, koty leniwie wylegujące się na parapetach i narastająca ekscytacja - bo przecież już jest tak dobrze, a będzie jeszcze lepiej, więcej, inaczej...

O tym wszystkim "lepiej", o inspiracjach, wrażeniach, smakach i kawowych przygodach będę dla Was pisać w najbliższych dniach, więc zaglądajcie koniecznie. Kawowy is back!
dodajdo.com

Coffee Bike. Powered by Polskanarowery.pl

Jeszcze chwile musicie poczekać na nasze autorskie posty (obiecujemy powrót w wielkim stylu;), ale już dziś dzielę się z Wami ciekawym materiałem, który nam podrzucił Bohdan z serwisu Polskanarowery.pl.
Rzecz dotyczy Rwandy:
Rwanda to państwo, którego pełna cierpienia, bratobójczych walk między Tutsi i Hutu wyniszczająca wojna domowa, sprawiła, że wiele osób żyje w skrajnym ubóstwie. W 2005 roku Tom Ritchey, Amerykanin na co dzień zajmujący się produkcją profesjonalnych ram kolarskich, wybrał się w podróż na dwóch kółkach po tym afrykańskim kraju. Kiedy jechał przez niewielkie pola pełne kawowców, wpadł na pomysł, jak chociaż trochę pomóc Rwandyjczykom.

O ciekawej akcji zaradnego Amerykanina możecie przeczytać więcej tutaj oraz na stronie akcji.

Ja zaś polecam Wam gorąco przy tej okazji znakomity reportaż Jeana Hatzfelda, "Strategia antylop" (fragment). Po tej lekturze, już nigdy nie zapomnicie, gdzie leży Rwanda. I chociaz wydaje się, że konflikt dotyczy tak odległego kraju, że równie dobrze mógłby się dziać na Marsie, to jednak schematy zachowań i instynkty są przerażająco uniwersalne. To jedna z tych książek, które poszerzają horyzonty. Niestety o takie perspektywy, o których oczywiście wygodniej jest nie myśleć. Polecam.


ps: oddalam się na wyczekiwany urlop, ale I.nna jest już w drodze z Toskanii z zapasem tematów w bagażu podręcznym. doniosłam jej, że blog zapuszczony jak podrzędna plantacja i gotowiście zbojkotować nasze spóźnione zadośćuczynienia;)
Magdaro
dodajdo.com

Kawa z Frankiem

Frank Sinatra to w mojej kuchni pozycja tak samo obowiązkowa jak oliwa i kawa. Zakochuję się w nim co roku jak tylko temperatura spada poniżej 20 stopni. Jak dla mnie przy żadnej innej muzyce kawa nie smakuje tak, jak z Frankiem. I nie ma lepszego "ocieplacza" w zimie.

Dzisiaj jeszcze mamy sierpień, ale pogoda już bardziej sprzyja gorącym napojom niż w ostatnich tygodniach, więc mam dla Was coś od Franka. The Coffee Song. W dwóch wersjach. Osobiście jestem fanką wersji pierwszej, z cudownym kontrabasem w tle. Sinatra pierwszy raz wykonał tę piosenkę w 1946 roku. Autorem dowcipnego tekstu jest Bill Hillard. Oczywiście nie zwracajcie uwagi na radosną twórczość autorów pierwszego materiału (doprawdy, nie wiem, co tam robi "Dziewczyna z perłą" Vermeera ;)))))
Have a good cup of coffee!




dodajdo.com

Dwa bażanty i "expresso"

W moim miasteczku na obrzeżach Warszawy przerobili ostatnio dwa stare garaże przy głównej ulicy. Teraz dumnie noszą nazwę "Karczma Dwa Bażanty", a w menu można znaleźć - oczywiście stali czytelnicy pewnie się już domyślają - expresso.

Nieprawidłowe wymawianie nazw zapożyczonych z innych języków jest u nas powszechne. W kwestii kawy obie z I.nną jesteśmy purystkami, ale litościwymi. Wybaczamy konsumentom (pamiętacie akcję z "kafe lejt z mlekiem";), za to nasza litość kończy się w przypadku profesjonalistów. O ile użycie błędnej nazwy przez jakiegoś przedsiębiorczego mieszkańca małego miasteczka mnie nawet rozczula, o tyle reklama nowego produktu Carte Noire "Expresso" już lekko jeży sierść.
Z zawodu jestem PRowcem, wiec doskonale jestem w stanie sobie wyobrazić tłumaczenie producenta. Otóż wspomniana kawa niewątpliwie "stanowi nową jakość na rynku kaw, nawiązując do tradycji espresso, odpowiada jednak na potrzeby człowieka nowoczesnego". Expresso to zapewne nazwa tej nowej jakości właśnie (zniewalającej, jak mówi claim), a nie jakiejś tam kawy o wiekowej tradycji. To wymyśliłam ja, Magdaro. Ale stawiam dolary przeciw orzechom, że o to chodzi.

Trwa właśnie duża kampania reklamowa "Expresso" (aż mnei boli jak to piszę) - to dzieki niej trafiłam na stronę producenta, na której jest napisane, czym "Expresso" przewyższa włoskie espresso. Polecam zajrzeć, mozna sie usmiać: zniewalajaceexpresso.pl.
Jakby się dłużej zastanowić, to paradoksalnie, nietrafiona nazwa nowego produktu Carte Noire jest zupełnie na swoim miejscu. Bo niby co "Expresso" ma mieć wspólnego z napojem przygotowanym w ten sposób i chronionym jako dobro narodowe?

Myślę, że w karczmie "Dwa Bażanty" już nigdy nie poprawią tego błędu w menu. Przecież teraz w telewizji, w sieci i na bilbordach będą nam tłukli do głów nowy marketingowy shit. Same błedy w wymowie potrafią być czasami rozczulające, poruszałyśmy już ten temat i tu i tam. Ale zakłamywanie rzeczywistości jest jakieś takie obciachowe, po prostu.
Cała akcja przypomina mi bowiem opowieśc koleżanki. Kaśka na jakimś przydrożnym straganie na warszawskich Szmulkach widziała buty, których producent nie mógł sie chyba zdecydowac, kogo podrobić, więc nazwał buty "Adinajki". "Expresso" Carte Noire to właśnie takie adinajki. Oczywiście można sobie tych produktów używać i być szczęśliwym, ale ja wstawiam "Expresso" na półkę z tymi radosnymi produktami.

dodajdo.com

Pozdrowienia z Saskiej Kępy

Tak się składa, że autorki bloga są ostatnimi czasy bardzo zajęte - Magdaro ma na głowie remont, a ja przeprowadzkę. Sama nie wiem, czy gorzej jest się potykać o worki z cementem, czy o pudła, które zawsze okazują się zbyt mało dokładnie opisane.

Mimo wszystko uważam, że takie zmiany są bardzo potrzebne. Mam wrażenie, że większość kłopotów, czy to w związku, czy w pracy, bierze się z nudy. Gwarantuję Wam, że przeprowadzka zapewnia wiele nowych emocji. Mnie dodała skrzydeł, choć oczywiście były momenty, że miałam tego całego zamieszania serdecznie dość. Pewnie prędzej czy później odezwą się sentymenty, zatęsknię za starym mieszkaniem, listonoszem i sąsiadką spod ósemki, ale teraz... Teraz czuję się jak na wakacjach, choć miasto pozostało to samo, zamieniłam jedynie Mokotów na Saską Kępę. Chodzę więc z psem na długie spacery, zwiedzając przy okazji okolicę. Notuję w myślach gdzie szewc, a gdzie pralnia, szukam dobrego pieczywa, a wieczorami próbuję nie pomylić podwórek, które wszystkie wyglądają podobnie. Zaskakująco szybko polubiłam się z tą dzielnicą i mam nadzieję, że tutejsze kawiarnie mnie nie rozczarują. Na razie jest dobrze. Mam już w zanadrzu dobry adres dla miłośników słodkości i wkrótce się nim z Wami podzielę. 
dodajdo.com

Świeżo Palona

Sama nie wierzę w to, co się dzieje. Jest sobota rano, godz. 6:50 (yes!). A ja nie śpię. Pomińmy powody profanacji sobotniego poranka. Skupmy się na tym, co mam o tej porze w filizance. Bo warto.

Jeśli wpadlibyście dzisiaj do mnie na kawę, zaserwowałabym Wam napój prosto z jednej z najlepszych plantacji kawy na świecie - Sigri, znajdującej się na wyspie Nowa Gwinea. No, może nie całkiem prosto, bo ziarna po dotarciu z Nowej Gwinei do Polski zostały wypalone w jednej z polskich palarni. Ale to tylko in plus. Papua New Guinea AA Grande Sigri, bo tak dokładnie nazywa się kawa, jest znakomitą towarzyszką poranków (choć dla śpiochów, których rano najlepiej budzić młotem pneumatycznym, będzie trochę za słaba). To taka kawa-flirciara, kawa-zjawa. Uwodzi aromatem (ech, jak wiele określeń dla kawy jest wyświechtane przez reklamy), ale po skosztowaniu zaskakuje - jest bardzo delikatna, nie jest kwaśna, idealnie wyważona, lekko gorzka, z wyczuwalną nawet dla laików owocową nutą. Klasa.
Papua New Guinea AA Grande Sigri została wyhodowana w poł. XX wieku ze szczepu Jamaica Blue Mountain (uhm) i rzeczywiście jest do niej trochę podobna. Jest to jedna z tych kaw, które można pić na wszelkie sposoby. Smakuje równie dobrze z ekspresu ciśnieniowego jak i z kawiarki, czy po prostu zalana wrzątkiem. Byle wcześniej świeżo ją zmielić.

Oczywiście nie pisałabym tego, gdyby był to jakis nieosiągalny zwykłemu śmiertelnikowi cymes. Grande Sigri podsunął mi Paweł ze Świeżo Palonej (www.swiezopalona.pl) - butiku internetowego z kawą oraz akcesoriami kawowymi. Polecam zajrzeć. Wybór jest ciekawy a ceny naprawdę przystępne.

Na koniec ogłoszenie. Paweł był tak miły, że czytelnikom Kawowego zafundowal 15% zniżki (prawda, że miły?). Myślę, że warto się skusić na małe zakupy...;)
dodajdo.com

Jazzowe truskawki

J. twierdzi, że skoro jest czerwiec i są mistrzostwa świata, to muszą być truskawki. Cóż, generalnie się zgadzam, choć faceci ganiający za piłką nie są mi do niczego potrzebni. No, chyba, że są to moi ulubieńcy z Wybrzeża Kości Słoniowej i właśnie wymieniają się z kimś koszulkami. Wtedy, owszem, uważam, że mistrzostwa świata mają sens. W pozostałych momentach - wystarczyłyby same truskawki...

A tak poważnie mówiąc, sezon na truskawki jest w pełni, co wykorzystują niektóre kawiarnie i restauracje, przygotowując specjalne, truskawkowe menu. I bardzo dobrze! Szczególnie przypadły mi do gustu propozycje Jazz Bistro, między innymi chłodnik truskawkowy z nutką wanilii i chrustem z tortilli (17 zł) oraz eskalopki z polędwiczki wieprzowej w pieprzu pomarańczowym z truskawkami w balsamico i świeżą rucolą (34zł). Są naprawdę wspaniałe. Jeśli chodzi o kawę - piłam cappuccino (8 zł) i było bez zarzutu. A jeśli dodać do tego, że w Jazz Bistro codziennie jest muzyka na żywo (polecam zwłaszcza środy, kiedy jest pianino i kontrabas), to faceci naprawdę mogą się schować z tymi swoimi idiotycznymi mistrzostwami!

Jazz Bistro
ul. Piękna 20, Warszawa
www.jazzbistro.pl
dodajdo.com

Co przedstawia to zdjęcie?


Mnie od razu skojarzyło się z próbnikiem kolorów, ale to pewnie dlatego, że od kilku dni zastanawiam się na jaki kolor przemalować pokój. Przyznam, że kolorystyka przedstawiona jest mi bliska, i nawet trochę żałuję, że nie ma patyczka pod tytułem "white chocolate", bo już byście wiedzieli, jaka będzie wkrótce moja sypialnia :)
Ale wracając do tematu - to co widzicie na zdjęciu, to kawa na patyku, gadżet z serii "czego to ludzie nie wymyślą". Wystarczy włożyć go do wrzątku, pomieszać i mamy gotową kawę 3w1 - do wyboru, do koloru. Cóż... Prezentuje się znacznie ciekawiej niż saszetki, ale smakuje pewnie podobnie. Dlatego wątpię, bym się skusiła na tego typu nowość, no chyba, że miałby służyć tylko jako tester kolorów.

dodajdo.com

Jak brzmi włoska ulica

Oczywiście pierwszym dźwiękiem, jaki przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Italii, jest grzechot filiżanki stawianej na spodku. Ten odgłos jest wszechobecny, słyszalny niezależnie od tego, czy jesteśmy na stacji benzynowej, czy w przytulnej kawiarni. Łatwo jednak wyobrazić, że Włochy mogłyby brzmieć tak:


Kiedy przymykam oczy, widzę Triest, kawiarnię w bocznej uliczce i stolik z widokiem na bezpańskie koty grzejące się na murku starej kamienicy. Kiedy tam byłam, przy sąsiednim stoliku dwóch dziadków grało w karty, czas sączył się leniwie, i gdyby to był film, ta piosenka mogłaby być tłem dla takiego obrazka. Kto by pomyślał, że tak gra austriacki zespół?

Kilkanaście lat temu, w Salzburgu, spotkało się kilku muzyków: gitarzysta Robert Wolf (do tej pory stale koncertował z zespołem Paco de Lucia), saksofonista Mulo Francel (uznany jazzman i członek większych zespołów filharmonicznych), basista D.D. Lowka (wprawiony w muzyce latynoamerykańskiej), oraz Andreas Hinterseher (kultywujący ludową muzykę akordeonową Paryża). Spotkanie było przypadkowe, zaaranżowane na potrzeby telewizji. Wkrótce jednak wspomniana czwórka rozpoczęła bliższą współpracę i powstało Quadro Nuevo. Tango, muzyka orientalna, francuski walc musette, flamenco, muzyka filmowa, włoskie canzony. Wszystkie te gatunki wykonują ze smakiem, wszystkie wydane przez nich albumy (a jest ich ponad 10) otrzymywały Niemiecką Nagrodę Jazzową oraz osiągały wysokie miejsca w pierwszej dziesiątce wydawnictw jazzowych na świecie. Mimo to nigdy o tym kwartecie nie słyszałam, tym bardziej więc dziękuję Tilo za podesłanie "kawowego" swingu, a Wam polecam posłuchanie również innych utworów tej grupy.

Przy okazji ciekawa jestem, czy są takie piosenki, które kojarzą Wam się z jakimś konkretnym miejscem?
dodajdo.com

Palm Cafe. Zdecydowanie lepszy róg.

Dzisiaj coś optymistycznego i nie z Warszawy. Już ten fakt powinien Was zachęcić do przeczytania tego wpisu.

W całym swoim krótkim życiu byłam we Wrocławiu może z pięć razy, więc nie znam tego miasta dobrze i wpis nie będzie rankingiem wrocławskich kawiarni. Za to jeśli tak jak ja, będziecie tam przejazdem, polecam Wam po spacerze po wrocławskim Rynku usiąść w Palm Cafe na Oławskiej.

Przyjemna kawiarnia z dużymi oknami, ciekawym, przestronnym wnętrzem, to strzał w dziesiątkę i rewelacyjny następca sklepu odzieżowego, który zajmował wcześniej tą rewelacyjną miejscówkę na rogu Oławskiej i Świdnickiej. Jeśli załapiecie się na dobre miejsce (polecam przy oknach od Oławskiej), to możecie sobie popijać kawę i obserwować ruch na Rynku i pobliskich uliczkach. Zaiste, przyjemne to.
Cieszę się, że właściciele nie ulegli pokusie i nie zrobili z tego miejsca dwupoziomowej sieciówki napchanej stolikami i mieszaniną foteli i krzeseł, w której co chwila ktoś cię potrąca. A mogli tak przecież zrobić i pokusa na pewno była dużo - więcej miejsc to większa "przepustowość" i większy utarg. Dlatego doceniam to i poczytuję właścicielom za duży plus.

Espresso dobre. Ceny średnie - teraz już dobrze nie pamiętam, bo to było miesiąc temu - ale cena espresso chyba w okolicach 6 PLN. Latte około 10 PLN. Dodatkowo Palm Cafe serwuje świetne desery, a bardziej głodni mają do wyboru kilka przekąsek. Wypieki mozna tez wziąć na wynos. Właściwie moja jedyna drobna uwaga, to gołe nogi kelnerek. Ale to kwestia estetyki. Moim zdaniem, kobieta w takich warunkach powinna bezwzglednie nosić rajstopy. Bo blade, zmęczone od stania nóżki naprawde nie prezentuja się dobrze w krótkiej spódniczce, nie mówiąc o tym, ż nie licują z wnętrzem w klimacie glamour. Poza tym drobnym szczegółem obsługa miła i profesjonalna.
Byłam pewna, że pisząc o tym miejscu na Kawowym, dokładne nazwy deserów i dań oraz ich ceny wezmę ze strony internetowej, dlatego ich nie notowałam. Ale się przeliczyłam. Strona www.palmcafe.pl to na razie tylko wizytówka.

Tym niemniej, wierzcie mi na słowo. Palm Cafe szau może nie robi, ale jednak 4 gwiazdki można mu przyznać. Warto się wybrać i odpocząć. Tylko uważajcie na fotele - oparcia nie sięgają głowy i rzucając się w otchłań takiego siedziska można - jak ja - zupełnie poważnie uderzyć się potylicą w ścianę. Co odbiera trochę przyjemności z kontestowania wnętrza i zewnętrza;)

Palm Cafe Snack&Sandwich
Wrosła, ul. Oławska 1
www.palmcafe.pl
dodajdo.com

Kawiarnie w centrum Warszawy obniżają loty. [Dla ludzi o mocnych nerwach]

Przykro mi, ale muszę to powiedzieć. Warszawska ulica Chmielna i jej okolice powoli stają się dla mnie miejscem obleśnych gastronomicznych oszustów. A to ci zaserwują latte z posypką z kakao instant, a to ci kelnerka rzuci talerzem po godzinie oczekiwania, a to ci kulkę lodów owiną we włosa. Czy tak powinno wyglądać centrum stolicy w XXI wieku?

Czasami nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niektóre lokale gastronomiczne w centrum założyli po prostu kolesie ze złotymi łańcuchami, którzy się dorobili na Stadionie X-lecia sprzedając adinajki, purmy i inne podróby. Zainwestował taki potem w marmury w łazience, bmw, a żonie sprawił knajpę w świetnej lokalizacji.

Ulica Chmielna testowała moją cierpliwość wiele razy. Zdzierżyłam burkliwą paniusię w Między słowami, udało mi sie nie zwymiotować na widok włosa w sałatce w Świętej Pamięci Centorino, jakoś przeżyłam naleśnika przypominającego podeszwę od kalosza w Cafe Almondo czy problemy żołądkowe po wizycie w Bordo. Ale wczoraj miarka sie przebrała.

Wczoraj bowiem, Moi Kochani, miało miejsce comiesięczne spotkanie z moimi dobrymi znajomymi ze studiów (pozdrowienia dla PR Teamu!). Zaproponowałam spotkanie w Lorelei (www.lorelei.pl), na ul. Widok 8 (równoległa do Chmielnej), który to lokal polecił mi znajomy. Dzisiaj już wiem: z kawiarnią czy restauracją jest jak z mieszkaniem, musisz ją zobaczyć i w nocy, i za dnia. Ja w Lorelei byłam wczesniej raz, w nocy, po kilku drinkach było mi własciwie wszystko jedno. Ale kiedy wczoraj tam weszłam po południu, zbladłam. Na kanapie leżało podziurawione coś, co było kiedyś pokrowcem. Było zmięte, ukurzone, brudne po prostu, pełne okruchów. Stolik był niewytarty, krzesła za wysokie i nie można było zmieścić nóg pod stołem. Zamówienia przy barze, luz. Poszliśmy po frytki, sałatkę caprese i makaron. Paliłam się ze wstydu, kiedy mój kumpel głodny jak wilk dostał garstkę penne (na moje oko 50 g) w sosie koloru łososiowego, bo łososia to tam nie widziałam. W cenie tego żałosnego makaronu, można dostać rewelacyjną pastę z truflami w Pasta i Basta. Caprese wyglądała żenująco. Nie wiedziałam, że można tak cienko pokroić mozarellę, brawo dla kucharza i jego noża. Jak również całość pokrywało coś, co w menu nazwane było "pesto", a wygladało i smakowało jak starte ogórki kiszone.
Na stronie Lorelei pisza, że za dnia można tam spokojnie pogadać bez przekrzykiwania się. Myślę, że moi przyjaciele w komentarzach poświadczą, jak to miło się tam rozmawia.
Podsumowując, w Lorelei jest za drogo i obleśnie. Chciałabym niniejszym powiedzieć włascicielom, że nazwanie lokalu "klubokawiarnią" nie zwalnia ze sprzątania. A czasy, kiedy outsiderskie klimaty utożsamiało się z brudem i niedojadaniem też już minęły.

Skończyliśmy piwo i wyniesliśmy się z Lorelei. Niczym z deszczu pod rynnę, poszliśmy na Chmielną. Zdegustowani i zażenowani, usiedliśmy w "Czekoladzie".
Uważam, że jakiś związek producentów czekolady czy coś w tym stylu powinien tej kawiarni wytoczyć proces. I znowu się pytam: czy był jakiś strajk służb sprzatających, o którym nie wiem? I co do cholery robi warszawski sanepid?!
Zapewniam Was, że w lokalu "Czekolada" w Warszawie, na Chmielnej 28 (nie mylić z pijalnią czekolady BCC po drugiej stronie ulicy) nie trzeba zamawiać kawy, żeby podnieść sobie ciśnienie. Wystarczy iść do WC. Poczujecie się jak w "Testosteronie" oraz "REC" naraz. Najpierw dostaniecie kluczyk. Będziecie próbowali otworzyć pierwsze drzwi, które jednak będą otwarte. Wtedy znajdziecie się na obleśnej klatce w kamienicy. Obok windy będzie dwoje drzwi. Jeśli Wam sie uda, traficie we właściwe. Te trzeba będzie otworzyć. Uwaga, w środku jest brudno jak w robotniczym kiblu, ale nie martwcie się, to jest miejsce, w którym myją ręce ludzie, którzy właśnie w tym czasie szykują Wam jedzenie, co można poznac po tym, że nad umywalką będzie instrukcja mycia rąk - żeby się sanepid nie przyczepił (sic!!!).
Po tej przygodzie wróciłam do stolika pod parasolem z wrażeniem, jakbym wyszła przez jakąś szafę z Narni, tylko opanowanej nie przez Białą Królową, a potwory z reklamy Domestosa. Na stoliku stało już moje latte z posypką z kakao instant (!), a obok tarta jabłkowa z kulką lodów. Lodów włoskich. Tak, tak, Kochani. Co wrażliwsi moga dalej nie czytać. Wokół moich lodów owinięty był tak z kilkunastocentymetrowy czarny włos. Widac, że właściciel włosa się zdrowo odzywia, bo włos gruby i lśniący. Dwóch chłopaczków robiących za kelnerów nie od razu zczaiło, o co mi chodzi, że tak rzucam im to posuwistym ruchem na bar. Ale potem ten bystrzejszy zaczął, nie wiem po co, tego włosa z kulki wyciągać - cudny widok. Może chciał sprawdzić długość i znaleźć właściela. Tych cudownych przeżyć nie wyparł fakt przyniesienia mi gratis (zdziwiłam się, że na to wpadli) ogromnej porcji tortu czekoladowego.

No cóż, myslę, że wybaczycie mi tym razem, że nie napisze, jaką kawę podają w "Czekoladzie" i "Lorelei", prawda? A może ktos z Was chciałby sie tam wybrac i sprawdzić, czy to był tylko wypadek?

Z przykrością po prostu muszę oświadczyć, że testowanie lokali w okolicach Chmielnej. uważam za zakończone. Zbyt wiele razy płaciłam tam zbyt wysokie rachunki za podobne obrzydliwości. Prawdziwych smaków poszukujcie w innych miejscach w Warszawie. Czasami warto pojechać na Ochotę, Saską czy Pragę, by nie tylko dostac to, za co się płaci, ale też podziwiać piękne i czyste wnętrza.
Magdaro
dodajdo.com

Trzy zdania o Między słowami

"Między słowami" lubię za lokalizację. Teoretycznie - Chmielna 30. W praktyce - urokliwe podwórko odnowionej kamienicy, do którego prawie nie dociera gwar Chmielnej, nawet jeśli wędrują nią tłumy. Zawsze siadałam na zewnątrz, na jednym z bambusowych foteli, więc o wnętrzu wam nie opowiem, choć na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem przyjemne. Ale największy atut tego miejsca to "ogródek". Rok temu o tej porze parapety wszystkich okien wychodzących na podwórko uginały się pod skrzynkami czerwonych pelargonii. Donice z tymi kwiatami stały również w kilku innych miejscach i wyglądało to fantastycznie.

W tym roku pelargonie jeszcze nie kwitną, więc miejsce od razu traci kilka punktów. Poza tym trafiłam tam tuż przed niedzielnym oberwaniem chmury. W środku tłoczno i duszno, więc siedliśmy na zewnątrz. Chwilę później lunęło. Niespecjalnie mi to przeszkadzało - siedzenie pod parasolem, wokół którego momentalnie wyrosła ściana deszczu miało swój urok. Niestety, kelnerka chyba nie podzielała tego zdania. Z krzywą miną podano nam karty, a realizacja zamówienia trwała tyle, że śmiem przypuszczać, że obsługa czekała, aż przestanie padać.

Espresso kosztuje 6 zł i nie jest to żadna rewelacja (na 3+). Uważam również, że 8 zł za czekoladę z proszku, to zbyt wygórowana cena. Tosty i kanapki zaczynają się od 9 zł. Trochę drogo. Można byłoby uznać, że to miejsce jest tego warte, ale... No właśnie, znowu wracamy do obsługi. Ja naprawdę nie wymagam od pracowników kawiarnii gracji baletnicy. Kiedy jednak ktoś stawia przede mną talerz na tyle głośno, że cichną rozmowy przy stoliku obok, to chyba coś jest nie tak. I - niestety - nie mogę powiedzieć, że widocznie kelnerka miała "zły dzień", bo ten styl obsługi zwrócił moją uwagę już kiedy byłam w Między słowami wcześniej. Staram się być miła dla ludzi, którzy coś dla mnie robią, zazwyczaj metoda "uśmiech za uśmiech" działa. W tym przypadku nie, i wiecie co? Chyba jeszcze nigdy nie korciło mnie tak bardzo, żeby sobie stamtąd pójść nie płacąc rachunku ;)

Między słowami
ul. Chmielna 30, Warszawa
dodajdo.com

Z gwiazdą na kawę

Robert De Niro wziął niedawno udział w charytatywnej aukcji Centrum Roberta F. Kennedy'ego, organizacji walczącej o przestrzeganie praw człowieka. Zaoferował możliwość umówienia się ze sobą "na kawę". Znalazł się fan, gotów zapłacić za to spotkanie 8,5 tysiąca dolarów, czyli prawie 30 tysięcy złotych. Wiadomo, że nie o napój tutaj chodzi, tylko towarzystwo, ale przypuszczam, że to będzie najdroższa kawa w życiu tego człowieka.

Robert De Niro i Al Pacino w scenie z filmu Gorączka

Zaczęłam się zastanawiać, czy jest taka osoba, z którą sama tak bardzo chciałabym się spotkać? Jasne, że gdyby z propozycją kawowego spotkania wystąpił Matt Damon czy George Clooney, to popędziłabym na nie od razu, nawet jeśli mielibyśmy popijać Nespresso ;) Ale mówiąc poważnie - to wcale nie jest takie oczywiste. Nigdy nie zbierałam autografów, nie wieszałam sobie plakatów idoli na ścianach. Spotkanie z Clooneyem wydaje się mało prawdopodobne, a nasze rodzime gwiazdy (a czasem raczej "gwiazdy"), jakoś nie robią na mnie wrażenia. Może dlatego, że większość z nich miałam okazję poznać. Wiele takich spotkań wspominam bardzo miło, ale - niestety - równie często rozmowy z tymi ludźmi były... rozczarowujące. Inna sprawa, że pewnie podczas kontaktów z dziennikarzami zachowują się zupełnie inaczej, niż prywatnie. Stawiałabym więc raczej na autorytet w jakiejś dziedzinie niż aktora, muzyka czy osobę "znaną z tego, że jest znana", ale żadne konkretne nazwisko nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Ja chyba po prostu wolę spotykać się ze "zwykłymi" ludźmi. Mniejsze ryzyko rozczarowania, nie mówiąc już o aspektach ekonomicznych.

A Wy? Z kim chcielibyście pójść na kawę?
dodajdo.com