Przy trasie Warszawa-Gdańsk, w okolicach Nidzicy, zwraca uwagę szyld "Się je ryby we Frąknowie". Mogłabym powtórzyć to hasło z niewielką zmianą - się je ryby w Gdańsku. Pobiłam ostatnio swój własny rekord, jedząc przez trzy dni z rzędu ryby na śniadanie, obiad i kolację.
Gdzie? Najpierw U Chiefa - Gdańsk-Brzeźno, adres chyba od Hallera, na wysokości zejścia na plażę nr 50. Doszłam jakiś czas temu do wniosku, że ze wszystkich ryb najbardziej na świecie lubię smażoną flądrę, więc pierwszego dnia nad morzem nie mogłam zamówić nic innego. I dobrze, bo była znakomita. Zajrzyjcie do "szefa", jeśli będziecie w okolicy, warto.
Tawerna Dominikańska (ul. Targ Rybny 9). Trafiliśmy tam nieprzypadkowo. Podobno ten lokal wystąpił w "Kuchennych rewolucjach" Magdy Gessler i nasi gdańscy znajomi, z którymi byliśmy umówieni na obiad, chcieli przekonać się na własne oczy, jak tam teraz jest. Zgadnijcie, co zamówiłam? Oczywiście, flądrę z patelni. Flądra jak flądra, ciekawszy od samej ryby był sposób jej podania. Dosłownie, na patelni. Zdarza mi się czasem w domu wyjadać coś prosto z garnka, czy patelni, ale w restauracji? Programu nie widziałam, ale pachnie mi to Magdą Gessler na kilometr.
Oprócz flądry zamówiliśmy jeszcze dorsza, łososia, sałatę z kurczakiem - nikt nie narzekał, obsługa była miła, ceny niewygórowane, jedyny zarzut, to toalety - dwie na tak duży lokal to trochę mało... Pod obiema były kolejki przez pół wieczoru.
Rybki na śniadanie i kolację kupowaliśmy w sklepie Rybka (w Brzeźnie, obok Biedronki), podobno kultowym w Trójmieście. W sobotę przed południem stałam chyba z pół godziny w kolejce, zanim w końcu kupiłam to, po co przyszłam. Oprócz ryb mają tam wszelkiego rodzaju "przetwory" - ryby puszkowane, w galarecie, krokiety, pulpety, sałatki, pasty itd. Wyrób własny, do spożycia w ciągu 24 godzin. Tatar z łososia, pasta z makreli, śledzie w sosie tatarskim... Wszystko było tak dobre, że na samo wspomnienie robię się głodna.
Wrażeń kawowych nie mam zbyt wiele. Wybaczcie - zauroczona morzem o tej porze roku, wolałam się włóczyć po plaży niż po mieście. Przy okazji spaceru po Starówce, wstąpiliśmy do Indygo (Piwna 16), ale doppio było przepalone, a czapa piany na cappuccino wyglądała, jakby ją ktoś zrobił z płynu do mycia naczyń. Nie polecam więc, choć miejsce sprawia przyjemne wrażenie, i gdyby kawa była choć trochę lepsza, to miło by było zapaść się w jednym z tych wielkich foteli obitych pluszem w kolorze indygo i patrzeć przez okno na padający śnieg.
O wiele lepiej wypadło Segafredo nad Motławą (Targ Rybny 11, między Basztą a Żurawiem). Nie wiem jak smakuje tam klasyka gatunku, czyli espresso czy cappuccino, ale mezzo mezzo (kawa pół na pół z czekoladą) i czekolada z rumem były bardzo dobre. I jeszcze coś - na jednej ze ścian wisi tablica z nazwami miast z całego świata. Prosta dekoracja, ale jaka inspirująca. Od razu zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie byliśmy, dokąd chcielibyśmy pojechać i dlaczego.
Gdańsk
Flądry, makrele i śledzie. No i łosoś, oczywiście bałtycki. Wrzaskliwe mewy. Łabędzie jedzące wczorajszy chleb z ręki. Gaudi, szalejący na plaży. Uszy rozwiane, jęzor wyciągnięty do pasa - pełnia szczęścia. Apartament z widokiem na morze (ach!). Morze, każdego dnia inne - raz spokojne, jakby to było letnie, leniwe popołudnie, następnego dnia granatowe, z falami sięgającymi kilka metrów wzwyż. Puste plaże. Poczucie przestrzeni, ograniczonej jedynie przez horyzont. Zapach wolności w powietrzu... Gdańsk zimą jest fantastyczny. Nie jestem z tym miastem w żaden sposób związana, a jednak mam wrażenie, że jest trochę "moje".
Na kawę do Corner Cafe
Jakiś czas temu przyszedł do mnie taki mail:
Witaj! Ta wiadomość trafiła do Ciebie, gdyż osoba która Cię zna, postanowiła sprawić Ci przyjemność i ufundowała Tobie Ekskluzywne Zaproszenie na Kawę.
Korzystając z serwisu Na-Kawe.pl Twój Znajomy wysłał Ci Zaproszenie do kawiarni, której wybór pozostawił Tobie.
Potem trzeba było wybrać kawiarnię z listy podanej na stronie i wydrukować kupon uprawniający do odbioru kawy.
Wybrałam, wydrukowałam, schowałam w portfelu i... zapomniałam o jego istnieniu. Na szczęście wpadł mi w oko na chwilę przed upływem terminu ważności i rzutem na taśmę zdążyłam do Corner Cafe na cappuccino od teamu na-kawe.pl
Powtórzę jeszcze raz, żeby nikomu nie umknęło, bo warto zapamiętać - Corner Cafe, na Wilczej. Bardzo tam ładnie i przestronnie, estetyka taka, jak lubię. Może trochę brakuje temu wnętrzu charakteru, ale to tylko taka luźna uwaga, której nie należy zbytnio brać do serca, bo to samo można by powiedzieć o moim mieszkaniu... Tak chyba jest z nowymi miejscami, że trzeba je "oswajać" swoją obecnością przez dłuższy czas, a pół roku to przecież tyle co nic.
Ale do rzeczy... Moje capu - rewelacyjne, naprawdę polecam z czystym sumieniem najbardziej wybrednym kawoszom. Dobre są też czekoladowe ciastka i jabłecznik, który smakował mi gruszkami, i kawa piernikowa, na łyk której również się załapałam.
Co do samego przedsięwzięcia na-kawe.pl - trzymam kciuki jak zawsze, kiedy w grę wchodzi promocja kawowego stylu życia. Twórcy tego przedsięwzięcia przekonują, że to propozycja uniwersalna - dla ludzi, którzy traktują zaproszenie na kawę, jako propozycję spokojnej i miłej rozmowy, okazję do spotkania, formę podziękowania, miły gest, sposób na pierwszą randkę, wdzięczność biznesową itd.
Ciekawa jestem, co Wy sądzicie na ten temat? Tak się zastanawiam... czy nie prościej po prostu wysłać maila z propozycją spotkania?
Corner Cafe
ul. Wilcza 50/52, Warszawa
www.cornercafe.pl
Witaj! Ta wiadomość trafiła do Ciebie, gdyż osoba która Cię zna, postanowiła sprawić Ci przyjemność i ufundowała Tobie Ekskluzywne Zaproszenie na Kawę.
Korzystając z serwisu Na-Kawe.pl Twój Znajomy wysłał Ci Zaproszenie do kawiarni, której wybór pozostawił Tobie.
Potem trzeba było wybrać kawiarnię z listy podanej na stronie i wydrukować kupon uprawniający do odbioru kawy.
Wybrałam, wydrukowałam, schowałam w portfelu i... zapomniałam o jego istnieniu. Na szczęście wpadł mi w oko na chwilę przed upływem terminu ważności i rzutem na taśmę zdążyłam do Corner Cafe na cappuccino od teamu na-kawe.pl
Powtórzę jeszcze raz, żeby nikomu nie umknęło, bo warto zapamiętać - Corner Cafe, na Wilczej. Bardzo tam ładnie i przestronnie, estetyka taka, jak lubię. Może trochę brakuje temu wnętrzu charakteru, ale to tylko taka luźna uwaga, której nie należy zbytnio brać do serca, bo to samo można by powiedzieć o moim mieszkaniu... Tak chyba jest z nowymi miejscami, że trzeba je "oswajać" swoją obecnością przez dłuższy czas, a pół roku to przecież tyle co nic.
Ale do rzeczy... Moje capu - rewelacyjne, naprawdę polecam z czystym sumieniem najbardziej wybrednym kawoszom. Dobre są też czekoladowe ciastka i jabłecznik, który smakował mi gruszkami, i kawa piernikowa, na łyk której również się załapałam.
Co do samego przedsięwzięcia na-kawe.pl - trzymam kciuki jak zawsze, kiedy w grę wchodzi promocja kawowego stylu życia. Twórcy tego przedsięwzięcia przekonują, że to propozycja uniwersalna - dla ludzi, którzy traktują zaproszenie na kawę, jako propozycję spokojnej i miłej rozmowy, okazję do spotkania, formę podziękowania, miły gest, sposób na pierwszą randkę, wdzięczność biznesową itd.
Ciekawa jestem, co Wy sądzicie na ten temat? Tak się zastanawiam... czy nie prościej po prostu wysłać maila z propozycją spotkania?
Corner Cafe
ul. Wilcza 50/52, Warszawa
www.cornercafe.pl
Gdzie na kawę w Trójmieście?
Gdańsk mnie woła, morze na mnie czeka... Byle do piątku!
Walizka już prawie spakowana, co - biorąc pod uwagę, że zawsze wszystko robię na ostatnią chwilę - jest niezłym osiągnięciem. I teraz zastanawiam się, gdzie szukać w Trójmieście dobrej kawy? Najlepiej w ładnym miejscu i z przyjazną atmosferą, niekoniecznie z widokiem na morze. Jeśli są takie knajpki, o których myślicie, że warto zajrzeć, dajcie znać. Będę wdzięczna.
Zwiastun dokumentu "Blogersi"
Dzisiaj temat luźno związany z Kawowym, ale może część z Was zainteresuje. W południe w sieci pojawił się zwiastun filmu dokumentalnego "Blogersi" - możecie go zobaczyć pod tym linkiem oraz poniżej.
Na Blog Forum Gdańsk Jarek Rybus, pomysłodawca i autor filmu, pokazywał nam niezmontowane jeszcze fragmenty. Bohaterami są znani blogerzy, no, może dzisiaj już mniej blogerzy a bardziej one-man-company (Kominek, Mediafun, AK74), a dyskusja toczy się wokół wyeksploatowanego już tematu blogerzy vs dziennikarze. Ale i tak cieszę się, że taki materiał powstaje. Przede wszystkim dlatego, że mimo wszystko u osób nie czytających blogów pokutuje przekonanie, że to "internetowe pamiętniki", a blogerzy to "niespełnieni dziennikarze". A jednostkom jeszcze bardziej nieświadomym potencjału internetu film może pokazać, że głos tzw. szarego obywatela, jeśli go odpowiednio "zmotywować", może mieć w internecie taką sama siłę jak głos dziennikarza (co bardzo irytuje np. red. Żakowskiego).
Mówiłam to już w audycji u Barbary Marcinik, ale powtórzę swoje zdanie tutaj. Internet odebrał mediom tradycyjnym monopol na przedstawianie świata i zdemokratyzował media w ogóle. Dzisiaj każdy z nas, jeśli ma taką potrzebę, może być, że sie tak fachowo wyrażę, nadawcą w komunikacji masowej - np. my z I.nną chciałyśmy mieć miejsce na dyskusje o kulturze picia kawy, więc zamiast czekać, aż któraś telewizja/gazeta/rozgłośnia radiowa zrobi łaskawie materiał na ten temat, założyłyśmy Kawowego. Co wcale nie znaczy, że czujemy się niespełnionymi dziennikarkami czy że w ogóle mamy takie ambicje (bo nie mamy). Blogi znalazły sobie miejsce w niszy i jako całość (bo nie odpowiadam za ambicje poszczególnych blogerów) absolutnie nie konkurują z mediami tradycyjnymi, ale za to świetnie je uzupełniają. Takie jest moje zdanie.
A co Wy myślicie na ten temat? Czego szukacie dzisiaj w mediach tradycyjnych a czego na blogach? Jakie są zalety jednych i drugich? Podyskutujemy?
Na Blog Forum Gdańsk Jarek Rybus, pomysłodawca i autor filmu, pokazywał nam niezmontowane jeszcze fragmenty. Bohaterami są znani blogerzy, no, może dzisiaj już mniej blogerzy a bardziej one-man-company (Kominek, Mediafun, AK74), a dyskusja toczy się wokół wyeksploatowanego już tematu blogerzy vs dziennikarze. Ale i tak cieszę się, że taki materiał powstaje. Przede wszystkim dlatego, że mimo wszystko u osób nie czytających blogów pokutuje przekonanie, że to "internetowe pamiętniki", a blogerzy to "niespełnieni dziennikarze". A jednostkom jeszcze bardziej nieświadomym potencjału internetu film może pokazać, że głos tzw. szarego obywatela, jeśli go odpowiednio "zmotywować", może mieć w internecie taką sama siłę jak głos dziennikarza (co bardzo irytuje np. red. Żakowskiego).
Mówiłam to już w audycji u Barbary Marcinik, ale powtórzę swoje zdanie tutaj. Internet odebrał mediom tradycyjnym monopol na przedstawianie świata i zdemokratyzował media w ogóle. Dzisiaj każdy z nas, jeśli ma taką potrzebę, może być, że sie tak fachowo wyrażę, nadawcą w komunikacji masowej - np. my z I.nną chciałyśmy mieć miejsce na dyskusje o kulturze picia kawy, więc zamiast czekać, aż któraś telewizja/gazeta/rozgłośnia radiowa zrobi łaskawie materiał na ten temat, założyłyśmy Kawowego. Co wcale nie znaczy, że czujemy się niespełnionymi dziennikarkami czy że w ogóle mamy takie ambicje (bo nie mamy). Blogi znalazły sobie miejsce w niszy i jako całość (bo nie odpowiadam za ambicje poszczególnych blogerów) absolutnie nie konkurują z mediami tradycyjnymi, ale za to świetnie je uzupełniają. Takie jest moje zdanie.
A co Wy myślicie na ten temat? Czego szukacie dzisiaj w mediach tradycyjnych a czego na blogach? Jakie są zalety jednych i drugich? Podyskutujemy?
Gadżet miesiąca: french press BRAZIL od Bodum
Odkąd mam własną kuchnię (no dobra, jej część należy jeszcze do banku), zostałam gadżeciarą. Ostatnio poszukiwałam dobrego french pressu, który przy okazji cieszyłby oko i pasował do kuchni. Musiał zatem być dobrej jakości i pomarańczowy!
Lubię monochromatyczne wnętrza i detale w energetyzujących kolorach. W kuchni kręci mnie pomarańczowy - drobiazgi w tym kolorze są dobrymi towarzyszami poranków. Ucieszyłam się więc, że Bodum w swojej serii french pressów BRAZIL ma ten kolor. Kupiłam sobie wersję "kieszonkową", na trzy filiżanki. I oto moje wrażenia:

2. Do french pressu nie możemy wsypać zwykłej mielonej - mam na myśli kupionej, zapaczkowanej mielonej kawy. W większości przypadków taka kawa jest bardzo drobno zmielona i french press może się przytkać, co skutkuje często tym, że zostaniemy opryskani wrzątkiem. Polecam kupienie kawy grubo zmielonej albo po prostu zmielenie kawy przed zaparzeniem w młynku, który możemy sobie odpowiednio skalibrować (ja mam na przykład 30-letni drewniany ręczny młynek po rodzicach i daje radę). Jeśli kupujecie kawę na wagę, to zawsze można poprosić o grubo zmieloną.
3. Przygotowanie: wsypujemy porcję kawy, zalewamy wrzątkiem, mieszamy lekko łyżką, żeby zatopić fusy, a następnie zakładamy pokrywkę z tłokiem podciągniętym do góry. Po ok. 4 minutach powoli (!) naciskamy tłok, aż poczujemy opór. I gotowe.
4. Ważne: producent sugeruje, że urządzenie o pojemności 0.35l wystarczy na 3 filizanki. W rzeczywistości napar z napełnionego french pressu wystarcza na 3 napełnione w 2/3 zwykłe filżanki. Na szczęście nauczyłam się tego wcześniej na przykładzie moki, więc byłam na to przygotowana (poza tym potrzebowąłam french pressu dla dwojga), ale warto o tym wspomnieć.
5. Brazil się świetnie myje. Łatwo go zdemontować: szklany dzbanuszek wyjmujemy z uchwytu, sitko rozkręcamy i wszystko opłukujemy lub wrzucamy do zmywarki. Prościzna.
6. No i na koniec: czyż nie jest ładniutki? Pod tym linkiem możecie obejrzeć wszystkie kolory z serii Brazil. Większość z nich można kupić u Pawła na Wloskieespresso.pl, gdzie ja kupiłam swój egzemplarz. Widzę dzisiaj, że Brazil nie są tam wystawione, ale myślę, że wystarczy mail do Pawła i po kilku dniach ten miły gadżet będzie cieszył podniebienie i oko.
A o french pressie pomyślałam również dzięki - moim zdaniem genialnej! - czołówce serialu Dexter, od którego aktualnie nie mogę się oderwać. Zresztą, sami ją zobaczcie.
Smacznego!
Magdaro
Lubię monochromatyczne wnętrza i detale w energetyzujących kolorach. W kuchni kręci mnie pomarańczowy - drobiazgi w tym kolorze są dobrymi towarzyszami poranków. Ucieszyłam się więc, że Bodum w swojej serii french pressów BRAZIL ma ten kolor. Kupiłam sobie wersję "kieszonkową", na trzy filiżanki. I oto moje wrażenia:

1. Moim zdaniem kawa na pewno lepsza niż z ekspresu przelewowego. Nie wiem co jest z tymi przelewowymi, ale ja zawsze wyczuwam tam jakiś specyficzny posmak i nie smakuje mi ten rodzaj kawy. Może to kwestia modeli, z których kawę testowałam, a może rzeczywiście proces przygotowywania kawy w ekspresach przelewowych zawsze nadaje im ten charakterystyczny smak. Nie mówię, że zły. Mówię, że mi nie odpowiada. Za to kawa z french pressu - jak najbardziej. Smaczna, aromatyczna i bez fusów.
3. Przygotowanie: wsypujemy porcję kawy, zalewamy wrzątkiem, mieszamy lekko łyżką, żeby zatopić fusy, a następnie zakładamy pokrywkę z tłokiem podciągniętym do góry. Po ok. 4 minutach powoli (!) naciskamy tłok, aż poczujemy opór. I gotowe.
4. Ważne: producent sugeruje, że urządzenie o pojemności 0.35l wystarczy na 3 filizanki. W rzeczywistości napar z napełnionego french pressu wystarcza na 3 napełnione w 2/3 zwykłe filżanki. Na szczęście nauczyłam się tego wcześniej na przykładzie moki, więc byłam na to przygotowana (poza tym potrzebowąłam french pressu dla dwojga), ale warto o tym wspomnieć.
5. Brazil się świetnie myje. Łatwo go zdemontować: szklany dzbanuszek wyjmujemy z uchwytu, sitko rozkręcamy i wszystko opłukujemy lub wrzucamy do zmywarki. Prościzna.
6. No i na koniec: czyż nie jest ładniutki? Pod tym linkiem możecie obejrzeć wszystkie kolory z serii Brazil. Większość z nich można kupić u Pawła na Wloskieespresso.pl, gdzie ja kupiłam swój egzemplarz. Widzę dzisiaj, że Brazil nie są tam wystawione, ale myślę, że wystarczy mail do Pawła i po kilku dniach ten miły gadżet będzie cieszył podniebienie i oko.
A o french pressie pomyślałam również dzięki - moim zdaniem genialnej! - czołówce serialu Dexter, od którego aktualnie nie mogę się oderwać. Zresztą, sami ją zobaczcie.
Smacznego!
Magdaro
Kawowy mikrokosmos. Audrey Heller.
Czy jest choć jedna osoba, która przynajmniej raz w życiu nie siedziała nad brzegiem jeziora, machając stopami nad taflą wody? Mnie nawet czasem śni się, że siedzę beztrosko na pomoście i jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych snów, bo nic się w nim nie dzieje - po prostu jest dobrze. A potem, w dobrym towarzystwie, rozpalam ognisko i robi się troszkę gorąco. Ognisko na pomoście, drewnianym pomoście... Dobrze, że to tylko sen. Szkoda, że zawsze kończy się w najciekawszym momencie.
O czym myśli Audrey Heller, fotografując świat w skali makro? Czy śni jej się, że siedzi nad brzegiem cappuccino? Albo nurkuje w talerzu mleka? Któż to może wiedzieć. Trzeba jednak przyznać, że wyobraźnię ma imponującą. Zresztą zobaczcie sami. Kawowa "seria" poniżej, natomiast więcej zdjęć znajdziecie na www.audreyheller.com
Notatki znad filiżanki
- Chodźmy do kina.
- Ale do kina, czy na film?
Ot, dylemat. Znany chyba każdej parze, nie jest całkiem pozbawiony sensu również w odniesieniu do kawiarni. Zwykle "chodźmy na kawę" nie oznacza konieczności dostarczenia odrobiny kofeiny do organizmu, tylko chęć spędzenia razem czasu. W każdym razie moje "chodźmy na kawę" może oznaczać milion rzeczy: "chciałabym ci o czymś opowiedzieć", "spotkajmy się same, bez naszych facetów", "nie chce mi się siedzieć w domu", "dawno nie pisałam na Kawowym", a nawet "stęskniłam się za tobą". A jak już jestem przy stoliku, nie mogę się powstrzymać od obserwowania ludzi.
1.
Przyszła co najmniej 15 minut za wcześnie. Zdążyła zamówić latte, dwa razy zmieniała miejsce, aż w końcu usiadła tak, żeby mieć widok na wejściowe drzwi i kawałek ulicy. Wygładziła wszystkie nieistniejące fałdki na sukience, poprawiła włosy. Jest taka pachnąca i wyprasowana... nie wpadła tu na kawę po pracy. Mogę się założyć, że spędziła z pół godziny przed lustrem zastanawiając się, w co się ubrać, żeby jednocześnie świetnie wyglądać i nie robić wrażenia wystrojonej. Nie ulega wątpliwości, że na kogoś czeka. Nie, to nie jest dobre określenie. Ona nie czeka, ona cała JEST czekaniem. Można z niej czytać jak z menu, widać ekscytację i odrobinę zdenerwowania. Gdyby była bohaterką jakiegoś filmu, pewnie już zaczęłabym się z nią utożsamiać, w końcu znam to doskonale. Poza tym ma oficerki w kolorze świeżych kasztanów, zupełnie takie jak moje. Domyślam się, że ma bardzo szczupłe łydki i pewnie miała problem ze znalezieniem ładnych butów, które mają na tyle wąskie cholewki, że nie wyglądają na niej jak kalosze po starszej siostrze.
Jest wreszcie. Siedzę tyłem do drzwi, ale widzę to "wreszcie" w jej oczach. Rzut oka i już wiem, że nie tylko buty podobają nam się takie same. Jest duży, ma mocno zarysowaną szczękę i łobuzerski uśmiech. Staje na palcach i całuje go w policzek na powitanie, on ją mocno przytula. Siadają przy sąsiednich bokach stolika, ona coś opowiada z przejęciem, jest taka radosna; aż jej trochę zazdroszczę tego stanu. W pewnym momencie on poprawia jej grzywkę, choć grzywka jest na swoim miejscu i wcale nie trzeba jej poprawiać. Ona jakby trochę zaskoczona tym gestem, odsuwa się i opiera o oparcie krzesła. Ale po chwili nachyla się jeszcze bliżej, zwraca się ku niemu całym ciałem i widzę, że nawet stopy po stolikiem wyciąga w jego stronę. To jeszcze flirt, czy już gra wstępna? Bawi się sytuacją i robi to specjalnie, czy są to sygnały wysyłane bez udziału świadomości? I czy on będzie umiał je odczytać? Wydaje się taki sympatyczny, żałuję, że nie mogę mu powiedzieć "chłopaku, nie spieprz tego, ona już jest Twoja, choć może jeszcze sama o tym nie wie".
2.
Gimnazjalistki. Jedna "zwyczajna", druga blond niunia spalona na solarium, do stereotypowego wizerunku brakuje jej tylko białych kozaczków. Są tak do siebie niepodobne, że dziwię się skąd biorą wspólne tematy do rozmów. Blondi coś opowiada, co chwila wybuchając śmiechem. Zwyczajna mówi niewiele, od czasu do czasu kiwa głową potakująco. W końcu zamawia cappuccino. Co dla Pani? - pyta blondynkę baristka. Blondi kręci głową i nie zamawia nic, mówiąc, że nie pije kawy, bo kawa jest niezdrowa. Czytała (!), że kawa wypłukuje magnez i wapń i powoduje choroby serca. Idą do stolika, a Blondi wyciąga z torby red bula.
3.
Oboje bardzo elegancko ubrani, każde z nich z własną skórzaną teczką pełną Bardzo Ważnych Dokumentów. On ma nienagannie skrojony garnitur i spinki w mankietach, ona kołysze biodrami ostrożnie stawiając kroki na niebotycznie wysokich obcasach. Mają pewnie 35-40 lat. Każde z nich przyjechało własnym samochodem (ciekawe, ile ona ma par butów w swoim), on pomaga zdjąć jej płaszcz, ona jemu podaje menu. Po chwili pytają kelnera o danie dnia.
Ale wie pan, to musi być coś specjalnego, bo i okazja jest wyjątkowa... To może łosoś pieczony z... - Ona i kelner zaczynają mówić w tym samym momencie, kelner milknie, ona kończy, jakby go w ogóle nie słyszała: ...właśnie wyszliśmy ze sprawy rozwodowej. Kelner wyraźnie skonsternowany, nie wie, czy mówić dalej o tym łososiu, pogratulować zakończenia nieudanego związku czy może raczej powiedzieć "bardzo mi przykro". Współczuję mu, pewnie też bym nie wiedziała. Ale coś chyba powinien powiedzieć - niby zdanie rzucone od niechcenia, ale jednak widać, że czeka na reakcję. W końcu zamawiają, ale nie łososia, tylko comber z sarny marynowany w burgundzie i kaczkę w sosie truskawkowym. A ja nadal studiuję kartę i widzę, że jest też pozycja pt. pieróg z Pacanowa.
- Ale do kina, czy na film?
Ot, dylemat. Znany chyba każdej parze, nie jest całkiem pozbawiony sensu również w odniesieniu do kawiarni. Zwykle "chodźmy na kawę" nie oznacza konieczności dostarczenia odrobiny kofeiny do organizmu, tylko chęć spędzenia razem czasu. W każdym razie moje "chodźmy na kawę" może oznaczać milion rzeczy: "chciałabym ci o czymś opowiedzieć", "spotkajmy się same, bez naszych facetów", "nie chce mi się siedzieć w domu", "dawno nie pisałam na Kawowym", a nawet "stęskniłam się za tobą". A jak już jestem przy stoliku, nie mogę się powstrzymać od obserwowania ludzi.
1.
Przyszła co najmniej 15 minut za wcześnie. Zdążyła zamówić latte, dwa razy zmieniała miejsce, aż w końcu usiadła tak, żeby mieć widok na wejściowe drzwi i kawałek ulicy. Wygładziła wszystkie nieistniejące fałdki na sukience, poprawiła włosy. Jest taka pachnąca i wyprasowana... nie wpadła tu na kawę po pracy. Mogę się założyć, że spędziła z pół godziny przed lustrem zastanawiając się, w co się ubrać, żeby jednocześnie świetnie wyglądać i nie robić wrażenia wystrojonej. Nie ulega wątpliwości, że na kogoś czeka. Nie, to nie jest dobre określenie. Ona nie czeka, ona cała JEST czekaniem. Można z niej czytać jak z menu, widać ekscytację i odrobinę zdenerwowania. Gdyby była bohaterką jakiegoś filmu, pewnie już zaczęłabym się z nią utożsamiać, w końcu znam to doskonale. Poza tym ma oficerki w kolorze świeżych kasztanów, zupełnie takie jak moje. Domyślam się, że ma bardzo szczupłe łydki i pewnie miała problem ze znalezieniem ładnych butów, które mają na tyle wąskie cholewki, że nie wyglądają na niej jak kalosze po starszej siostrze.
Jest wreszcie. Siedzę tyłem do drzwi, ale widzę to "wreszcie" w jej oczach. Rzut oka i już wiem, że nie tylko buty podobają nam się takie same. Jest duży, ma mocno zarysowaną szczękę i łobuzerski uśmiech. Staje na palcach i całuje go w policzek na powitanie, on ją mocno przytula. Siadają przy sąsiednich bokach stolika, ona coś opowiada z przejęciem, jest taka radosna; aż jej trochę zazdroszczę tego stanu. W pewnym momencie on poprawia jej grzywkę, choć grzywka jest na swoim miejscu i wcale nie trzeba jej poprawiać. Ona jakby trochę zaskoczona tym gestem, odsuwa się i opiera o oparcie krzesła. Ale po chwili nachyla się jeszcze bliżej, zwraca się ku niemu całym ciałem i widzę, że nawet stopy po stolikiem wyciąga w jego stronę. To jeszcze flirt, czy już gra wstępna? Bawi się sytuacją i robi to specjalnie, czy są to sygnały wysyłane bez udziału świadomości? I czy on będzie umiał je odczytać? Wydaje się taki sympatyczny, żałuję, że nie mogę mu powiedzieć "chłopaku, nie spieprz tego, ona już jest Twoja, choć może jeszcze sama o tym nie wie".
2.
Gimnazjalistki. Jedna "zwyczajna", druga blond niunia spalona na solarium, do stereotypowego wizerunku brakuje jej tylko białych kozaczków. Są tak do siebie niepodobne, że dziwię się skąd biorą wspólne tematy do rozmów. Blondi coś opowiada, co chwila wybuchając śmiechem. Zwyczajna mówi niewiele, od czasu do czasu kiwa głową potakująco. W końcu zamawia cappuccino. Co dla Pani? - pyta blondynkę baristka. Blondi kręci głową i nie zamawia nic, mówiąc, że nie pije kawy, bo kawa jest niezdrowa. Czytała (!), że kawa wypłukuje magnez i wapń i powoduje choroby serca. Idą do stolika, a Blondi wyciąga z torby red bula.
3.
Oboje bardzo elegancko ubrani, każde z nich z własną skórzaną teczką pełną Bardzo Ważnych Dokumentów. On ma nienagannie skrojony garnitur i spinki w mankietach, ona kołysze biodrami ostrożnie stawiając kroki na niebotycznie wysokich obcasach. Mają pewnie 35-40 lat. Każde z nich przyjechało własnym samochodem (ciekawe, ile ona ma par butów w swoim), on pomaga zdjąć jej płaszcz, ona jemu podaje menu. Po chwili pytają kelnera o danie dnia.
Ale wie pan, to musi być coś specjalnego, bo i okazja jest wyjątkowa... To może łosoś pieczony z... - Ona i kelner zaczynają mówić w tym samym momencie, kelner milknie, ona kończy, jakby go w ogóle nie słyszała: ...właśnie wyszliśmy ze sprawy rozwodowej. Kelner wyraźnie skonsternowany, nie wie, czy mówić dalej o tym łososiu, pogratulować zakończenia nieudanego związku czy może raczej powiedzieć "bardzo mi przykro". Współczuję mu, pewnie też bym nie wiedziała. Ale coś chyba powinien powiedzieć - niby zdanie rzucone od niechcenia, ale jednak widać, że czeka na reakcję. W końcu zamawiają, ale nie łososia, tylko comber z sarny marynowany w burgundzie i kaczkę w sosie truskawkowym. A ja nadal studiuję kartę i widzę, że jest też pozycja pt. pieróg z Pacanowa.
"Ostatnia noc w Twisted River" albo pocałunek wilka
W ostatnim Magazynie Bardzo Kulturalnym w radiowej Trójce dr Jan Zając przekonywał prowadzącą, redaktor Barbarę Marcinik, że internet nie tylko nie zabija kultury, ale wręcz przeciwnie: zachęca do konsumpcji różnych jej obszarów. Stali czytelnicy Kawowego zgodzą się, że my tutaj też czasami zachęcamy się wzajemnie do konsumpcji książek, muzyki czy filmów. I dzisiaj chciałabym Wam polecić nową pozycję do skonsumowania lub podarowania komuś na święta - książkę o przeznaczeniu, przypadkach, męskiej przyjaźni i gotowaniu.
John Irving uwiódł mnie dawno temu. I wcale nie "Światem według Grape'a", lecz "Regulaminem tłoczni win" i "Jednoroczną wdową". Bez namysłu sięgnęłam zatem po jego najnowszą powieść, "Ostatnią noc w Twisted River".
Jestem już po lekturze opasłego tomiska. I cierpię. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zakochać w bohaterze literackim. Zajrzałam jednak na stronę fanów Irvinga na Facebooku i odetchnęłam z ulgą. Nie tylko ja chciałabym być na miejscu Six-Pack Pam, a jeszcze lepiej Rosie - kobiet Ketchuma - nieokrzesanego flisaka, niepoprawnego politycznie i obyczajowo, absolutnie niereformowalnego wybuchowego trapera (zapewne moja słabość do wysokich meżczyzn nie jest tu bez znaczenia). Irving jest mistrzem budowania postaci - w książce zresztą pojawia się fragment o tym, że fikcyjni bohaterowie są dużo ciekawsi niż prawdziwi ludzie.
Ale nie przez Ketchuma polecam Wam dzisiaj "Ostatnią noc w Twisted River". Zresztą, Irvingowi udała się ciekawa rzecz: ta książka nie ma jednego głównego bohatera. Być może wcale nie będziecie, jak ja, wyczekiwać, aż na kartach powieści pojawi się Ketchum. Może za głównego bohatera uznacie kucharza Dominica Bacciagalupo vel Poppolo vel Tony'ego Angela. Lub jego syna Daniela, pisarza, w którym dostrzegam alter ego Irvinga, dyskutującego od czasu do czasu z czytelnikiem.
Nie będę Wam odbierała przyjemności czekania na punkt kulminacyjny, jak to czynią wydawcy, umieszczając zbyt wiele mówiące opinie na okładce książki. Powiem jedynie, że to opowieść o męskiej przyjaźni, przypadkach, które rządzą naszym życiem, przeznaczeniu, od którego nie można uciec, gotowaniu, które jest czymś więcej niż przygotowaniem posiłku, podróży przez różne kraje i miasta; jest też o sztuce pisania książek i o tym, ile w nich jest fikcji, a ile doświadczeń autora.
Uzasadnieniem polecania Wam tej książki właśnie na Kawowym są misternie wplecione w fabułę historie kulinarne. Skromny włoski emigrant uchyla od czasu do czasu rąbka tajemnicy, zdradzając sekrety najlepszego ciasta na pizzę (z dodatkiem miodu), a czasami całe przepisy z kuchni włoskiej i azjatyckiej.
Znajdziemy w "Ostatniej nocy..." i akcent kawowy. Mój ulubieniec Ketchum konsekwentnie do końca życia przygotowywał kawę na sposób flisacki - zmieloną gotował wraz ze skorupkami jajek, które "przyklejały" fusy do siebie.
Chętnie bym podyskutowała z kimś z Was, kto już czytał "Ostatnią noc w Twisted River". O czym, Waszym zdaniem, jest ta książka? I o kim? I czy do Was ównież, po skończeniu lektury, wracały konkretne zdania lub zgoła całe fragmenty ksiażki, ukazując swoje nowe znaczenie?
I chociaż zakończenie wydało mi się nieco nierealne, bo moja wiara w przeznaczenie nie jest aż tak bezgraniczna, to jednak zastosowana przez Irvinga klamra narracyjna wynagradza mi to w zupełności. Dzięki niej książka mówi do mnie jeszcze teraz, mimo, że czeka już na kolejnego czytelnika.
Gorąco polecam!
Magdaro
John Irving uwiódł mnie dawno temu. I wcale nie "Światem według Grape'a", lecz "Regulaminem tłoczni win" i "Jednoroczną wdową". Bez namysłu sięgnęłam zatem po jego najnowszą powieść, "Ostatnią noc w Twisted River".
Jestem już po lekturze opasłego tomiska. I cierpię. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zakochać w bohaterze literackim. Zajrzałam jednak na stronę fanów Irvinga na Facebooku i odetchnęłam z ulgą. Nie tylko ja chciałabym być na miejscu Six-Pack Pam, a jeszcze lepiej Rosie - kobiet Ketchuma - nieokrzesanego flisaka, niepoprawnego politycznie i obyczajowo, absolutnie niereformowalnego wybuchowego trapera (zapewne moja słabość do wysokich meżczyzn nie jest tu bez znaczenia). Irving jest mistrzem budowania postaci - w książce zresztą pojawia się fragment o tym, że fikcyjni bohaterowie są dużo ciekawsi niż prawdziwi ludzie.
Ale nie przez Ketchuma polecam Wam dzisiaj "Ostatnią noc w Twisted River". Zresztą, Irvingowi udała się ciekawa rzecz: ta książka nie ma jednego głównego bohatera. Być może wcale nie będziecie, jak ja, wyczekiwać, aż na kartach powieści pojawi się Ketchum. Może za głównego bohatera uznacie kucharza Dominica Bacciagalupo vel Poppolo vel Tony'ego Angela. Lub jego syna Daniela, pisarza, w którym dostrzegam alter ego Irvinga, dyskutującego od czasu do czasu z czytelnikiem.
Nie będę Wam odbierała przyjemności czekania na punkt kulminacyjny, jak to czynią wydawcy, umieszczając zbyt wiele mówiące opinie na okładce książki. Powiem jedynie, że to opowieść o męskiej przyjaźni, przypadkach, które rządzą naszym życiem, przeznaczeniu, od którego nie można uciec, gotowaniu, które jest czymś więcej niż przygotowaniem posiłku, podróży przez różne kraje i miasta; jest też o sztuce pisania książek i o tym, ile w nich jest fikcji, a ile doświadczeń autora.
Uzasadnieniem polecania Wam tej książki właśnie na Kawowym są misternie wplecione w fabułę historie kulinarne. Skromny włoski emigrant uchyla od czasu do czasu rąbka tajemnicy, zdradzając sekrety najlepszego ciasta na pizzę (z dodatkiem miodu), a czasami całe przepisy z kuchni włoskiej i azjatyckiej.
Znajdziemy w "Ostatniej nocy..." i akcent kawowy. Mój ulubieniec Ketchum konsekwentnie do końca życia przygotowywał kawę na sposób flisacki - zmieloną gotował wraz ze skorupkami jajek, które "przyklejały" fusy do siebie.
Chętnie bym podyskutowała z kimś z Was, kto już czytał "Ostatnią noc w Twisted River". O czym, Waszym zdaniem, jest ta książka? I o kim? I czy do Was ównież, po skończeniu lektury, wracały konkretne zdania lub zgoła całe fragmenty ksiażki, ukazując swoje nowe znaczenie?
I chociaż zakończenie wydało mi się nieco nierealne, bo moja wiara w przeznaczenie nie jest aż tak bezgraniczna, to jednak zastosowana przez Irvinga klamra narracyjna wynagradza mi to w zupełności. Dzięki niej książka mówi do mnie jeszcze teraz, mimo, że czeka już na kolejnego czytelnika.
Gorąco polecam!
Magdaro
Kawa pod choinkę
Jeżeli jeszcze nie kupiliście prezentów świątecznych – przyjmijcie wyrazy współczucia. W centrach handlowych i sklepach z gadżetami jest już tłum. Żebyście nie musieli dłużej tracić czasu na rozmyślania, co kupić pod choinkę, podrzucamy kilka pomysłów z różnych kategorii.
Kategoria: „No limits”
...zwana inaczej "wszystko dla ciebie, bejbe". Jeśli Wasz Św. Mikołaj na duży budżet, zainwestujcie w ekspres. Na Boga! Nie w ten ekspres. Mam na myśli coś naprawdę porządnego, co będzie służyło przez kolejne i kolejne święta. Z ekspresów dostępnych łatwo na polskim rynku (bo przecież jest już połowa grudnia i święta za pasem, i nie mamy czasu na sprowadzanie ekspresu z daleka) polecamy np. marki Demoka czy Gaggia, a dla wielbicieli ekspresów na kapsułki - schludne ekspresy Nespresso (żeby nie było, że się uwzięłam na tego producenta),(uwaga, warto do prezentu dołączyć zapas kapsuł lub też oświadczenie, że zobowiązujemy się dostarczać przy wszelkich możliwych okolicznościach kolejne dostawy tychże). Jeśli chcecie sobie przypomnieć, jak wybrać dobry ekspres, to polecam archiwalny tekst I.nnej „Jaki ekspres kupić”, część pierwszą i drugą.
Kategoria: „Dla konesera”
Pamiętając, że nie mamy czasu na poszukiwania gadżetów naprawdę koneserskich i że musi tu się znaleźć coś, co można kupić w pobliskim centrum handlowym, polecamy dwie sprawdzone, robiące wrażenie nawet na laikach, pozycje: kopi luwak oraz blue mountain. Aha, upewnijcie się, że obdarowywana osoba zna pochodzenie kopi luwak i potrafi docenić... ykhm... ujmę to tak: długą drogę, którą przebyły ziarenka tej kawy, zanim trafiły pod choinkę.
Kategoria: „Coś włoskiego”
Proponuję mokę. Obecnie dostępną nawet w większych supermarketach. Ale jeśli się pospieszycie, to może jeszcze Paweł z Wloskieespresso.pl zdąży Wam dostarczyć zamówienie. Ja zawsze polecam Bialetti – takie widywałam w użyciu we Włoszech i jak dla mnie to wystarczająca rekomendacja. Słówko o moce vel kafetierze na Cafe Prego.
Kategoria: „Coś praktycznego”
French press? Sprawdza się i w domu, i w pracy, i na urlopie. Nie zawsze możemy dostać kawę z ekspresu, nie zawsze mamy na czym postawić mokę, za to znacznie częściej mamy dostęp do wrzątku. Zalewany, dociskamy, czekamy i raczymy się dobrą kawą. Bez fusów. (btw, nie wiem, czy wspominałam, że moje pierwsze słowo to było „fusi” – mam na to świadków).Kategoria: „Coś zaskakującego”
W gruncie rzeczy, kandydat w tej kategorii ze swej natury nie jest zaskakujący. Ot, zwykły kawowy młynek. Ale zaskakująco podnosi jakość kawy. Żadna, powtarzam, żadna, choćby najlepiej zapaczkowana mielona kawa, nie będzie smakowała tak dobrze, jak wtedy, gdy zmielicie ją tuż przed użyciem. Zapewniam, że obdarowana osoba po pierwszym użyciu doceni Wasz prezent i na pewno będzie miło zaskoczona.
Możecie wybierać pomiędzy młynkami ręcznymi kupionymi w sklepie z akcesoriami kuchennymi, młynkami z duszą, po które musicie się pofatygować na targ staroci, zwykłymi elektrycznymi młynkami za kilkadziesiąt złotych oraz prawdziwymi kombajnami, budzącymi szacunek możliwościami kalibrowania oraz ceną. Jak wybrać dobry młynek radziłyśmy w tym wpisie. Oczywiście nie warto popadać w przesadę; myślę, że młynek dostosowujący się do bicia naszego serca, to już lekka przesada.
Kategoria: „Coś drobnego [i nie zobowiązującego]”
Jeszcze na studiach rozpoczęliśmy z przyjaciółmi miłą praktykę, którą kontynuujemy już bodaj ósmy rok. Ponieważ na święta każdy rozjeżdżał się w swoją stronę, tydzień przed Wigilią urządzaliśmy sobie wieczorek przy barszczu z uszkami i rybie po grecku. Przynosiliśmy sobie drobne prezenty. Naprawdę drobne, na studencką kieszeń. Paczuszkę czekoladek, modne pończochy lub własnoręcznie malowany kubek. Do grupy prezentów drobnych i miłych, nie należących jednocześnie do kategorii „kurzołapów i durnostojek” należy najprostszy spieniacz mleka. Do kupienia już za kilka złotych, plus bateryjka. Mleczko spienia jak ta lala!
To tyle pomysłów na te Święta. Jeśli macie swoje, podzielcie się w komentarzach.
Wesołych zakupów.
Magdaro
Kawowy na żywo w sieci i radiowej Trójce
Mały alercik. Jeśli chcielibyście obejrzeć relację z jutrzejszych paneli dyskusyjnych na Blog Forum Gdańsk, lajfstriming będzie tutaj. Startuję z przepytywaniem Liski, Segritty i Pandy o 11:15, panel A. Jeśli chcecie jeszcze dorzucić jakieś pytanie, macie czas do wieczora.
Tych, którzy nie załapią się na relację na żywo, zapraszamy przed radioodbiorniki między 14. a 15. - będziemy też w audycju Barbary Marcinik w radiowej Trójce.
Słowem, nastawiajcie ekspresy.
Magdaro
Tych, którzy nie załapią się na relację na żywo, zapraszamy przed radioodbiorniki między 14. a 15. - będziemy też w audycju Barbary Marcinik w radiowej Trójce.
Słowem, nastawiajcie ekspresy.
Magdaro
Kawowy dwulatek
Jak już Wam wspominałam, Kawowy kończy w tym miesiącu dwa lata. Tak jak w zeszłym roku, będziemy miały dla Was konkurs z kawową nagrodą. W zeszłym roku mieliśmy wykapowatko (właśnie, jak się sprawuje?) od mniejszości wietnamskiej ze Śląska Cieszyńskiego. W tym roku sponsorem nagrody jest Świeżopalona.pl – Paweł podarował nam świeżo sprowadzoną świeżo paloną mieszankę GuatelamaSHB Teresita.
Zasady konkursu przedstawimy w najbliższy poniedziałek. Ale już teraz warto przejrzeć wpisy z ostatniego roku i odrobić lekcje. W tym roku poza konkursem z wiedzy o kawie – zadanie dodatkowe. W końcu jesteśmy już razem dwa lata i musimy od siebie wymagać, c’nie?
Pozdrawiam z Blog Forum Gdańsk,
Magdaro
Zasady konkursu przedstawimy w najbliższy poniedziałek. Ale już teraz warto przejrzeć wpisy z ostatniego roku i odrobić lekcje. W tym roku poza konkursem z wiedzy o kawie – zadanie dodatkowe. W końcu jesteśmy już razem dwa lata i musimy od siebie wymagać, c’nie?
Pozdrawiam z Blog Forum Gdańsk,
Magdaro
W uszach - waciki. W filiżance... Pellini
Z bólem jest prawie tak, jak ze smakiem. To kwestia subiektywna. Dla mnie zdecydowanie gorszy do zniesienia jest ból ucha niż zębów. Plombowanie bez znieczulenia - żaden problem. Ale uszy sprawiają, że zaprzyjaźniam się z Ketonalem w wersji forte. W nocy liczę do stu we wszystkich językach, jakich kiedykolwiek się uczyłam i okazuje się, że przy odpowiedniej motywacji (czyli skupić na czymś i nie myśleć, jak boli) jestem w stanie przypomnieć sobie nawet co nieco z lekcji niemieckiego, którego nigdy nie lubiłam. Inna metoda to wyobrazić sobie drogę. Tak, jakby się ją oglądało z samochodu; jedziesz, mijasz łąki, pola, lasy, kolejne wzniesienia i zakręty, wyobrażając sobie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. To naprawdę działa i - podobnie jak z liczeniem - może nie mieć końca. Zawsze można jechać dalej.
W tym stanie nie bardzo mam ochotę na życie towarzyskie. Szczerze mówiąc, nie chce mi się wychodzić z domu. Korzystając z okazji podzielę się kawowymi wrażeniami z prywatnej filiżanki. Ostatnio piję Pellini Classico, kupioną w jakimś włoskim markecie za niecałe 6 euro za kilogram. W polskich sklepach internetowych ta kawa kosztuje ok 60 zł. Klasyczna mieszanka 60% arabiki i 40% robusty. Ziarenka różnej wielkości, ale w dość jednolitym kolorze, palona średnio ciemno. Zapach po otwarciu opakowania bardzo intensywny, czuć go było w całym mieszkaniu jeszcze ze dwie godziny później. Po zaparzeniu dochodzę do wniosku, że to coś dla miłośników wyrazistych smaków. Jest intensywna, z lekką nutą goryczki. Z mlekiem komponuje się całkiem nieźle, choć moim zdaniem lepsza jest sama. Jeśli już, to raczej macchiato niż cappu. Wolę, kiedy smak mleka i kawy się uzupełniają, a nie ze sobą walczą, dlatego bardziej smakuje mi cappuccino z jakiejś delikatniejszej mieszanki.
Zdecydowanie bardziej subtelna jest Pellini Top. Piłam ją już dość dawno temu, więc wrażenia nieco się rozmyły, ale pamiętam, że wyraźnie czułam w niej czekoladę. Chyba wydawała mi się troszkę kwaskowata, ale to nie wada, tylko cecha 100% arabiki. Wydaje mi się, że to taka kawa, która będzie smakowała każdemu, więc w ciemno można ją brać na święta, tym bardziej, że taka ładna puszka będzie się nieźle prezentowała na półce (tfu, co ja mówię, w lodówce). Jedynie cena może trochę zniechęcać - 30-40 zł za 250g.
W tym stanie nie bardzo mam ochotę na życie towarzyskie. Szczerze mówiąc, nie chce mi się wychodzić z domu. Korzystając z okazji podzielę się kawowymi wrażeniami z prywatnej filiżanki. Ostatnio piję Pellini Classico, kupioną w jakimś włoskim markecie za niecałe 6 euro za kilogram. W polskich sklepach internetowych ta kawa kosztuje ok 60 zł. Klasyczna mieszanka 60% arabiki i 40% robusty. Ziarenka różnej wielkości, ale w dość jednolitym kolorze, palona średnio ciemno. Zapach po otwarciu opakowania bardzo intensywny, czuć go było w całym mieszkaniu jeszcze ze dwie godziny później. Po zaparzeniu dochodzę do wniosku, że to coś dla miłośników wyrazistych smaków. Jest intensywna, z lekką nutą goryczki. Z mlekiem komponuje się całkiem nieźle, choć moim zdaniem lepsza jest sama. Jeśli już, to raczej macchiato niż cappu. Wolę, kiedy smak mleka i kawy się uzupełniają, a nie ze sobą walczą, dlatego bardziej smakuje mi cappuccino z jakiejś delikatniejszej mieszanki.
Zdecydowanie bardziej subtelna jest Pellini Top. Piłam ją już dość dawno temu, więc wrażenia nieco się rozmyły, ale pamiętam, że wyraźnie czułam w niej czekoladę. Chyba wydawała mi się troszkę kwaskowata, ale to nie wada, tylko cecha 100% arabiki. Wydaje mi się, że to taka kawa, która będzie smakowała każdemu, więc w ciemno można ją brać na święta, tym bardziej, że taka ładna puszka będzie się nieźle prezentowała na półce (tfu, co ja mówię, w lodówce). Jedynie cena może trochę zniechęcać - 30-40 zł za 250g. Kawowy i White Plate w Gdańsku
Do przyjazdu do Gdańska nie trzeba mnie szczególnie namawiać. Jestem fanką całego Trójmiasta. A jak się dowiedziałam, że mam poprowadzić debatę o blogach lifestylowych, a do debaty mogę zaprosić Liskę z White Plate, no to się pewnie domyślacie, że już spakowałam walizeczkę.
Dyskusja nasza będzie miała miejsce 12. grudnia, podczas drugiego dnia Blog Forum Gdańsk 2010, jak nazwa wskazuje, spotkania poświęconego blogom. Patrzę sobie na program i widzę, że w gruncie rzeczy jeden jedyny nasz panel będzie traktował o blogach w sposób nie biznesowy. Poza Liską w panelu będzie jeszcze Elpanda, odpowiedzialny za serwis Blox.pl i - jeśli się uda - Mattkapolka lub jedna z blogerek z nurtu tzw. szafiarek.
A że mam przywilej przepytywania zacnego grona, to jeśli chcielibyście Liskę czy pozostałych o coś zapytać, u welcome! Do przyszłego piątku możecie w komentarzach zostawiać swoje pytania. Tudzież wyrazy wsparcia, bo się trochę stresuję tą rolą.
Ukłony,
Magdaro
A że mam przywilej przepytywania zacnego grona, to jeśli chcielibyście Liskę czy pozostałych o coś zapytać, u welcome! Do przyszłego piątku możecie w komentarzach zostawiać swoje pytania. Tudzież wyrazy wsparcia, bo się trochę stresuję tą rolą.
Ukłony,
Magdaro
W lesie, na Francuskiej
Trattoria Rukola. Myślicie, że mogłabym przejść obojętnie obok miejsca, które się tak nazywa? Biorąc pod uwagę, że rukolę przez całe lato mogłabym wcinać jak królik - nie. Mijałam tę knajpkę kilkakrotnie, w końcu wybrałam się tam na kolację.
Jak wiadomo pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Trattoria Rucola może się spodobać. Jest zielono-biała. Białe stoły, białe krzesła, biała podłoga. Zielone są ściany, wyklejone tapetą-lasem. Lokal nie jest duży, ale sprawia wrażenie przestronnego. I jest na tyle ładnie, że spokojnie można się wybrać i na randkę, i na spotkanie służbowe.
I teraz garść konkretów. Na przystawkę - pieczywo z oliwkami i fetą, pokropione pesto z czarnych oliwek, posypane serem Grana Padano (14 zł). Danie główne - risotto z grzybami i pietruszką (28zł). Na deser tiramisu (12zł). Do tego przyzwoite białe wino (8 zł za kieliszek) i kawa (espresso macchiato 6 zł). Kulinarnego objawienia nie doznałam, ale wszystko było dobre. O dziwo, byłam nawet w stanie zjeść całą porcję tiramisu, choć zamówiłam je z rozpędu, zanim sobie przypomniałam, że ze słodyczy ostatnio najlepiej "wchodzą" mi kwaszone ogórki. Kawa zrobiona jak trzeba, nawet filiżanki były podgrzane. Najgorzej wypadła pizza (od 18 do 40 zł), której też miałam okazję spróbować. Góra świetna, ale mam zastrzeżenia do dołu - było tak, jakby im trochę mocy w piecu zabrakło albo się ktoś pospieszył z wyjmowaniem.
No i gwóźdź programu. Obsługa. To nie jest knajpa z wyfraczonymi kelnerami, ale takiej obsługi nie powstydziliby się w żadnej, nawet najlepszej restauracji. Poważnie, już dawno nikt tak o mnie w restauracji nie zadbał. Nie sztuka przyjąć zamówienie, podstawić talerz, a potem czekać na napiwek. Trudniej stworzyć taką atmosferę, że w knajpce czujesz się jak mile widziany gość. Przy okazji przesyłam więc specjalne pozdrowienia dla Rafała, który sprawił, że opowiadam o Rucoli znajomym, i to w samych superlatywach.
Trattoria Rucola
ul. Francuska 6
Warszawa
www.trattoriarucola.pl
Jak wiadomo pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Trattoria Rucola może się spodobać. Jest zielono-biała. Białe stoły, białe krzesła, biała podłoga. Zielone są ściany, wyklejone tapetą-lasem. Lokal nie jest duży, ale sprawia wrażenie przestronnego. I jest na tyle ładnie, że spokojnie można się wybrać i na randkę, i na spotkanie służbowe.
I teraz garść konkretów. Na przystawkę - pieczywo z oliwkami i fetą, pokropione pesto z czarnych oliwek, posypane serem Grana Padano (14 zł). Danie główne - risotto z grzybami i pietruszką (28zł). Na deser tiramisu (12zł). Do tego przyzwoite białe wino (8 zł za kieliszek) i kawa (espresso macchiato 6 zł). Kulinarnego objawienia nie doznałam, ale wszystko było dobre. O dziwo, byłam nawet w stanie zjeść całą porcję tiramisu, choć zamówiłam je z rozpędu, zanim sobie przypomniałam, że ze słodyczy ostatnio najlepiej "wchodzą" mi kwaszone ogórki. Kawa zrobiona jak trzeba, nawet filiżanki były podgrzane. Najgorzej wypadła pizza (od 18 do 40 zł), której też miałam okazję spróbować. Góra świetna, ale mam zastrzeżenia do dołu - było tak, jakby im trochę mocy w piecu zabrakło albo się ktoś pospieszył z wyjmowaniem.
No i gwóźdź programu. Obsługa. To nie jest knajpa z wyfraczonymi kelnerami, ale takiej obsługi nie powstydziliby się w żadnej, nawet najlepszej restauracji. Poważnie, już dawno nikt tak o mnie w restauracji nie zadbał. Nie sztuka przyjąć zamówienie, podstawić talerz, a potem czekać na napiwek. Trudniej stworzyć taką atmosferę, że w knajpce czujesz się jak mile widziany gość. Przy okazji przesyłam więc specjalne pozdrowienia dla Rafała, który sprawił, że opowiadam o Rucoli znajomym, i to w samych superlatywach.
Trattoria Rucola
ul. Francuska 6
Warszawa
www.trattoriarucola.pl
Cholera, nawet ponarzekać nie można
I co z tego, że śnieg pada od rana i jest pięknie, jak dawno nie było. Miałam dziś zły dzień. Bardzo, bardzo zły. Wyciągnęłam z szuflad wszystkie najbardziej smętne płyty i słuchałam aż do znudzenia. Teraz mam ciężką głowę od myślenia, ale wcale mądrzejsza nie jestem. Nadal nie wiem, jak (i czy w ogóle) walczyć ze swoim nadmiernym emocjonalizmem. W co i komu wierzyć? Gdzie sens, gdzie logika?
Gdyby dziś ktoś dał mi pretekst do ponarzekania, z pewnością bym to wykorzystała. Powiedziałabym, że kawa nie taka, że filiżanki brudne, że ciastko niedobre, że sałata za mało zielona, że obsługa niemiła... Wierzcie mi, miałabym niezłą satysfakcję, bo z nadmiaru smutku urodziła się dziś wredna zołza. Jedna z tych, co to kupują czekoladowe Mikołaje tylko po to, żeby im odgryźć głowę. A resztę rozdeptać.
Ale na Francuskiej 30 wszystko jest na najwyższym poziomie i naprawdę nie ma czego się przyczepić. Najpierw sympatyczna pogawędka z obsługą. Potem dylemat, czy lepsze brownie, czy sernik (10 zł). Oba dobre, nie umiem zdecydować. Zajrzałam sąsiadom w talerz - sałatki wyglądają apetycznie. Kanapki też, następnym razem spróbuję. Na półkach sporo wina i piwo, między innymi miodowy Ciechan (10zł). Kawa bez zarzutu (espresso 7 zł), ale można się było tego spodziewać, w końcu Francuska 30 wyszła spod tej samej ręki co Filtry Cafe.
A mnie się tam podoba tak po prostu, bo jest ładnie, może trochę minimalistycznie, ale przyjemnie. Żadnych kiwających się stoliczków, babcinych serwetek ani foteli w nadgryzionych zębem czasu obiciach - ja wiem, że ludzie to lubią, że to tworzy taki "domowy" klimat. Ale ile może być takich "krakowskich" knajpek w Warszawie? We Francuskiej 30 podoba mi się ciemna, drewniana podłoga, jasne stoliki, siedziska obite czerwonym pluszem i szerokie parapety, przy których można usiąść poczytać gazetę, albo po prostu pogapić się przez okna na padający śnieg. Kawiarnia z prawdziwego zdarzenia, sama mogłabym taką chcieć mieć. Daję im 5 gwiazdek i dodaję do ulubionych.
Francuska 30
Warszawa
QUIZ: co wiesz o kawie?
Niedługo Kawowy skończy 2 lata. Możecie już przeczesywać wpisy w ramach przygotowania do rocznicowego konkursu;) Na rozgrzewkę proponujemy quiz serwisu Ugotuj.to: Co wiesz o kawie?
Good luck;)
Opowiem Ci o moich ulubionych miejscach
Lista miejsc, w których lubię jeść mogłabym ciągle tworzyć na nowo. Zmieniają się okolice, w których bywam, moje upodobania i same lokale. Jedne miejsca znikają, inne zmieniają się nie do poznania, kolejne potrafią mnie oczarować, ale... tylko na krótki czas. Ale dziś będzie trochę sentymentalnie - winę za to zrzucam na karb tego, co się dzieje za oknem.
Na Jelonkach chodziłam na pierwsze randki z moim mężem do pizzerrii, która chyba się nawet nie nazywała. Akurat pizza była tam średnia, ale oboje mieliśmy blisko, a od samego jedzenia ważniejsze było towarzystwo i możliwość spędzenia trochę czasu sam na sam. I tak było super w porównaniu z McDonaldem, w którym się poznaliśmy ;)
Na Jelonkach chodziłam na pierwsze randki z moim mężem do pizzerrii, która chyba się nawet nie nazywała. Akurat pizza była tam średnia, ale oboje mieliśmy blisko, a od samego jedzenia ważniejsze było towarzystwo i możliwość spędzenia trochę czasu sam na sam. I tak było super w porównaniu z McDonaldem, w którym się poznaliśmy ;)
Kiedy mieszkałam na Mokotowie, jadałam często w Paście i baście. Byłam tam znów całkiem niedawno i wygląda na to, że - na szczęście - nic się nie zmienia. Rurki z czarnymi truflami, białą włoską kiełbaską i śmietanowym sosem jak zawsze smakują znakomicie. Moja siostra też kiedyś mieszkała w tej okolicy i wtedy chadzałyśmy na lody do Grycana na Puławskiej. Po wypróbowaniu chyba wszystkich możliwych smaków doszłam do wniosku, że moje ulubione to sułtańskie, śmietankowe i sorbet truskawkowy (koniecznie nakładane w tej kolejności) i teraz przeważnie zamawiam taki zestaw. A jak jest bardzo, bardzo zimno, to polecam rurki z bitą śmietaną. W ogóle ta część Mokotowa to "moja" część Warszawy i jeśli w międzyczasie nie najdzie mnie na kupno domu pod Warszawą, w Barcelonie albo na jakiejś włoskiej wsi, to kiedyś tam wrócę.
Ale idźmy dalej. Studia to Harenda. To tam któryś z kolegów rozszyfrował na nowo skrót naszego wydziału. WDiNP - Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych - czyli Wódka Dziwki i Nic Ponadto/Na Piwo. Akurat do Harendy chodziłam raczej na grzane wino niż na piwo, ale skrót pozostał. W międzyczasie studiowałam też Politykę Społeczną - wprawdzie po trzech oblanych egzaminach z ekonomii doszłam do wniosku, że świata i tak nie zmienię, i że lepiej, żeby poprawą życia społeczeństwa zajął się ktoś, kto ma do tego więcej cierpliwości. Długo nad tym myślałam przy stoliku w ogródku U Pana Michała (na Freta), ale decyzji nie żałuję.
Z jednej pracy miałam rzut beretem do Restro i Czarnej Oliwki. Przyzwoite lokale, zwłaszcza w porównaniu z pobliskim Chicago, gdzie są niedobre sałatki i nadęta obsługa. Ale nie tak dobre, żeby chciało mi się tam wybrać specjalnie. Kolejna praca to Fukier - ciągle mam do tej restauracji ogromny sentyment, ale chyba prędko się do niej nie wybiorę, bo tyle złych opinii usłyszałam w ostatnim czasie na temat tego miejsca, że boję się rozczarowania. Miałam tam swoje ulubione dania, ulubionego kelnera i swój stolik. Nie chcę sprawdzać, czy nadal serwują tam takie wyśmienite szparagi i zupę nic z chmurkami i czy robią tatara jak trzeba. Bo jeśli nie, to zawód byłby porównywalny z miłosnym. Jestem uczuciową hedonistką, więc wolę tego nie sprawdzać, nie rozmieniać dobrych wspomnień na drobne. Swego czasu bywałam też często w Słodkim-Słonym - sałaty są genialne, ale większość tamtejszych słodkości zrobiła się dla mnie... zbyt słodka.
Co teraz? Jazz Bistro Piękna - chyba nawet bardziej niż tamtejsze jedzenie lubię samo miejsce i muzykę na żywo. Lubię czekoladę z chili w To Lubię. Przy okazji zakupów w Złotych Tarasach zawsze wstępuję do Baristy. A ostatnio kilka razy byłam w Wiatrakach (dawniej Lente) i też chce mi się tam wracać, bo kawa dobra, obsługa taka, że chciałoby się z nimi zakumplować i nie ma tłumów - lokalizacja w centrum, ale przypadkiem nikt tam nie trafi. A które miejsca Wy lubicie?
Ale idźmy dalej. Studia to Harenda. To tam któryś z kolegów rozszyfrował na nowo skrót naszego wydziału. WDiNP - Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych - czyli Wódka Dziwki i Nic Ponadto/Na Piwo. Akurat do Harendy chodziłam raczej na grzane wino niż na piwo, ale skrót pozostał. W międzyczasie studiowałam też Politykę Społeczną - wprawdzie po trzech oblanych egzaminach z ekonomii doszłam do wniosku, że świata i tak nie zmienię, i że lepiej, żeby poprawą życia społeczeństwa zajął się ktoś, kto ma do tego więcej cierpliwości. Długo nad tym myślałam przy stoliku w ogródku U Pana Michała (na Freta), ale decyzji nie żałuję.
Z jednej pracy miałam rzut beretem do Restro i Czarnej Oliwki. Przyzwoite lokale, zwłaszcza w porównaniu z pobliskim Chicago, gdzie są niedobre sałatki i nadęta obsługa. Ale nie tak dobre, żeby chciało mi się tam wybrać specjalnie. Kolejna praca to Fukier - ciągle mam do tej restauracji ogromny sentyment, ale chyba prędko się do niej nie wybiorę, bo tyle złych opinii usłyszałam w ostatnim czasie na temat tego miejsca, że boję się rozczarowania. Miałam tam swoje ulubione dania, ulubionego kelnera i swój stolik. Nie chcę sprawdzać, czy nadal serwują tam takie wyśmienite szparagi i zupę nic z chmurkami i czy robią tatara jak trzeba. Bo jeśli nie, to zawód byłby porównywalny z miłosnym. Jestem uczuciową hedonistką, więc wolę tego nie sprawdzać, nie rozmieniać dobrych wspomnień na drobne. Swego czasu bywałam też często w Słodkim-Słonym - sałaty są genialne, ale większość tamtejszych słodkości zrobiła się dla mnie... zbyt słodka.
Co teraz? Jazz Bistro Piękna - chyba nawet bardziej niż tamtejsze jedzenie lubię samo miejsce i muzykę na żywo. Lubię czekoladę z chili w To Lubię. Przy okazji zakupów w Złotych Tarasach zawsze wstępuję do Baristy. A ostatnio kilka razy byłam w Wiatrakach (dawniej Lente) i też chce mi się tam wracać, bo kawa dobra, obsługa taka, że chciałoby się z nimi zakumplować i nie ma tłumów - lokalizacja w centrum, ale przypadkiem nikt tam nie trafi. A które miejsca Wy lubicie?
Rozkoszny Kaprys
Już pisałam, że w karkonoskich kurortach bida z nędzą, albo raczej tłuszcz ze smalcem i nie ma w czym wybierać. Ale tak jak znalazłam "Mamma Mia" w Karpaczu, tak i w Szklarskiej Porębie ukrył się przybytek dla podniebienia. I to na najwyższym poziomie!
Muszę przyznać, że od czasu do czasu, zdarza mi się coś takiego, co można by nazwać kulinarnym orgazmem. To znaczy, potrawa jest tak wyśmienita, składniki dobrane tak dobrze, niczego nie brakuje ani niczego nie jest za dużo, pełna harmonia, że już pierwszy kęs mnie niesamowicie pobudza, a potem robi mi się błogo; nie wiem za co się zabrać na talerzu, jak jeść, żeby się nie najeść i móc jak najdłużej delektować się smakiem potrawy.
Rzadko tak bywa, bo jednak często jedzenie jest po prostu smaczne. Wyśmienite potrawy zdarzają się nader rzadko. Dlatego tym bardziej zdziwiłam się, spotykając je w Restauracji Kaprys w Szklarskiej Porębie.
Wrzesień w górach bywa kapryśny. Choć załapaliśmy się na ostatni słoneczny tydzień, to jednak wieczory robiły się już nostalgiczne. Może to, a może jakieś skojarzenie, że audycje Trójki w zimie bywały czasem nadawane z Kaprysu, sprawiło, że tam poszliśmy.
Odetchnęłam z ulgą odnotowując brak dziwolągów struganych z drewna (np. w Karpaczu na wejściu do jednej marnej karczmy stał diabeł z półmetrowym fallusem. nie odważyłam sie tam wejść), drewnianych klejących ław i innego McGóralskiego badziewia. Coś na kształt oranżerii, wygodne kanapy, nastrojowe światło, odrobina secesji. Słowem, pełna klasa.
Przez ten tydzień w szklarskiej spróbowaliśmy tam kilku rewelacyjnych potraw. uwierzcie, że kiedy przypominam sobie smak polędwiczek z królika, to po prostu mam ślinotok. A makarony? Rewelacja. Doskonale przyprawione sosy, nic dodać, nic ująć. i pyszne desery, i dobre espresso i wino. Coś wyśmienitego od początku do końca.
niestety, mieszkaliśmy w Górnej Szklarskiej, na ul. Oficerskiej, do której trzeba się było dotoczyć parę metrów powyżej morza niż leży Kaprys. I to było wyzwanie.
Nagrzeszyłam na tym urlopie nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Ale grzeszyłam z rozkoszą.
NIE MA lepszej restauracji w Szklarskiej Porębie. Zanotowaliście? Nie-ma.
Jeśli będziecie kiedyś w tamtych okolicach, naprawdę nie możecie tego przegapić. Choćbyście mieli nie zobaczyć wodospadu Kamieńczyka czy czego tam jeszcze, musicie zjeść w Kaprysie. A potem dopisać w komentarzach, czy miałam rację czy nie.
Amen.
Magdaro
Post Scriptum: Jest kącik dla dzieci i menu dla najmłodszych.

Restauracja Kaprys
Szklarska Poręba
Al. Jedności Narodowej 12 (uwaga, pod 14. jest restauracja fantazja - wielkie FUJ! z podrabianym kaprysowskim menu)
Na stronie nie ma godzin otwarcia, ale zdaje się, że od 10 do 23.
www.e-szklarska.com/uslugi/kaprys/
Muszę przyznać, że od czasu do czasu, zdarza mi się coś takiego, co można by nazwać kulinarnym orgazmem. To znaczy, potrawa jest tak wyśmienita, składniki dobrane tak dobrze, niczego nie brakuje ani niczego nie jest za dużo, pełna harmonia, że już pierwszy kęs mnie niesamowicie pobudza, a potem robi mi się błogo; nie wiem za co się zabrać na talerzu, jak jeść, żeby się nie najeść i móc jak najdłużej delektować się smakiem potrawy.
Rzadko tak bywa, bo jednak często jedzenie jest po prostu smaczne. Wyśmienite potrawy zdarzają się nader rzadko. Dlatego tym bardziej zdziwiłam się, spotykając je w Restauracji Kaprys w Szklarskiej Porębie.
Wrzesień w górach bywa kapryśny. Choć załapaliśmy się na ostatni słoneczny tydzień, to jednak wieczory robiły się już nostalgiczne. Może to, a może jakieś skojarzenie, że audycje Trójki w zimie bywały czasem nadawane z Kaprysu, sprawiło, że tam poszliśmy.
Odetchnęłam z ulgą odnotowując brak dziwolągów struganych z drewna (np. w Karpaczu na wejściu do jednej marnej karczmy stał diabeł z półmetrowym fallusem. nie odważyłam sie tam wejść), drewnianych klejących ław i innego McGóralskiego badziewia. Coś na kształt oranżerii, wygodne kanapy, nastrojowe światło, odrobina secesji. Słowem, pełna klasa.
Przez ten tydzień w szklarskiej spróbowaliśmy tam kilku rewelacyjnych potraw. uwierzcie, że kiedy przypominam sobie smak polędwiczek z królika, to po prostu mam ślinotok. A makarony? Rewelacja. Doskonale przyprawione sosy, nic dodać, nic ująć. i pyszne desery, i dobre espresso i wino. Coś wyśmienitego od początku do końca.
niestety, mieszkaliśmy w Górnej Szklarskiej, na ul. Oficerskiej, do której trzeba się było dotoczyć parę metrów powyżej morza niż leży Kaprys. I to było wyzwanie.
Nagrzeszyłam na tym urlopie nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Ale grzeszyłam z rozkoszą.
NIE MA lepszej restauracji w Szklarskiej Porębie. Zanotowaliście? Nie-ma.
Jeśli będziecie kiedyś w tamtych okolicach, naprawdę nie możecie tego przegapić. Choćbyście mieli nie zobaczyć wodospadu Kamieńczyka czy czego tam jeszcze, musicie zjeść w Kaprysie. A potem dopisać w komentarzach, czy miałam rację czy nie.
Amen.
Magdaro
Post Scriptum: Jest kącik dla dzieci i menu dla najmłodszych.

Restauracja Kaprys
Szklarska Poręba
Al. Jedności Narodowej 12 (uwaga, pod 14. jest restauracja fantazja - wielkie FUJ! z podrabianym kaprysowskim menu)
Na stronie nie ma godzin otwarcia, ale zdaje się, że od 10 do 23.
www.e-szklarska.com/uslugi/kaprys/
Subskrybuj:
Posty (Atom)





