Coffee Bike. Powered by Polskanarowery.pl

Jeszcze chwile musicie poczekać na nasze autorskie posty (obiecujemy powrót w wielkim stylu;), ale już dziś dzielę się z Wami ciekawym materiałem, który nam podrzucił Bohdan z serwisu Polskanarowery.pl.
Rzecz dotyczy Rwandy:
Rwanda to państwo, którego pełna cierpienia, bratobójczych walk między Tutsi i Hutu wyniszczająca wojna domowa, sprawiła, że wiele osób żyje w skrajnym ubóstwie. W 2005 roku Tom Ritchey, Amerykanin na co dzień zajmujący się produkcją profesjonalnych ram kolarskich, wybrał się w podróż na dwóch kółkach po tym afrykańskim kraju. Kiedy jechał przez niewielkie pola pełne kawowców, wpadł na pomysł, jak chociaż trochę pomóc Rwandyjczykom.

O ciekawej akcji zaradnego Amerykanina możecie przeczytać więcej tutaj oraz na stronie akcji.

Ja zaś polecam Wam gorąco przy tej okazji znakomity reportaż Jeana Hatzfelda, "Strategia antylop" (fragment). Po tej lekturze, już nigdy nie zapomnicie, gdzie leży Rwanda. I chociaz wydaje się, że konflikt dotyczy tak odległego kraju, że równie dobrze mógłby się dziać na Marsie, to jednak schematy zachowań i instynkty są przerażająco uniwersalne. To jedna z tych książek, które poszerzają horyzonty. Niestety o takie perspektywy, o których oczywiście wygodniej jest nie myśleć. Polecam.


ps: oddalam się na wyczekiwany urlop, ale I.nna jest już w drodze z Toskanii z zapasem tematów w bagażu podręcznym. doniosłam jej, że blog zapuszczony jak podrzędna plantacja i gotowiście zbojkotować nasze spóźnione zadośćuczynienia;)
Magdaro
dodajdo.com

Kawa z Frankiem

Frank Sinatra to w mojej kuchni pozycja tak samo obowiązkowa jak oliwa i kawa. Zakochuję się w nim co roku jak tylko temperatura spada poniżej 20 stopni. Jak dla mnie przy żadnej innej muzyce kawa nie smakuje tak, jak z Frankiem. I nie ma lepszego "ocieplacza" w zimie.

Dzisiaj jeszcze mamy sierpień, ale pogoda już bardziej sprzyja gorącym napojom niż w ostatnich tygodniach, więc mam dla Was coś od Franka. The Coffee Song. W dwóch wersjach. Osobiście jestem fanką wersji pierwszej, z cudownym kontrabasem w tle. Sinatra pierwszy raz wykonał tę piosenkę w 1946 roku. Autorem dowcipnego tekstu jest Bill Hillard. Oczywiście nie zwracajcie uwagi na radosną twórczość autorów pierwszego materiału (doprawdy, nie wiem, co tam robi "Dziewczyna z perłą" Vermeera ;)))))
Have a good cup of coffee!




dodajdo.com

Dwa bażanty i "expresso"

W moim miasteczku na obrzeżach Warszawy przerobili ostatnio dwa stare garaże przy głównej ulicy. Teraz dumnie noszą nazwę "Karczma Dwa Bażanty", a w menu można znaleźć - oczywiście stali czytelnicy pewnie się już domyślają - expresso.

Nieprawidłowe wymawianie nazw zapożyczonych z innych języków jest u nas powszechne. W kwestii kawy obie z I.nną jesteśmy purystkami, ale litościwymi. Wybaczamy konsumentom (pamiętacie akcję z "kafe lejt z mlekiem";), za to nasza litość kończy się w przypadku profesjonalistów. O ile użycie błędnej nazwy przez jakiegoś przedsiębiorczego mieszkańca małego miasteczka mnie nawet rozczula, o tyle reklama nowego produktu Carte Noire "Expresso" już lekko jeży sierść.
Z zawodu jestem PRowcem, wiec doskonale jestem w stanie sobie wyobrazić tłumaczenie producenta. Otóż wspomniana kawa niewątpliwie "stanowi nową jakość na rynku kaw, nawiązując do tradycji espresso, odpowiada jednak na potrzeby człowieka nowoczesnego". Expresso to zapewne nazwa tej nowej jakości właśnie (zniewalającej, jak mówi claim), a nie jakiejś tam kawy o wiekowej tradycji. To wymyśliłam ja, Magdaro. Ale stawiam dolary przeciw orzechom, że o to chodzi.

Trwa właśnie duża kampania reklamowa "Expresso" (aż mnei boli jak to piszę) - to dzieki niej trafiłam na stronę producenta, na której jest napisane, czym "Expresso" przewyższa włoskie espresso. Polecam zajrzeć, mozna sie usmiać: zniewalajaceexpresso.pl.
Jakby się dłużej zastanowić, to paradoksalnie, nietrafiona nazwa nowego produktu Carte Noire jest zupełnie na swoim miejscu. Bo niby co "Expresso" ma mieć wspólnego z napojem przygotowanym w ten sposób i chronionym jako dobro narodowe?

Myślę, że w karczmie "Dwa Bażanty" już nigdy nie poprawią tego błędu w menu. Przecież teraz w telewizji, w sieci i na bilbordach będą nam tłukli do głów nowy marketingowy shit. Same błedy w wymowie potrafią być czasami rozczulające, poruszałyśmy już ten temat i tu i tam. Ale zakłamywanie rzeczywistości jest jakieś takie obciachowe, po prostu.
Cała akcja przypomina mi bowiem opowieśc koleżanki. Kaśka na jakimś przydrożnym straganie na warszawskich Szmulkach widziała buty, których producent nie mógł sie chyba zdecydowac, kogo podrobić, więc nazwał buty "Adinajki". "Expresso" Carte Noire to właśnie takie adinajki. Oczywiście można sobie tych produktów używać i być szczęśliwym, ale ja wstawiam "Expresso" na półkę z tymi radosnymi produktami.

dodajdo.com

Pozdrowienia z Saskiej Kępy

Tak się składa, że autorki bloga są ostatnimi czasy bardzo zajęte - Magdaro ma na głowie remont, a ja przeprowadzkę. Sama nie wiem, czy gorzej jest się potykać o worki z cementem, czy o pudła, które zawsze okazują się zbyt mało dokładnie opisane.

Mimo wszystko uważam, że takie zmiany są bardzo potrzebne. Mam wrażenie, że większość kłopotów, czy to w związku, czy w pracy, bierze się z nudy. Gwarantuję Wam, że przeprowadzka zapewnia wiele nowych emocji. Mnie dodała skrzydeł, choć oczywiście były momenty, że miałam tego całego zamieszania serdecznie dość. Pewnie prędzej czy później odezwą się sentymenty, zatęsknię za starym mieszkaniem, listonoszem i sąsiadką spod ósemki, ale teraz... Teraz czuję się jak na wakacjach, choć miasto pozostało to samo, zamieniłam jedynie Mokotów na Saską Kępę. Chodzę więc z psem na długie spacery, zwiedzając przy okazji okolicę. Notuję w myślach gdzie szewc, a gdzie pralnia, szukam dobrego pieczywa, a wieczorami próbuję nie pomylić podwórek, które wszystkie wyglądają podobnie. Zaskakująco szybko polubiłam się z tą dzielnicą i mam nadzieję, że tutejsze kawiarnie mnie nie rozczarują. Na razie jest dobrze. Mam już w zanadrzu dobry adres dla miłośników słodkości i wkrótce się nim z Wami podzielę. 
dodajdo.com

Świeżo Palona

Sama nie wierzę w to, co się dzieje. Jest sobota rano, godz. 6:50 (yes!). A ja nie śpię. Pomińmy powody profanacji sobotniego poranka. Skupmy się na tym, co mam o tej porze w filizance. Bo warto.

Jeśli wpadlibyście dzisiaj do mnie na kawę, zaserwowałabym Wam napój prosto z jednej z najlepszych plantacji kawy na świecie - Sigri, znajdującej się na wyspie Nowa Gwinea. No, może nie całkiem prosto, bo ziarna po dotarciu z Nowej Gwinei do Polski zostały wypalone w jednej z polskich palarni. Ale to tylko in plus. Papua New Guinea AA Grande Sigri, bo tak dokładnie nazywa się kawa, jest znakomitą towarzyszką poranków (choć dla śpiochów, których rano najlepiej budzić młotem pneumatycznym, będzie trochę za słaba). To taka kawa-flirciara, kawa-zjawa. Uwodzi aromatem (ech, jak wiele określeń dla kawy jest wyświechtane przez reklamy), ale po skosztowaniu zaskakuje - jest bardzo delikatna, nie jest kwaśna, idealnie wyważona, lekko gorzka, z wyczuwalną nawet dla laików owocową nutą. Klasa.
Papua New Guinea AA Grande Sigri została wyhodowana w poł. XX wieku ze szczepu Jamaica Blue Mountain (uhm) i rzeczywiście jest do niej trochę podobna. Jest to jedna z tych kaw, które można pić na wszelkie sposoby. Smakuje równie dobrze z ekspresu ciśnieniowego jak i z kawiarki, czy po prostu zalana wrzątkiem. Byle wcześniej świeżo ją zmielić.

Oczywiście nie pisałabym tego, gdyby był to jakis nieosiągalny zwykłemu śmiertelnikowi cymes. Grande Sigri podsunął mi Paweł ze Świeżo Palonej (www.swiezopalona.pl) - butiku internetowego z kawą oraz akcesoriami kawowymi. Polecam zajrzeć. Wybór jest ciekawy a ceny naprawdę przystępne.

Na koniec ogłoszenie. Paweł był tak miły, że czytelnikom Kawowego zafundowal 15% zniżki (prawda, że miły?). Myślę, że warto się skusić na małe zakupy...;)
dodajdo.com

Jazzowe truskawki

J. twierdzi, że skoro jest czerwiec i są mistrzostwa świata, to muszą być truskawki. Cóż, generalnie się zgadzam, choć faceci ganiający za piłką nie są mi do niczego potrzebni. No, chyba, że są to moi ulubieńcy z Wybrzeża Kości Słoniowej i właśnie wymieniają się z kimś koszulkami. Wtedy, owszem, uważam, że mistrzostwa świata mają sens. W pozostałych momentach - wystarczyłyby same truskawki...

A tak poważnie mówiąc, sezon na truskawki jest w pełni, co wykorzystują niektóre kawiarnie i restauracje, przygotowując specjalne, truskawkowe menu. I bardzo dobrze! Szczególnie przypadły mi do gustu propozycje Jazz Bistro, między innymi chłodnik truskawkowy z nutką wanilii i chrustem z tortilli (17 zł) oraz eskalopki z polędwiczki wieprzowej w pieprzu pomarańczowym z truskawkami w balsamico i świeżą rucolą (34zł). Są naprawdę wspaniałe. Jeśli chodzi o kawę - piłam cappuccino (8 zł) i było bez zarzutu. A jeśli dodać do tego, że w Jazz Bistro codziennie jest muzyka na żywo (polecam zwłaszcza środy, kiedy jest pianino i kontrabas), to faceci naprawdę mogą się schować z tymi swoimi idiotycznymi mistrzostwami!

Jazz Bistro
ul. Piękna 20, Warszawa
www.jazzbistro.pl
dodajdo.com

Co przedstawia to zdjęcie?


Mnie od razu skojarzyło się z próbnikiem kolorów, ale to pewnie dlatego, że od kilku dni zastanawiam się na jaki kolor przemalować pokój. Przyznam, że kolorystyka przedstawiona jest mi bliska, i nawet trochę żałuję, że nie ma patyczka pod tytułem "white chocolate", bo już byście wiedzieli, jaka będzie wkrótce moja sypialnia :)
Ale wracając do tematu - to co widzicie na zdjęciu, to kawa na patyku, gadżet z serii "czego to ludzie nie wymyślą". Wystarczy włożyć go do wrzątku, pomieszać i mamy gotową kawę 3w1 - do wyboru, do koloru. Cóż... Prezentuje się znacznie ciekawiej niż saszetki, ale smakuje pewnie podobnie. Dlatego wątpię, bym się skusiła na tego typu nowość, no chyba, że miałby służyć tylko jako tester kolorów.

dodajdo.com

Jak brzmi włoska ulica

Oczywiście pierwszym dźwiękiem, jaki przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Italii, jest grzechot filiżanki stawianej na spodku. Ten odgłos jest wszechobecny, słyszalny niezależnie od tego, czy jesteśmy na stacji benzynowej, czy w przytulnej kawiarni. Łatwo jednak wyobrazić, że Włochy mogłyby brzmieć tak:


Kiedy przymykam oczy, widzę Triest, kawiarnię w bocznej uliczce i stolik z widokiem na bezpańskie koty grzejące się na murku starej kamienicy. Kiedy tam byłam, przy sąsiednim stoliku dwóch dziadków grało w karty, czas sączył się leniwie, i gdyby to był film, ta piosenka mogłaby być tłem dla takiego obrazka. Kto by pomyślał, że tak gra austriacki zespół?

Kilkanaście lat temu, w Salzburgu, spotkało się kilku muzyków: gitarzysta Robert Wolf (do tej pory stale koncertował z zespołem Paco de Lucia), saksofonista Mulo Francel (uznany jazzman i członek większych zespołów filharmonicznych), basista D.D. Lowka (wprawiony w muzyce latynoamerykańskiej), oraz Andreas Hinterseher (kultywujący ludową muzykę akordeonową Paryża). Spotkanie było przypadkowe, zaaranżowane na potrzeby telewizji. Wkrótce jednak wspomniana czwórka rozpoczęła bliższą współpracę i powstało Quadro Nuevo. Tango, muzyka orientalna, francuski walc musette, flamenco, muzyka filmowa, włoskie canzony. Wszystkie te gatunki wykonują ze smakiem, wszystkie wydane przez nich albumy (a jest ich ponad 10) otrzymywały Niemiecką Nagrodę Jazzową oraz osiągały wysokie miejsca w pierwszej dziesiątce wydawnictw jazzowych na świecie. Mimo to nigdy o tym kwartecie nie słyszałam, tym bardziej więc dziękuję Tilo za podesłanie "kawowego" swingu, a Wam polecam posłuchanie również innych utworów tej grupy.

Przy okazji ciekawa jestem, czy są takie piosenki, które kojarzą Wam się z jakimś konkretnym miejscem?
dodajdo.com

Palm Cafe. Zdecydowanie lepszy róg.

Dzisiaj coś optymistycznego i nie z Warszawy. Już ten fakt powinien Was zachęcić do przeczytania tego wpisu.

W całym swoim krótkim życiu byłam we Wrocławiu może z pięć razy, więc nie znam tego miasta dobrze i wpis nie będzie rankingiem wrocławskich kawiarni. Za to jeśli tak jak ja, będziecie tam przejazdem, polecam Wam po spacerze po wrocławskim Rynku usiąść w Palm Cafe na Oławskiej.

Przyjemna kawiarnia z dużymi oknami, ciekawym, przestronnym wnętrzem, to strzał w dziesiątkę i rewelacyjny następca sklepu odzieżowego, który zajmował wcześniej tą rewelacyjną miejscówkę na rogu Oławskiej i Świdnickiej. Jeśli załapiecie się na dobre miejsce (polecam przy oknach od Oławskiej), to możecie sobie popijać kawę i obserwować ruch na Rynku i pobliskich uliczkach. Zaiste, przyjemne to.
Cieszę się, że właściciele nie ulegli pokusie i nie zrobili z tego miejsca dwupoziomowej sieciówki napchanej stolikami i mieszaniną foteli i krzeseł, w której co chwila ktoś cię potrąca. A mogli tak przecież zrobić i pokusa na pewno była dużo - więcej miejsc to większa "przepustowość" i większy utarg. Dlatego doceniam to i poczytuję właścicielom za duży plus.

Espresso dobre. Ceny średnie - teraz już dobrze nie pamiętam, bo to było miesiąc temu - ale cena espresso chyba w okolicach 6 PLN. Latte około 10 PLN. Dodatkowo Palm Cafe serwuje świetne desery, a bardziej głodni mają do wyboru kilka przekąsek. Wypieki mozna tez wziąć na wynos. Właściwie moja jedyna drobna uwaga, to gołe nogi kelnerek. Ale to kwestia estetyki. Moim zdaniem, kobieta w takich warunkach powinna bezwzglednie nosić rajstopy. Bo blade, zmęczone od stania nóżki naprawde nie prezentuja się dobrze w krótkiej spódniczce, nie mówiąc o tym, ż nie licują z wnętrzem w klimacie glamour. Poza tym drobnym szczegółem obsługa miła i profesjonalna.
Byłam pewna, że pisząc o tym miejscu na Kawowym, dokładne nazwy deserów i dań oraz ich ceny wezmę ze strony internetowej, dlatego ich nie notowałam. Ale się przeliczyłam. Strona www.palmcafe.pl to na razie tylko wizytówka.

Tym niemniej, wierzcie mi na słowo. Palm Cafe szau może nie robi, ale jednak 4 gwiazdki można mu przyznać. Warto się wybrać i odpocząć. Tylko uważajcie na fotele - oparcia nie sięgają głowy i rzucając się w otchłań takiego siedziska można - jak ja - zupełnie poważnie uderzyć się potylicą w ścianę. Co odbiera trochę przyjemności z kontestowania wnętrza i zewnętrza;)

Palm Cafe Snack&Sandwich
Wrosła, ul. Oławska 1
www.palmcafe.pl
dodajdo.com

Kawiarnie w centrum Warszawy obniżają loty. [Dla ludzi o mocnych nerwach]

Przykro mi, ale muszę to powiedzieć. Warszawska ulica Chmielna i jej okolice powoli stają się dla mnie miejscem obleśnych gastronomicznych oszustów. A to ci zaserwują latte z posypką z kakao instant, a to ci kelnerka rzuci talerzem po godzinie oczekiwania, a to ci kulkę lodów owiną we włosa. Czy tak powinno wyglądać centrum stolicy w XXI wieku?

Czasami nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niektóre lokale gastronomiczne w centrum założyli po prostu kolesie ze złotymi łańcuchami, którzy się dorobili na Stadionie X-lecia sprzedając adinajki, purmy i inne podróby. Zainwestował taki potem w marmury w łazience, bmw, a żonie sprawił knajpę w świetnej lokalizacji.

Ulica Chmielna testowała moją cierpliwość wiele razy. Zdzierżyłam burkliwą paniusię w Między słowami, udało mi sie nie zwymiotować na widok włosa w sałatce w Świętej Pamięci Centorino, jakoś przeżyłam naleśnika przypominającego podeszwę od kalosza w Cafe Almondo czy problemy żołądkowe po wizycie w Bordo. Ale wczoraj miarka sie przebrała.

Wczoraj bowiem, Moi Kochani, miało miejsce comiesięczne spotkanie z moimi dobrymi znajomymi ze studiów (pozdrowienia dla PR Teamu!). Zaproponowałam spotkanie w Lorelei (www.lorelei.pl), na ul. Widok 8 (równoległa do Chmielnej), który to lokal polecił mi znajomy. Dzisiaj już wiem: z kawiarnią czy restauracją jest jak z mieszkaniem, musisz ją zobaczyć i w nocy, i za dnia. Ja w Lorelei byłam wczesniej raz, w nocy, po kilku drinkach było mi własciwie wszystko jedno. Ale kiedy wczoraj tam weszłam po południu, zbladłam. Na kanapie leżało podziurawione coś, co było kiedyś pokrowcem. Było zmięte, ukurzone, brudne po prostu, pełne okruchów. Stolik był niewytarty, krzesła za wysokie i nie można było zmieścić nóg pod stołem. Zamówienia przy barze, luz. Poszliśmy po frytki, sałatkę caprese i makaron. Paliłam się ze wstydu, kiedy mój kumpel głodny jak wilk dostał garstkę penne (na moje oko 50 g) w sosie koloru łososiowego, bo łososia to tam nie widziałam. W cenie tego żałosnego makaronu, można dostać rewelacyjną pastę z truflami w Pasta i Basta. Caprese wyglądała żenująco. Nie wiedziałam, że można tak cienko pokroić mozarellę, brawo dla kucharza i jego noża. Jak również całość pokrywało coś, co w menu nazwane było "pesto", a wygladało i smakowało jak starte ogórki kiszone.
Na stronie Lorelei pisza, że za dnia można tam spokojnie pogadać bez przekrzykiwania się. Myślę, że moi przyjaciele w komentarzach poświadczą, jak to miło się tam rozmawia.
Podsumowując, w Lorelei jest za drogo i obleśnie. Chciałabym niniejszym powiedzieć włascicielom, że nazwanie lokalu "klubokawiarnią" nie zwalnia ze sprzątania. A czasy, kiedy outsiderskie klimaty utożsamiało się z brudem i niedojadaniem też już minęły.

Skończyliśmy piwo i wyniesliśmy się z Lorelei. Niczym z deszczu pod rynnę, poszliśmy na Chmielną. Zdegustowani i zażenowani, usiedliśmy w "Czekoladzie".
Uważam, że jakiś związek producentów czekolady czy coś w tym stylu powinien tej kawiarni wytoczyć proces. I znowu się pytam: czy był jakiś strajk służb sprzatających, o którym nie wiem? I co do cholery robi warszawski sanepid?!
Zapewniam Was, że w lokalu "Czekolada" w Warszawie, na Chmielnej 28 (nie mylić z pijalnią czekolady BCC po drugiej stronie ulicy) nie trzeba zamawiać kawy, żeby podnieść sobie ciśnienie. Wystarczy iść do WC. Poczujecie się jak w "Testosteronie" oraz "REC" naraz. Najpierw dostaniecie kluczyk. Będziecie próbowali otworzyć pierwsze drzwi, które jednak będą otwarte. Wtedy znajdziecie się na obleśnej klatce w kamienicy. Obok windy będzie dwoje drzwi. Jeśli Wam sie uda, traficie we właściwe. Te trzeba będzie otworzyć. Uwaga, w środku jest brudno jak w robotniczym kiblu, ale nie martwcie się, to jest miejsce, w którym myją ręce ludzie, którzy właśnie w tym czasie szykują Wam jedzenie, co można poznac po tym, że nad umywalką będzie instrukcja mycia rąk - żeby się sanepid nie przyczepił (sic!!!).
Po tej przygodzie wróciłam do stolika pod parasolem z wrażeniem, jakbym wyszła przez jakąś szafę z Narni, tylko opanowanej nie przez Białą Królową, a potwory z reklamy Domestosa. Na stoliku stało już moje latte z posypką z kakao instant (!), a obok tarta jabłkowa z kulką lodów. Lodów włoskich. Tak, tak, Kochani. Co wrażliwsi moga dalej nie czytać. Wokół moich lodów owinięty był tak z kilkunastocentymetrowy czarny włos. Widac, że właściciel włosa się zdrowo odzywia, bo włos gruby i lśniący. Dwóch chłopaczków robiących za kelnerów nie od razu zczaiło, o co mi chodzi, że tak rzucam im to posuwistym ruchem na bar. Ale potem ten bystrzejszy zaczął, nie wiem po co, tego włosa z kulki wyciągać - cudny widok. Może chciał sprawdzić długość i znaleźć właściela. Tych cudownych przeżyć nie wyparł fakt przyniesienia mi gratis (zdziwiłam się, że na to wpadli) ogromnej porcji tortu czekoladowego.

No cóż, myslę, że wybaczycie mi tym razem, że nie napisze, jaką kawę podają w "Czekoladzie" i "Lorelei", prawda? A może ktos z Was chciałby sie tam wybrac i sprawdzić, czy to był tylko wypadek?

Z przykrością po prostu muszę oświadczyć, że testowanie lokali w okolicach Chmielnej. uważam za zakończone. Zbyt wiele razy płaciłam tam zbyt wysokie rachunki za podobne obrzydliwości. Prawdziwych smaków poszukujcie w innych miejscach w Warszawie. Czasami warto pojechać na Ochotę, Saską czy Pragę, by nie tylko dostac to, za co się płaci, ale też podziwiać piękne i czyste wnętrza.
Magdaro
dodajdo.com

Trzy zdania o Między słowami

"Między słowami" lubię za lokalizację. Teoretycznie - Chmielna 30. W praktyce - urokliwe podwórko odnowionej kamienicy, do którego prawie nie dociera gwar Chmielnej, nawet jeśli wędrują nią tłumy. Zawsze siadałam na zewnątrz, na jednym z bambusowych foteli, więc o wnętrzu wam nie opowiem, choć na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem przyjemne. Ale największy atut tego miejsca to "ogródek". Rok temu o tej porze parapety wszystkich okien wychodzących na podwórko uginały się pod skrzynkami czerwonych pelargonii. Donice z tymi kwiatami stały również w kilku innych miejscach i wyglądało to fantastycznie.

W tym roku pelargonie jeszcze nie kwitną, więc miejsce od razu traci kilka punktów. Poza tym trafiłam tam tuż przed niedzielnym oberwaniem chmury. W środku tłoczno i duszno, więc siedliśmy na zewnątrz. Chwilę później lunęło. Niespecjalnie mi to przeszkadzało - siedzenie pod parasolem, wokół którego momentalnie wyrosła ściana deszczu miało swój urok. Niestety, kelnerka chyba nie podzielała tego zdania. Z krzywą miną podano nam karty, a realizacja zamówienia trwała tyle, że śmiem przypuszczać, że obsługa czekała, aż przestanie padać.

Espresso kosztuje 6 zł i nie jest to żadna rewelacja (na 3+). Uważam również, że 8 zł za czekoladę z proszku, to zbyt wygórowana cena. Tosty i kanapki zaczynają się od 9 zł. Trochę drogo. Można byłoby uznać, że to miejsce jest tego warte, ale... No właśnie, znowu wracamy do obsługi. Ja naprawdę nie wymagam od pracowników kawiarnii gracji baletnicy. Kiedy jednak ktoś stawia przede mną talerz na tyle głośno, że cichną rozmowy przy stoliku obok, to chyba coś jest nie tak. I - niestety - nie mogę powiedzieć, że widocznie kelnerka miała "zły dzień", bo ten styl obsługi zwrócił moją uwagę już kiedy byłam w Między słowami wcześniej. Staram się być miła dla ludzi, którzy coś dla mnie robią, zazwyczaj metoda "uśmiech za uśmiech" działa. W tym przypadku nie, i wiecie co? Chyba jeszcze nigdy nie korciło mnie tak bardzo, żeby sobie stamtąd pójść nie płacąc rachunku ;)

Między słowami
ul. Chmielna 30, Warszawa
dodajdo.com

Z gwiazdą na kawę

Robert De Niro wziął niedawno udział w charytatywnej aukcji Centrum Roberta F. Kennedy'ego, organizacji walczącej o przestrzeganie praw człowieka. Zaoferował możliwość umówienia się ze sobą "na kawę". Znalazł się fan, gotów zapłacić za to spotkanie 8,5 tysiąca dolarów, czyli prawie 30 tysięcy złotych. Wiadomo, że nie o napój tutaj chodzi, tylko towarzystwo, ale przypuszczam, że to będzie najdroższa kawa w życiu tego człowieka.

Robert De Niro i Al Pacino w scenie z filmu Gorączka

Zaczęłam się zastanawiać, czy jest taka osoba, z którą sama tak bardzo chciałabym się spotkać? Jasne, że gdyby z propozycją kawowego spotkania wystąpił Matt Damon czy George Clooney, to popędziłabym na nie od razu, nawet jeśli mielibyśmy popijać Nespresso ;) Ale mówiąc poważnie - to wcale nie jest takie oczywiste. Nigdy nie zbierałam autografów, nie wieszałam sobie plakatów idoli na ścianach. Spotkanie z Clooneyem wydaje się mało prawdopodobne, a nasze rodzime gwiazdy (a czasem raczej "gwiazdy"), jakoś nie robią na mnie wrażenia. Może dlatego, że większość z nich miałam okazję poznać. Wiele takich spotkań wspominam bardzo miło, ale - niestety - równie często rozmowy z tymi ludźmi były... rozczarowujące. Inna sprawa, że pewnie podczas kontaktów z dziennikarzami zachowują się zupełnie inaczej, niż prywatnie. Stawiałabym więc raczej na autorytet w jakiejś dziedzinie niż aktora, muzyka czy osobę "znaną z tego, że jest znana", ale żadne konkretne nazwisko nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Ja chyba po prostu wolę spotykać się ze "zwykłymi" ludźmi. Mniejsze ryzyko rozczarowania, nie mówiąc już o aspektach ekonomicznych.

A Wy? Z kim chcielibyście pójść na kawę?
dodajdo.com

Kluski i już

Ostatnio "na kawę" ciągle mi było nie po drodze. Zaglądałam do miejsc już znanych, opisanych i ocenionych, dlatego dział "miejsca" został troszkę zaniedbany. Co więcej, nie obiecuję poprawy w najbliższym czasie ;) Mimo wszystko jednak czasem udaje mi się odkryć jakieś nowe, godne polecenia miejsce... Takie jak Pasta i basta na Mokotowie. W porównaniu z makaronami, jakie tam serwują, kawa schodzi na dalszy plan. Wprawdzie byłam tam tylko raz, ale chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że to moja ulubiona włoska knajpka w okolicy.

Trzy bruschetty z pomidorami (14zł) zaskoczyły (pozytywnie!) jędrnymi kawałkami pomidorów. Z czystym sumieniem rekomenduję również kremową zupę z cebuli (10 zł) - lepsza, niż sama robię w domu, lepsza niż z opisywanego kiedyś Gara (w czasach, kiedy serwowano tam kuchnię francuską). Doskonale skomponowana, głęboka w smaku... Nie należy jednak zapominać, że specjalność lokalu to świeże makarony. Żeby spróbować ich jak najwięcej, najlepiej zamówić Tris di pasta fresca (29zł). Na jednym talerzu znajdziemy trzy rodzaje pasta fresca, każdy z innym sosem:
- długie wstążki z gałką muszkatołową i kremem z trufli oraz gotowaną szynką
- szerokie wstążki z mięsnym sosem bolońskim
- ravioli z ricottą i szpinakiem.
Właśnie na to danie skusił się J., a ja skubnęłam mu z talerza kęs każdego z makaronów. Sama zamówiłam Penne alla norcina, czyli rurki z czarnymi truflami, białą włoską kiełbaską i śmietaną (21zł). I to był strzał w dziesiątkę. Tym daniem zostałam kompletnie zauroczona!

Deseru nie daliśmy rady zjeść, zamówiliśmy tylko espresso (7zł) i to był najsłabszy punkt programu (choć piłam gorsze w teoretycznie lepszych miejscach).  Następnym razem skuszę się na panna cottę - ta z sąsiedniego stolika wyglądała baaardzo zachęcająco ;)
Ceny w Paście i baście są bardzo przyzwoite. Byłam w sobotę wieczorem i za swoją pastę zapłaciłam 21 zł. W ciągu tygodnia to samo danie (i każdy inny zestaw makaron+sos) w porze lunchowej (od 12:00 do 17:00) kosztuje 15 zł, co jest ceną zdecydowanie niewarszawską. Niewarszawski (i na szczęście niekrakowski) jest też wystrój restauracyjki. Nie ma ani zimnych i pustych korporacyjnych przestrzeni, ani gratów powyciąganych z okolicznych kamienic. Jest świeżo, jasno i przestronnie, stoły się nie kiwają, krzesła są solidne. Lubię takie bezpretensjonalne wnętrza.

Pasta i basta
ul. Odolańska 5
Warszawa
www.pastaibasta.pl
Restauracja tylko dla niepalących, w dodatku przyjazna dzieciom. Jest dla nich nawet specjalne menu.
dodajdo.com

Dla kogo Bursztynowa Filiżanka?
Festiwal Kawy w Gdyni.

Czy wśród naszych Czytelników jest ktoś, kto zamierza spędzić długi majowy weekend w Trójmieście? Jeśli tak, to mam dobre wieści - w tym czasie w Gdyni odbędzie się II Festiwal Kawy. W programie przewidziano m.in. degustacje, konkursy, prezentacje marek kawy i liczne występy artystyczne.

Program festiwalu: 

 29 kwietnia o godz. 15.00 uruchomienie tzw. prologu i degustacji kawy w lokalach gastronomicznych ("Cafe Clabe" ul. Abrahama 36 - wejście od Władysława IV)

30 kwietnia o godz. 18.00 Wieczór Kawowy w Hotelu "Gdynia" (za zaproszeniami)

01 maja:
11.00 - uroczyste otwarcie festiwalu w Centrum Kultury i Rozrywki "Gemini"
ok. 11.40 - uruchomienie stoisk festiwalowych w "Gemini" wraz z degustacją kawy - do godz. 19.00
ok. 12.20 - występ artystyczny zespołu z YMCA
ok.12.40 - prezentacja marek kawy przez Mistrza Baristę - cz.I
ok. 13.20 - występ artystyczny zespołu z YMCA
ok. 13.40 - konkurs dla publiczności
ok. 14.20 - prezentacja marek kawy przez Mistrza Baristę - cz.II
ok. 15.00 - prezentacje poetyckie z kawą w tle
ok. 15.40 - występ zespołu tańca i muzyki indonezyjskiej
ok. 16.30 - konkurs dla publiczności
ok. 17.20 - prezentacje marek kawy przez Mistrza Baristę - cz.III
ok. 18.00 - prezentacje firm partnerskich Festiwalu
ok. 19.00 - zamknięcie stoisk

02 maja:
godz. 11.00 - otwarcie stoisk festiwalowych
ok. 12.20 - występ zespołu akrobatyki z YMCA
ok. 12.40 - konkurs dla publiczności
ok. 13.30 - prezentacja marek kawy przez Mistrza Baristę - cz.IV
14.30 - prezentacja Fundacji "Polska Akcja Humanitarna"
15.30 - publiczna prezentacja marek kawy dla profesjonalnego jury
17.00 - występ artystyczny i poezja z kawą w tle
18.00 - zamknięcie stoisk festiwalowych/ obrady jury/ występ gościa specjalnego dla publiczności
18.30 - ogłoszenie wyników konkursów festiwalowych, rozdanie nagród dla marek kawy, losowanie nagród w konkursie publiczności
ok.19.00 - 19.15 zamknięcie festiwalu

Więcej na temat organizatorów, sponsorów i patronów na stronie gdyniazaprasza.pl
dodajdo.com

Stary Młynek. The Italian Is Not Enough.

Warszawski hotel uniwersytecki Hera jest jak złośliwa stara wiedźma, która pokazuje jęzor wymuskanemu Hyattowi po drugiej stronie Belwederskiej, a swój nieprzyzwoicie obdrapany tył - nobliwym Łazienkom Królewskim.

Z Hery w zeszłym roku wyeksmitowano obskurne gastronomiczne c-o-ś, by zrobić miejsce Staremu Młynkowi, latającej kawiarni, która przyleciała z Aleji Ujazdowskich. Osobiście mnie to ucieszyło, bo brakowało mi tam takiego miejsca, wystarczająco blisko od pracy, żeby wyjść na koniec dnia na pogaduchy z przyjaciółką i wystarczająco daleko, by stoliki nie były okupowane przez ludzi z pracy.
Trafiłam do Młynka we wtorkowe popołudnie. W środku panowała miła pustka. Na plus wygodne stoliki i wygodne krzesła - nie cierpię pić kawy na klubowych kanapach, wygięta w pałąk, uprawiająca wygibasy, by odstawić filiżankę na fikający stoliczek. Dla miłośników takiej gimnastyki są w rogu wygodne kanapy, ale jak będę chciała podotykać sobie czołem do kolan, to pójdę na jogę. W kawiarni chcę się wygodnie oprzeć o solidny stół, móc się pochylić w stronę rozmówcy i dyskretnie porozmawiać. I w Młynku to dostałam. Podoba mi się też bezpretensjonalne wnętrze i możliwość obserwacji ruchu na ulicy. Nie jest to kandydat do Elle Decoration, ale jest miło, przyjemnie i niezobowiązująco.

Na minus wymięte menu. Wszystko ma swoje granice. Ja wiem, że stary młynek i te klimaty, ale bez przesady. A w menu niespodziewanka! Nazwy dań z lekka bawią. Widać, że autor wiedział, że gdzieś dzwonią, ale nie wiedział, w którym kościele. A to było we włoskim. Trochę się czepiam, ale jak latte to może nie coffee tylko cafe? No i oczywiście nieszczęsna "americana". Ale gdzie tam, "americana" to za mało! "Coffee americana". Czad. Jeszcze bym wybaczyła, jakby to było w jakiejś restauracyjce, dajmy na to, w jakimś starym garze, starym chlebaku, ale w starym MŁYNKU? No chyba, że chodzi o młynek do pieprzu, to przepraszam. Ale jak do kawy, to należałoby jednak przyłożyć się do menu.

Niech nam jednak te minusy nie przesłonią plusów, że odwórcę cytat zacnego klasyka z lat 90. Polecam to miejsce, zwłaszcza po spacerku w Łazienkach czy Traktem Królewskim. Jeśli ktoś ma ochotę uciec od tłumu (i cen) z łazienkowych kawiarni, niech wpada do hotelu Hera. Bo w Starym Młynku było mi bardzo miło, pozwierzałyśmy się sobie do woli, a ja jedynie na wszelki wypadek, widząc tą "coffee americana" nie zaryzykowałam po prostu espresso (bo ignorancja w zakresie nazw budziła wątpliwości, że z parzeniem kawy może być podobnie) i poprzestałam na latte. "Coffee latte":).

Cafe Stary Młynek
Warszawa, ul. Belwederska 26/30
(Hotel Hera)
godz. niepodane
www.starymlynek.pl


dodajdo.com

Inspiracje chemiczno-kulinarne

Kofeina, teobromina, kapsaicyna. C8H10N4O2, C7H8N4O2, C18H27NO3. Pierwsza występuje w kawie, druga w czekoladzie, trzecia jest odpowiedzialna za ostrość papryczek chili. Każda z tych substancji ma swój chemiczny wzór. Na papierze przypominają mi czasy, kiedy (bez większych sukcesów) zmagałam się z chemią. Dlatego o wiele bardziej podobają mi się w takiej postaci:





Biżuteria jest do kupienia na stronie www.makersmarket.com  Ta prezentowana na zdjęciach, kosztuje od 40 do 90$ (115-260zł), ale można też sobie zamówić inne wzory, na przykład endorfinę czy dopaminę.
dodajdo.com

Gdzie pójść z dzieckiem na kawę?

Kilka dni temu w internetowym wydaniu Polski znalazł się artykuł, poświęcony lokalom przyjaznym dzieciom. Autorka wymienia ich zaledwie sześć: Zielnik (ul. Odyńca 15),  Szczotki Pędzle (ul. Tamka 45b), Kalimba Kofifi (ul. Mierosławskiego 9), Biosfeera (al. Niepodległości 80), Restauracja Stary Dom (ul. Puławska 104/106) i Kawiarnia Misianka (park Skaryszewski). Powyższe miejsca na tle pozostałych lokali wyróżniają się tym, że są w nich atrakcje dla dzieci, kąciki zabaw, kolorowanki, książeczki z bajkami, czasami specjalne menu. Niektóre z nich są wyposażone w przewijaki dla niemowląt, czasem nawet podgrzewacze do butelek z mlekiem.

Szczerze mówiąc, jeszcze do niedawna "stosunek do dzieci" był na szarym końcu listy rzeczy, na które zwracałam uwagę, oceniając kawiarnię. Jednak coraz więcej mam wokół siebie maluchów "w drodze", i wiem, że wkrótce napicie się kawy z ich mamami nie będzie takie proste. Trzeba się będzie umawiać między spaniem a przewijaniem, w miejscu, gdzie się nie pali i gdzie znajdą się jakieś rzeczy, którymi można choć na chwilę zająć dziecko. Myślę, że te wszystkie przewijaki i podgrzewacze na stanie kawiarni nie są konieczne - takie rzeczy tylko w Ikei ;) Wystarczy przysłowiowe pudełko kredek, i żeby obsługa nie patrzyła krzywo na małego człowieka.

Popytałam znajomych, poczytałam opinie w internecie i wygląda na to, że liczba miejsc "przyjaznych dzieciom" w Warszawie nie ogranicza się do sześciu. Myślę, że w każdej dzielnicy jest ich kilka.

Bemowo
- Al Pomodoro (ul. Szeligowska 4) są krzesełka dla dzieci, kredki, a na ścianach nawet wystawa tego, co maluchy kredkami namalowały.

Gocław
- Pizza Marzano (w Promenadzie) - jest fajne menu dla dzieci, kredki i kolorowanki. Bardzo miła, zagadująca obsługa.

Kabaty
- Antich Cafe (ul. Wąwozowa 6a) są książeczki, zabawki i specjalne krzesełka.
- Mamma mia cafe & shop & baby (Aleja KEN 56 / lok. 5 )

Mokotów

- Blue Cactus (Zajączkowska 11). Menu dla dzieci,a poza tym kredki, kolorowanki, balony. Blisko stąd na plac zabaw, a w restauracji są specjalne krzesełka i przewijak.
- Pasta i basta (Odolańska 4). Menu dla dzieci, książki, kredki, specjalne krzesełka. 

Ochota

- Kolonia (róg Łęczyckiej i Ładysława, koło parku Powstańców Wielkopolskich) -  pomyślana jako miejsce, gdzie dzieci są najważniejsze i mogą czuć się swobodnie. Podobno furorę robią tosty z odciśniętą Myszką Miki ;)
- Mam Ochotę (w Ośrodku Kultury Ochoty na Grójeckiej)

Powiśle
- Czuły Barbarzyńca (Dobra 31) - co niedzielę o 11. są zaplanowane "czułe czytanki"
- Kafka (ul. Oboźna 3) - kredki, układanki itp. akcesoria sprawią, że dziecko się nie będzie nudziło, a latem można wziąć kocyk i posiedzieć na zewnątrz, na trawie.
- Tarabuk (Browarna 6) - w każdą niedzielę jest "tarabajanie", czyli opowieści dla dzieci

Saska Kępa

- Boathouse (Wał Miedzeszyński 389a) Na co dzień - krzesełka i dziecięce menu. Latem duży ogród z placem zabaw; w weekendy: kącik zabaw.
- Ganders Tea Room (Francuska 12). Latem jest w ogródku kącik dla dzieci, z plastikowym dużym domkiem, huśtawki etc.
- Francuska 30 - kredki, zabawki, duży wybór gier.
- Trattoria Rucola (Francuska 6). Przewijak, foteliki, kącik zabaw.

Starówka

- To lubię (róg Freta i Długiej) - kącik z kredkami i zabawkami.
- Trattoria Bellini (Rynek Starego Miasta) - dla dzieci skomponowane jest specjalne menu, a sam lokal jest tak duży, że znalezienie ustronnego zakątka nie powinno stanowić najmniejszego problemu.

Śródmieście
- Numery Litery (Wilcza 26), jest sporo książeczek dla dzieci, zabawki, gry i puzzle, a w każdy weekend odbywają się zajęcia plastyczne;
- Bar w Oficynie (Chmielna 28a). Są foteliki, a kucharz chętnie spełnia dziecięce zachcianki.
- Presto Cafe (Krucza 16/22) - osobna salka dla dzieci, na którą jest dobry widok z różnych stolików, więc można mieć dziecko na oku
- Street przy Rondzie ONZ (al. Jana Pawła II 19)
- Czekoladziarnia Amor (Marszałkowska 17) - kącik dla dzieci. 

Ursus
- Al Pomodoro (Dzieci Warszawy 27a, lok. 2) - menu dla dzieci, krzesełka, klocki, kolorowanki.

Wola
- Między wierszami (ul. Krochmalna 57 lok. 5, w podwórzu)
- Mesita Cafe (Sienna 93, w podwórku, ostatni lokal po lewej stronie).  Lokal dla niepalących, dzieciaki są bardzo mile widziane. Mają krzesełko do karmienia, zabawki, książeczki dla dzieci, blok i kredki.

To na pewno nie wszystkie przyjazne maluchom lokale, pewnie zaledwie ich mała część. I tu gorąca prośba do Was wszystkich: jeśli znacie miejsca, gdzie można się wybrać na kawę z dzieciakami, koniecznie dajcie nam znać - wspólnie stworzymy uzupełnianą na bieżąco listę.
dodajdo.com

Piosenka na niedzielę

Roberto Murolo (1912-2003) był jednym z najsłynniejszych włoskich pieśniarzy. Nagrywał niemal do końca długiego życia, pod koniec którego został uhonorowany najwyższym cywilnym odznaczeniem we Włoszech. Kiedy umierał w wieku 91 lat, płakała cała Italia, z jego rodzinnym Neapolem na czele. Właśnie muzyce neapolitańskiej Murolo poświęcił całe życie. Nie tylko odnajdywał, aranżował i nagrywał utwory, stworzone nawet w XVI wieku, ale jeszcze potrafił je sprzedać w milionowych nakładach. Poniżej jeden z jego przebojów.

dodajdo.com

Poproszę dużą, czarną kawę

Czasami słyszę tego typu zamówienia w kawiarniach i zawsze ciekawa byłam, jakie są sposoby na wybrnięcie z tej prośby tak, aby jednocześnie zadowolić klienta i nie sprofanować espresso. Niektórzy moi goście też uważają, że 25 ml to zdecydowanie za mało, żartobliwie stwierdzają, że tym w ogóle "nie da się napić". Proponuję wtedy cappuccino albo latte. Jeśli ma być bez mleka, to robię americano albo stawiam na palnik kawiarkę. W końcu nie o to chodzi, żeby kogoś na siłę uszczęśliwiać, serwując mu espresso. Wprawdzie podobnie jak Michael Ovadenko (jeden z założycieli Coffeeheaven, właściciel Baristy) "wierzę w edukację konsumentów, bo klienci często nie wiedzą, czego chcą", stawiam jednak na stopniową zmianę przyzwyczajeń.

W kawiarniach metody na "dużą kawę" są różne. W Coffeheaven to kawa z ekspresu przelewowego. W Bariście można zamówić french press. W Empik Cafe do espresso dolewa się trochę gorącej wody. Niestety, to nie jest ogólnie obowiązujący standard. W wielu kawiarniach "duża kawa" to "americana", a robi się to tak: filiżankę do cappuccino podstawia się pod wylewkę i... leje do pełna (100-120 ml). Co w tym złego? Im więcej wody przeleje się przez kawę, tym bardziej gorzki będzie otrzymany napar. Do przelewania wody przez kawę, wymyślono ekspresy przelewowe - ekspresy ciśnieniowe służą tylko i wyłącznie do robienia espresso. Co więcej, "americana" wcale nie jest w zgodzie z "tradycją" amerykańską, bo oni używają do tego innych maszyn, to raczej zwyczaje niemieckie.

Dodatkowy zamęt wprowadzają producenci domowych ekspresów automatycznych, pozwalając na zaprogramowanie "wielkości kawy". Trzy przyciski (albo pokrętło) sugerują, że ilość mililitrów może być dowolna. Owszem, tyle tylko, że zmienia się tylko ilość wody a porcja kawy cały czas jest taka sama, pomyślana "pod espresso". Tak naprawdę, to te trzy przyciski są po to, żeby zaprogramować  espresso (20-30ml), ristretto (15-20ml) oraz lungo (30-35ml).

Wbrew pozorom, włoskie zwyczaje nie kłócą się aż tak bardzo polskimi upodobaniami. Jeśli dodamy do espresso gorącą wodę, otrzymamy całkiem niezłe americano. Trzeba w zasadzie spełnić tylko jeden warunek - espresso musi być dobre. I tak możemy zaproponować dwie wersje: słabą, czyli 1 x espresso + gorąca woda oraz mocną, czyli 2 x espresso + gorąca woda. Ilość wody uzależniona jest od pojemności filiżanki, ale żeby nie otrzymać lury proponuję nie przekraczać 120 ml. Ta metoda pozwala zadowolić wszystkich miłośników "dużej czarnej", pozostając jednocześnie w zgodzie z włoską tradycją espresso. Cała reszta, to kwestia psychologii. Pewnie gdyby tak dać ludziom do wyboru tylko "espresso italiano" lub "rozwodnioną kawę z ekspresu ciśnieniowego, zaparzoną po niemiecku" albo - jeszcze lepiej - "lurę", to większość od razu pokochałaby espresso. W końcu odrobina snobizmu jest w każdym z nas.
dodajdo.com

Święty Patryk i największa kawa świata

Dzisiaj St. Patrick's Day, który kojarzy mi się nieodmiennie i pewnie niezbyt oryginalnie z jednym z najpopularniejszych na świecie piw - Guinnessem. Co ja mówię, piw? W stosunku do Guinnessa nie używa się przecież określenia beer.

Nie wszyscy podążają za prostym skojarzeniem, że ten sam piwowy Guinness zapoczątkował słynne dzisiaj rekordy Guinnessa. A tymczasem tak właśnie było. Księga wydana przez browar po raz pierwszy w 1955 roku miała bawić piwoszy humorystycznymi historyjkami. Z czasem ewoluowała w stronę prestiżowej publikacji. Jeśli Irlandczykom gratulujemy Guinnessa, to Guinnessowi gratulujemy marketingowego perpetuum mobile, o jakim pomarzyć może większość marek.

Przy okazji Dnia Świętego Patryka pochodziłam sobie po stronie Guinnessa oraz oficjalnej witrynie rekordów w poszukiwaniu czegoś bliskiego naszej kawowej skórze. I znalazłam między innymi największą cup of coffee świata.

Rekord zainicjowany przez największego wietnamskiego producenta kawy, Vincafe Bien Hoa, padł w 2007 roku i miał za zadanie promować wietnamską kawę (notabene i tak jest jej dużo na rynku, w Polsce na przykład 90% dostępnej kawy jest made in Vietnam - pisałyśmy o tym tutaj).

Największą filiżankę świata budowało ponad 100 ludzi. Wykonana ze stali nierdzewnej, miała (ma nadal) 1,53 metra wysokości, 2,33 metra średnicy i ważyła ponad tonę. Swoją droga, uniesienie takiej filiżanki z małym paluszkiem w górze to dopiero byłby rekord;)

Ta filiżaneczka zmieściła ponad 3,5 tysiąca litrów kawy, zrobionej z 4 tysięcy litrów wody i - i tu niestety wielki żal - z 801 kg kawy instant (teraz jakieś zadanko maturalne, ile buraków znalazło się w tej filiżance;). Z drugiej strony, gdyby mieli zaparzyć wcześniej prawdziwą kawę, jak duże wykapowatko musieliby wcześniej zrobić?

Wietnamski rekord pobili co prawda Kolumbijczycy, którzy w tym samym roku zmajstrowali filiżankę mieszczącą ponad 4 tysiące litrów kawy, ale Wietnam dzierży palmę pierwszeństwa i poza tym, kto by się tam spierał o jakieś bagatela 500 litrów kawy, prawda?

I to by było na tyle. Miłego Dnia Świetego Patryka. I szykujcie młynki, bo nasze wspólne mielenie na pewno kiedyś dojdzie do skutku.
dodajdo.com