Kawa pod choinkę

Jeżeli jeszcze nie kupiliście prezentów świątecznych – przyjmijcie wyrazy współczucia. W centrach handlowych i sklepach z gadżetami jest już tłum. Żebyście nie musieli dłużej tracić czasu na rozmyślania, co kupić pod choinkę, podrzucamy kilka pomysłów z różnych kategorii.

Kategoria: „No limits”
...zwana inaczej "wszystko dla ciebie, bejbe". Jeśli Wasz Św. Mikołaj na duży budżet, zainwestujcie w ekspres. Na Boga! Nie w ten ekspres. Mam na myśli coś naprawdę porządnego, co będzie służyło przez kolejne i kolejne święta. Z ekspresów dostępnych łatwo na polskim rynku (bo przecież jest już połowa grudnia i święta za pasem, i nie mamy czasu na sprowadzanie ekspresu z daleka) polecamy np. marki Demoka czy Gaggia, a dla wielbicieli ekspresów na kapsułki - schludne ekspresy Nespresso (żeby nie było, że się uwzięłam na tego producenta),(uwaga, warto do prezentu dołączyć zapas kapsuł lub też oświadczenie, że zobowiązujemy się dostarczać przy wszelkich możliwych okolicznościach kolejne dostawy tychże). Jeśli chcecie sobie przypomnieć, jak wybrać dobry ekspres, to polecam archiwalny tekst I.nnej „Jaki ekspres kupić”, część pierwszą i drugą.

Kategoria: „Dla konesera”
Pamiętając, że nie mamy czasu na poszukiwania gadżetów naprawdę koneserskich i że musi tu się znaleźć coś, co można kupić w pobliskim centrum handlowym, polecamy dwie sprawdzone, robiące wrażenie nawet na laikach, pozycje: kopi luwak oraz blue mountain. Aha, upewnijcie się, że obdarowywana osoba zna pochodzenie kopi luwak i potrafi docenić... ykhm... ujmę to tak: długą drogę, którą przebyły ziarenka tej kawy, zanim trafiły pod choinkę.

Kategoria: „Coś włoskiego”
Proponuję mokę. Obecnie dostępną nawet w większych supermarketach. Ale jeśli się pospieszycie, to może jeszcze Paweł z Wloskieespresso.pl zdąży Wam dostarczyć zamówienie. Ja zawsze polecam Bialetti – takie widywałam w użyciu we Włoszech i jak dla mnie to wystarczająca rekomendacja. Słówko o moce vel kafetierze na Cafe Prego.

Kategoria: „Coś praktycznego”
French press? Sprawdza się i w domu, i w pracy, i na urlopie. Nie zawsze możemy dostać kawę z ekspresu, nie zawsze mamy na czym postawić mokę, za to znacznie częściej mamy dostęp do wrzątku. Zalewany, dociskamy, czekamy i raczymy się dobrą kawą. Bez fusów. (btw, nie wiem, czy wspominałam, że moje pierwsze słowo to było „fusi” – mam na to świadków).

Kategoria: „Coś zaskakującego”
W gruncie rzeczy, kandydat w tej kategorii ze swej natury nie jest zaskakujący. Ot, zwykły kawowy młynek. Ale zaskakująco podnosi jakość kawy. Żadna, powtarzam, żadna, choćby najlepiej zapaczkowana mielona kawa, nie będzie smakowała tak dobrze, jak wtedy, gdy zmielicie ją tuż przed użyciem. Zapewniam, że obdarowana osoba po pierwszym użyciu doceni Wasz prezent i na pewno będzie miło zaskoczona.
Możecie wybierać pomiędzy młynkami ręcznymi kupionymi w sklepie z akcesoriami kuchennymi, młynkami z duszą, po które musicie się pofatygować na targ staroci, zwykłymi elektrycznymi młynkami za kilkadziesiąt złotych oraz prawdziwymi kombajnami, budzącymi szacunek możliwościami kalibrowania oraz ceną. Jak wybrać dobry młynek radziłyśmy w tym wpisie. Oczywiście nie warto popadać w przesadę; myślę, że młynek dostosowujący się do bicia naszego serca, to już lekka przesada.

Kategoria: „Coś drobnego [i nie zobowiązującego]”
Jeszcze na studiach rozpoczęliśmy z przyjaciółmi miłą praktykę, którą kontynuujemy już bodaj ósmy rok. Ponieważ na święta każdy rozjeżdżał się w swoją stronę, tydzień przed Wigilią urządzaliśmy sobie wieczorek przy barszczu z uszkami i rybie po grecku. Przynosiliśmy sobie drobne prezenty. Naprawdę drobne, na studencką kieszeń. Paczuszkę czekoladek, modne pończochy lub własnoręcznie malowany kubek. Do grupy prezentów drobnych i miłych, nie należących jednocześnie do kategorii „kurzołapów i durnostojek” należy najprostszy spieniacz mleka. Do kupienia już za kilka złotych, plus bateryjka. Mleczko spienia jak ta lala!

To tyle pomysłów na te Święta. Jeśli macie swoje, podzielcie się w komentarzach.
Wesołych zakupów.
Magdaro

dodajdo.com

Kawowy na żywo w sieci i radiowej Trójce

Mały alercik. Jeśli chcielibyście obejrzeć relację z jutrzejszych paneli dyskusyjnych na Blog Forum Gdańsk, lajfstriming będzie tutaj. Startuję z przepytywaniem Liski, Segritty i Pandy o 11:15, panel A. Jeśli chcecie jeszcze dorzucić jakieś pytanie, macie czas do wieczora.

Tych, którzy nie załapią się na relację na żywo, zapraszamy przed radioodbiorniki między 14. a 15. - będziemy też w audycju Barbary Marcinik w radiowej Trójce.

Słowem, nastawiajcie ekspresy.
Magdaro
dodajdo.com

Kawowy dwulatek

Jak już Wam wspominałam, Kawowy kończy w tym miesiącu dwa lata. Tak jak w zeszłym roku, będziemy miały dla Was konkurs z kawową nagrodą. W zeszłym roku mieliśmy wykapowatko (właśnie, jak się sprawuje?) od mniejszości wietnamskiej ze Śląska Cieszyńskiego. W tym roku sponsorem nagrody jest Świeżopalona.pl – Paweł podarował nam świeżo sprowadzoną świeżo paloną mieszankę GuatelamaSHB Teresita.
Zasady konkursu przedstawimy w najbliższy poniedziałek. Ale już teraz warto przejrzeć wpisy z ostatniego roku i odrobić lekcje. W tym roku poza konkursem z wiedzy o kawie – zadanie dodatkowe. W końcu jesteśmy już razem dwa lata i musimy od siebie wymagać, c’nie?
Pozdrawiam z Blog Forum Gdańsk,
Magdaro
dodajdo.com

W uszach - waciki. W filiżance... Pellini

Z bólem jest prawie tak, jak ze smakiem. To kwestia subiektywna. Dla mnie zdecydowanie gorszy do zniesienia jest ból ucha niż zębów. Plombowanie bez znieczulenia - żaden problem. Ale uszy sprawiają, że zaprzyjaźniam się z Ketonalem w wersji forte. W nocy liczę do stu we wszystkich językach, jakich kiedykolwiek się uczyłam i okazuje się, że przy odpowiedniej motywacji (czyli skupić na czymś i nie myśleć, jak boli) jestem w stanie przypomnieć sobie nawet co nieco z lekcji niemieckiego, którego nigdy nie lubiłam. Inna metoda to wyobrazić sobie drogę. Tak, jakby się ją oglądało z samochodu; jedziesz, mijasz łąki, pola, lasy, kolejne wzniesienia i zakręty, wyobrażając sobie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. To naprawdę działa i - podobnie jak z liczeniem - może nie mieć końca. Zawsze można jechać dalej.   

W tym stanie nie bardzo mam ochotę na życie towarzyskie. Szczerze mówiąc, nie chce mi się wychodzić z domu. Korzystając z okazji podzielę się kawowymi wrażeniami z prywatnej filiżanki. Ostatnio piję Pellini Classico, kupioną w jakimś włoskim markecie za niecałe 6 euro za kilogram. W polskich sklepach internetowych ta kawa kosztuje ok 60 zł. Klasyczna mieszanka 60% arabiki i 40% robusty. Ziarenka różnej wielkości, ale w dość jednolitym kolorze, palona średnio ciemno. Zapach po otwarciu opakowania bardzo intensywny, czuć go było w całym mieszkaniu jeszcze ze dwie godziny później. Po zaparzeniu dochodzę do wniosku, że to coś dla miłośników wyrazistych smaków. Jest intensywna, z lekką nutą goryczki. Z mlekiem komponuje się całkiem nieźle, choć moim zdaniem lepsza jest sama. Jeśli już, to raczej macchiato niż cappu. Wolę, kiedy smak mleka i kawy się uzupełniają, a nie ze sobą walczą, dlatego bardziej smakuje mi cappuccino z jakiejś delikatniejszej mieszanki.

Zdecydowanie bardziej subtelna jest Pellini Top. Piłam ją już dość dawno temu, więc wrażenia nieco się rozmyły, ale pamiętam, że wyraźnie czułam w niej czekoladę. Chyba wydawała mi się troszkę kwaskowata, ale to nie wada, tylko cecha 100% arabiki. Wydaje mi się, że to taka kawa, która będzie smakowała każdemu, więc w ciemno można ją brać na święta, tym bardziej, że taka ładna puszka będzie się nieźle prezentowała na półce (tfu, co ja mówię, w lodówce). Jedynie cena może trochę zniechęcać - 30-40 zł za 250g.
dodajdo.com

Kawowy i White Plate w Gdańsku

Do przyjazdu do Gdańska nie trzeba mnie szczególnie namawiać. Jestem fanką całego Trójmiasta. A jak się dowiedziałam, że mam poprowadzić debatę o blogach lifestylowych, a do debaty mogę zaprosić Liskę z White Plate, no to się pewnie domyślacie, że już spakowałam walizeczkę.

Dyskusja nasza będzie miała miejsce 12. grudnia, podczas drugiego dnia Blog Forum Gdańsk 2010, jak nazwa wskazuje, spotkania poświęconego blogom. Patrzę sobie na program i widzę, że w gruncie rzeczy jeden jedyny nasz panel będzie traktował o blogach w sposób nie biznesowy. Poza Liską w panelu będzie jeszcze Elpanda, odpowiedzialny za serwis Blox.pl i - jeśli się uda - Mattkapolka lub jedna z blogerek z nurtu tzw. szafiarek.
A że mam przywilej przepytywania zacnego grona, to jeśli chcielibyście Liskę czy pozostałych o coś zapytać, u welcome! Do przyszłego piątku możecie w komentarzach zostawiać swoje pytania. Tudzież wyrazy wsparcia, bo się trochę stresuję tą rolą.
Ukłony,
Magdaro
dodajdo.com

W lesie, na Francuskiej

Trattoria Rukola. Myślicie, że mogłabym przejść obojętnie obok miejsca, które się tak nazywa? Biorąc pod uwagę, że rukolę przez całe lato mogłabym wcinać jak królik - nie. Mijałam tę knajpkę kilkakrotnie, w końcu wybrałam się tam na kolację.

Jak wiadomo pierwsze wrażenie robi się tylko raz. Trattoria Rucola może się spodobać. Jest zielono-biała. Białe stoły, białe krzesła, biała podłoga. Zielone są ściany, wyklejone tapetą-lasem. Lokal nie jest duży, ale sprawia wrażenie przestronnego. I jest na tyle ładnie, że spokojnie można się wybrać i na randkę, i na spotkanie służbowe.

I teraz garść konkretów. Na przystawkę - pieczywo z oliwkami i fetą, pokropione pesto z czarnych oliwek, posypane serem Grana Padano (14 zł). Danie główne - risotto z grzybami i pietruszką (28zł). Na deser tiramisu (12zł). Do tego przyzwoite białe wino (8 zł za kieliszek) i kawa (espresso macchiato 6 zł). Kulinarnego objawienia nie doznałam, ale wszystko było  dobre. O dziwo, byłam nawet w stanie zjeść całą porcję tiramisu, choć zamówiłam je z rozpędu, zanim sobie przypomniałam, że ze słodyczy ostatnio najlepiej "wchodzą" mi kwaszone ogórki. Kawa zrobiona jak trzeba, nawet filiżanki były podgrzane. Najgorzej wypadła pizza (od 18 do 40 zł), której też miałam okazję spróbować. Góra świetna, ale mam zastrzeżenia do dołu - było tak, jakby im trochę mocy w piecu zabrakło albo się ktoś pospieszył z wyjmowaniem.

No i gwóźdź programu. Obsługa. To nie jest knajpa z wyfraczonymi kelnerami, ale takiej obsługi nie powstydziliby się w żadnej, nawet najlepszej restauracji. Poważnie, już dawno nikt tak o mnie w restauracji nie zadbał. Nie sztuka przyjąć zamówienie, podstawić talerz, a potem czekać na napiwek. Trudniej stworzyć taką atmosferę, że w knajpce czujesz się jak mile widziany gość. Przy okazji przesyłam więc specjalne pozdrowienia dla Rafała, który sprawił, że opowiadam o Rucoli znajomym, i to w samych superlatywach.

Trattoria Rucola
ul. Francuska 6
Warszawa
www.trattoriarucola.pl
dodajdo.com

Cholera, nawet ponarzekać nie można

I co z tego, że śnieg pada od rana i jest pięknie, jak dawno nie było. Miałam dziś zły dzień. Bardzo, bardzo zły. Wyciągnęłam z szuflad wszystkie najbardziej smętne płyty i słuchałam aż do znudzenia. Teraz mam ciężką głowę od myślenia, ale wcale mądrzejsza  nie jestem. Nadal nie wiem, jak (i czy w ogóle) walczyć ze swoim nadmiernym emocjonalizmem. W co i komu wierzyć? Gdzie sens, gdzie logika?

Gdyby dziś ktoś dał mi pretekst do ponarzekania, z pewnością bym to wykorzystała. Powiedziałabym, że kawa nie taka, że filiżanki brudne, że ciastko niedobre, że sałata za mało zielona, że obsługa niemiła... Wierzcie mi, miałabym niezłą satysfakcję, bo z nadmiaru smutku urodziła się dziś wredna zołza. Jedna z tych, co to kupują czekoladowe Mikołaje tylko po to, żeby im odgryźć głowę. A resztę rozdeptać.

Ale na Francuskiej 30 wszystko jest na najwyższym poziomie i naprawdę nie ma czego się przyczepić. Najpierw sympatyczna pogawędka z obsługą. Potem dylemat, czy lepsze brownie, czy sernik (10 zł). Oba dobre, nie umiem zdecydować. Zajrzałam sąsiadom w talerz - sałatki wyglądają apetycznie. Kanapki też, następnym razem spróbuję. Na półkach sporo wina i piwo, między innymi miodowy Ciechan (10zł). Kawa bez zarzutu (espresso 7 zł), ale można się było tego spodziewać, w końcu Francuska 30 wyszła spod tej samej ręki co Filtry Cafe

A mnie się tam podoba tak po prostu, bo jest ładnie, może trochę minimalistycznie, ale przyjemnie. Żadnych kiwających się stoliczków, babcinych serwetek ani foteli w nadgryzionych zębem czasu obiciach - ja wiem, że ludzie to lubią, że to tworzy taki "domowy" klimat. Ale ile może być takich "krakowskich" knajpek w Warszawie? We Francuskiej 30 podoba mi się ciemna, drewniana podłoga, jasne stoliki, siedziska obite czerwonym pluszem i szerokie parapety, przy których można usiąść poczytać gazetę, albo po prostu pogapić się przez okna na padający śnieg. Kawiarnia z prawdziwego zdarzenia, sama mogłabym taką chcieć mieć. Daję im 5 gwiazdek i dodaję do ulubionych.

Francuska 30
Warszawa
dodajdo.com

QUIZ: co wiesz o kawie?

Niedługo Kawowy skończy 2 lata. Możecie już przeczesywać wpisy w ramach przygotowania do rocznicowego konkursu;) Na rozgrzewkę proponujemy quiz serwisu Ugotuj.to: Co wiesz o kawie?
Good luck;)

dodajdo.com

Opowiem Ci o moich ulubionych miejscach

Lista miejsc, w których lubię jeść mogłabym ciągle tworzyć na nowo. Zmieniają się okolice, w których bywam, moje upodobania i same lokale. Jedne miejsca znikają, inne zmieniają się nie do poznania, kolejne potrafią mnie oczarować, ale... tylko na krótki czas. Ale dziś będzie trochę sentymentalnie - winę za to zrzucam na karb tego, co się dzieje za oknem.

Na Jelonkach chodziłam na pierwsze randki z moim mężem do pizzerrii, która chyba się nawet nie nazywała. Akurat pizza była tam średnia, ale oboje mieliśmy blisko, a od samego jedzenia ważniejsze było towarzystwo i możliwość spędzenia trochę czasu sam na sam. I tak było super w porównaniu z McDonaldem, w którym się poznaliśmy ;)  

Kiedy mieszkałam na Mokotowie, jadałam często w Paście i baście. Byłam tam znów całkiem niedawno i wygląda na to, że - na szczęście - nic się nie zmienia. Rurki z czarnymi truflami, białą włoską kiełbaską i śmietanowym sosem jak zawsze smakują znakomicie. Moja siostra też kiedyś mieszkała w tej okolicy i wtedy chadzałyśmy na lody do Grycana na Puławskiej. Po wypróbowaniu chyba wszystkich możliwych smaków doszłam do wniosku, że moje ulubione to sułtańskie, śmietankowe i sorbet truskawkowy (koniecznie nakładane w tej kolejności) i teraz przeważnie zamawiam taki zestaw.  A jak jest bardzo, bardzo zimno, to polecam rurki z bitą śmietaną. W ogóle ta część Mokotowa to "moja" część Warszawy i jeśli w międzyczasie nie najdzie mnie na kupno domu pod Warszawą, w Barcelonie albo na jakiejś włoskiej wsi, to kiedyś tam wrócę.

Ale idźmy dalej. Studia to Harenda. To tam któryś z kolegów rozszyfrował na nowo skrót naszego wydziału. WDiNP - Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych - czyli Wódka Dziwki i Nic Ponadto/Na Piwo. Akurat do Harendy chodziłam raczej na grzane wino niż na piwo, ale skrót pozostał. W międzyczasie studiowałam też Politykę Społeczną - wprawdzie po trzech oblanych egzaminach z ekonomii doszłam do wniosku, że świata i tak nie zmienię, i że lepiej, żeby poprawą życia społeczeństwa zajął się ktoś, kto ma do tego więcej cierpliwości. Długo nad tym myślałam przy stoliku w ogródku U Pana Michała (na Freta), ale decyzji nie żałuję.

Z jednej pracy miałam rzut beretem do Restro i Czarnej Oliwki. Przyzwoite lokale, zwłaszcza w porównaniu z pobliskim Chicago, gdzie są niedobre sałatki i nadęta obsługa. Ale nie tak dobre, żeby chciało mi się tam wybrać specjalnie. Kolejna praca to Fukier - ciągle mam do tej restauracji ogromny sentyment, ale chyba prędko się do niej nie wybiorę, bo tyle złych opinii usłyszałam w ostatnim czasie na temat tego miejsca, że boję się rozczarowania. Miałam tam swoje ulubione dania, ulubionego kelnera i swój stolik. Nie chcę sprawdzać, czy nadal serwują tam takie wyśmienite szparagi i zupę nic z chmurkami i czy robią tatara jak trzeba. Bo jeśli nie, to zawód byłby porównywalny z miłosnym. Jestem uczuciową hedonistką, więc wolę tego nie sprawdzać, nie rozmieniać dobrych wspomnień na drobne. Swego czasu bywałam też często w Słodkim-Słonym - sałaty są genialne, ale większość tamtejszych słodkości zrobiła się dla mnie... zbyt słodka.

Co teraz? Jazz Bistro Piękna - chyba nawet bardziej niż tamtejsze jedzenie lubię samo miejsce i muzykę na żywo. Lubię czekoladę z chili w To Lubię. Przy okazji zakupów w Złotych Tarasach zawsze wstępuję do Baristy. A ostatnio kilka razy byłam w Wiatrakach (dawniej Lente) i też chce mi się tam wracać, bo kawa dobra, obsługa taka, że chciałoby się z nimi zakumplować i nie ma tłumów - lokalizacja w centrum, ale przypadkiem nikt tam nie trafi. A które miejsca Wy lubicie?
dodajdo.com

Rozkoszny Kaprys

Już pisałam, że w karkonoskich kurortach bida z nędzą, albo raczej tłuszcz ze smalcem i nie ma w czym wybierać. Ale tak jak znalazłam "Mamma Mia" w Karpaczu, tak i w Szklarskiej Porębie ukrył się przybytek dla podniebienia. I to na najwyższym poziomie!

Muszę przyznać, że od czasu do czasu, zdarza mi się coś takiego, co można by nazwać kulinarnym orgazmem. To znaczy, potrawa jest tak wyśmienita, składniki dobrane tak dobrze, niczego nie brakuje ani niczego nie jest za dużo, pełna harmonia, że już pierwszy kęs mnie niesamowicie pobudza, a potem robi mi się błogo; nie wiem za co się zabrać na talerzu, jak jeść, żeby się nie najeść i móc jak najdłużej delektować się smakiem potrawy.
Rzadko tak bywa, bo jednak często jedzenie jest po prostu smaczne. Wyśmienite potrawy zdarzają się nader rzadko. Dlatego tym bardziej zdziwiłam się, spotykając je w Restauracji Kaprys w Szklarskiej Porębie.

Wrzesień w górach bywa kapryśny. Choć załapaliśmy się na ostatni słoneczny tydzień, to jednak wieczory robiły się już nostalgiczne. Może to, a może jakieś skojarzenie, że audycje Trójki w zimie bywały czasem nadawane z Kaprysu, sprawiło, że tam poszliśmy.

Odetchnęłam z ulgą odnotowując brak dziwolągów struganych z drewna (np. w Karpaczu na wejściu do jednej marnej karczmy stał diabeł z półmetrowym fallusem. nie odważyłam sie tam wejść), drewnianych klejących ław i innego McGóralskiego badziewia. Coś na kształt oranżerii, wygodne kanapy, nastrojowe światło, odrobina secesji. Słowem, pełna klasa.

Przez ten tydzień w szklarskiej spróbowaliśmy tam kilku rewelacyjnych potraw. uwierzcie, że kiedy przypominam sobie smak polędwiczek z królika, to po prostu mam ślinotok. A makarony? Rewelacja. Doskonale przyprawione sosy, nic dodać, nic ująć. i pyszne desery, i dobre espresso i wino. Coś wyśmienitego od początku do końca.

niestety, mieszkaliśmy w Górnej Szklarskiej, na ul. Oficerskiej, do której trzeba się było dotoczyć parę metrów powyżej morza niż leży Kaprys. I to było wyzwanie.
Nagrzeszyłam na tym urlopie nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Ale grzeszyłam z rozkoszą.
NIE MA lepszej restauracji w Szklarskiej Porębie. Zanotowaliście? Nie-ma.

Jeśli będziecie kiedyś w tamtych okolicach, naprawdę nie możecie tego przegapić. Choćbyście mieli nie zobaczyć wodospadu Kamieńczyka czy czego tam jeszcze, musicie zjeść w Kaprysie. A potem dopisać w komentarzach, czy miałam rację czy nie.
Amen.
Magdaro

Post Scriptum: Jest kącik dla dzieci i menu dla najmłodszych.


Restauracja Kaprys
Szklarska Poręba
Al. Jedności Narodowej 12 (uwaga, pod 14. jest restauracja fantazja - wielkie FUJ! z podrabianym kaprysowskim menu)
Na stronie nie ma godzin otwarcia, ale zdaje się, że od 10 do 23.
www.e-szklarska.com/uslugi/kaprys/
dodajdo.com

Nasz naleśnik? Chyba Wasz.

Dziś będzie krótko i konkretnie. Chciałam Was ostrzec. Jeśli będąc w centrum Warszawy poczujecie głód, idźcie na kebab, kupcie sobie zapiekankę w najbliższej obskurnej budce albo frytki w McDonaldzie.

Wszystko będzie lepsze niż naleśniki w nowootwartej knajpce Nasz Naleśnik. Nie dajcie się nabrać na uśmiechnięte dziewczyny z obsługi, na ładne stoliki, sympatyczną nazwę, fajne pomarańczowe ściany i przyjemną muzykę z głośników. Ani na promocyjne ceny naleśników dnia. A jeśli moje ostrzeżenia na was nie podziałają i już tam traficie, pod żadnym pozorem, nigdy w życiu, never ever, nie kupujcie tam kawy.

Wracając do naleśników trzeba szczerze powiedzieć, że ciasto jest niezłe, a naleśniki są robione na bieżąco. Tyle jeśli chodzi o pozytywy. Jedliśmy jednego z pieczarkami i cebulą, drugiego ze szpinakiem i fetą. Oba polane litrem paskudnego sosu, chyba z proszku. Nadzienie smakowało jakby było z najtańszych możliwych składników. Nie wiem co za diabeł mnie podkusił, że zamówiłam dużego. Zresztą, nawet małego nie dałabym rady zjeść całego, i to wcale nie dlatego, że porcje takie duże. Gość koło nas miał naleśnika na słodko. Miał być z bitą śmietaną, ale nikt mu nie powiedział, że w spraju. Jego mina mówiła wszystko. I podobnie jak my, zostawił połowę. Mam nadzieję, że poradzi znajomym, żeby tam nie zaglądali, co ja niniejszym czynię. A jeśli macie ochotę na naprawdę dobre naleśniki, to spróbujcie się wprosić do Magdaro.


Nasz naleśnik
ul.Szpitalna 5
dodajdo.com

Odkrywanie Saskiej Kępy

Mój szwagier zawsze krytycznie odnosił się do Pragi. Mówił, że za Wisłą to już nie Warszawa. Z jego opowieści można by wnioskować, że daleko, brudno, niebezpiecznie, normalnie Azja. Może dlatego przejeżdżając kiedyś przez Wisłę powiedział, wzorem Juliusza Cezara, "kości zostały rzucone." Myślących tak jak on, spieszę uspokoić. Praga, jak każda inna część naszego miasta, ma swoje jasne i ciemne strony. Najjaśniejszą, bez dwóch zdań, jest Saska Kępa, na której mam przyjemność mieszkać. A Francuska, oddana w weekend po remoncie (pozdrowienia dla panów drogowców - zdążyli przed zimą, choć wielu w nich wątpiło), to - moim zdaniem - najfajniejsza ulica Warszawy. Ci, co mnie znają, wiedzą, że w moich ustach to największy komplement: na Francuskiej jest prawie jak we Włoszech. Co krok knajpka, cukiernia, herbaciarnia - naprawdę jest w czym wybierać.
 
Mieszkam tu od niedawna, więc jeszcze wszystkich nie przetestowałam. Nie byłam jeszcze na przykład (na pewno nadrobię) w kebabie Efes, który podobno jest najlepszy w Polsce, ani w cukierni Truskawka, słynącej z genialnego makowca. Ale posiedziałam z uroczą staruszką w słoneczny listopadowy dzień (a jednak są takie!) przy stoliku przed herbaciarnią Ganders. Babcia też jest zakochana w ulicy Francuskiej, choć stwierdziła, że kiedyś było fajniej. "Teraz ciągle te samochody z rykiem silników, ludzie gdzieś biegną, a kiedyś można było spokojnie wypić herbatę, czasem tylko dorożka przejechała, stuk, stuk, stuk". Babcia mieszka na Saskiej Kępie od osiemdziesięciu lat i wcale jej się nie dziwię. To miejsce naprawdę ma swój klimat. Jak powiedziała moja koleżanka, która długo tu mieszkała, "to taka Warszawa po drugiej stronie lustra".

Zapraszam wszystkich na Saską Kępę, do Pikanterii, pizzerii Na Winklu, Rue de Paris (na Francuskiej, nie Paryskiej) albo do legendarnej cukierni Misianka w Parku Skaryszewskim. Nie bójcie się, to naprawdę nie Azja. A propos, jadł ktoś kiedykolwiek lepszą chińszczyznę niż ta na byłym stadionie XX-lecia?
dodajdo.com

Ona, On i... kawa. Lavazza 2011.

Wybrzeże Capri o poranku. Toskański krajobraz w samo południe. Wysoki przypływ w wieczornej Wenecji. Balkon Romea i Julii w Weronie. Nocny ogród we Florencji. Historia miłosna w Neapolu. Sześć zdjęć, sześć historii, sześć intymnych momentów. Jeden wspólny mianownik - miłość. A może raczej próba odpowiedzi na pytanie, co to znaczy zakochać się we Włoszech? Bo właśnie Falling In Love In Italy to temat przewodni 19. edycji kalendarza Lavazza. Być może jest coś takiego w samym powietrzu, co rozpala w ludziach pasje? - zastanawiają się twórcy projektu Lavazza 2011. - Zakochałem się we Włoszech za sprawą specyfiki ludzi, tu jest taka swoista jakość życia, która sprawia, że Włochy są naprawdę wyjątkowe - mówi autor zdjęć, Mark Seliger. Trudno się z nim nie zgodzić.

- Nasz kalendarz na 2011 rok to hołd złożony uniwersalnemu uczuciu, będącemu ponad językami i kulturami – podkreśla Michele Mariani, dyrektor artystyczny projektu – uczuciu które w erze Facebooka i wirtualnych związków ciągle intryguje i wzywa, by je odkryć ponownie. I dlatego postanowiono, że  w sesji wezmą udział prawdziwe pary, które z uczuciem przedstawią "przerwę na kawę" we włoskim stylu, między innymi Olivia Wilde ("Trzynastka" z Dr. House'a) i jej włoski mąż, Tao Ruspoli (muzyk i reżyser).

- Nigdy nie spotkałam nikogo, kto nie zakochałby się we Włoszech po pobycie w tym kraju – mówi Olivia – czy to dzięki architekturze, czy to dzięki ludziom, czy dzięki jedzeniu, po prostu niemożliwe jest nie kochać tego kraju. Okazuje się również, że "Trzynastka" jest wybredna w kwestii kawy: - Na planie Dr. House’a poprosiłam o mały ekspres do kawy. Na początku wyśmiewano się ze mnie, ale mówiłam sobie "później mi podziękują!". I teraz każdy członek obsady zaczyna dzień od filiżanki mojego espresso.

Więcej na temat tegorocznego kalendarza Lavazza można poczytać m. in. na stronie Świata Obrazu. 
Zajrzyjcie również na  www.2011.lavazza.com
dodajdo.com

Anegdotka z warszawskiego podwórka

J. grywa z kolegami w pokera, w każdy poniedziałek w małym klubie w Warszawie - adresu nie podaję, bo nie wiem, czy to do końca legalne ;)
W klubie poza beczkami z piwem i lodówką z napojami stoi też mały, automatyczny ekspres do kawy. W przerwie między jednym rozdaniem, a drugim, J. poleciał do baru zamówić kawę "malutką". Barman przyjął zamówienie, po czym przyniósł jakieś 200 ml kawy. J. pokazał mu filiżanki do espresso, stojące na ekspresie i stwierdził "myślałem, że dasz mi w małej filiżance". A gość na to: "W tym małym? W tym to my mleko do kawy podajemy"...

Cóż, człowiek się uczy całe życie.
dodajdo.com

O tym, jak czekolada uratowała Turyn

Kto z nas choć raz nie zastanawiał się, jak to zrobić, żeby zarobić, ale się nie narobić? Odpowiedź chyba znalazł znany krytyk kulinarny i autor książek, Piotr Adamczewski. Można go usłyszeć w Radiu TOK FM, gdzie czyta swoje felietony. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że pisze je na kolanie tuż przed nagraniem. Ostatnio opowiadał, że był we Włoszech 26 razy, a nigdy nie dotarł do Piemontu. Dopiero niedawno w książce przeczytał o tamtejszej kuchni i właśnie o niej mówił w felietonie. Cóż, ja nie mam tyle tupetu, żeby opowiadać o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia ;) I w Turynie byłam, a co!

Turyn i okolice słyną z białych trufli i potwornie drogiego wina Barolo (kilkaset zł za butelkę), ale z przyczyn tak jakby oczywistych nie dane było mi ich spróbować. Piemont uznawany jest także za ojczyznę zabaglione, a vermuty Martini i Cinzano produkowane są właśnie tam, z regionalnych win i kilkunastu dziko rosnących ziół. Przyznaję - potraktowałam kuchnię Piemontu po macoszemu. Co więcej, nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Sam Turyn wydał mi się tak brzydki i szary, że niczego dobrego po tamtejszych kulinariach się nie spodziewałam i nie bardzo miałam ochotę na testy. Chciałam wyjechać stamtąd jak najszybciej. W porę przypomniało mi się jednak, że Turyn to nie tylko betonowe place, budynki tak równe, że aż boli, przemysł i obskurne przedmieścia.

Co jeszcze? Czekolada! W końcu niektórzy twierdzą, że to turyńczycy wprowadzili czekoladę do Francji. Ile w tym prawdy nie do końca wiadomo, faktem jednak jest, że produkcja czekolady na eksport zaczęła się w połowie XVII wieku i od tamtej pory czekolada jest jednym z głównych produktów tego miasta. Gdyby zostać tam dłużej, pewnie opłacałoby się wykupić ChocoPass, książeczkę z kuponami uprawniającymi do degustacji czekoladowych smakołyków we wszystkich turyńskich historycznych zakładach, cukierniach i fabrykach czekolady. Karnet za 10 euro umożliwia 10 degustacji w ciągu 24 godzin, za 15e - 15 w ciągu 48 godz. Ja miałam tylko kilka godzin, więc ograniczyłam się do zamówienia gorącej czekolady w jednej z kawiarni. W życiu nie piłam lepszej! Mówi się, że czekolada ma tę przewagę nad psychoterapią, że jest tańsza i nie trzeba umawiać się na wizytę. Coś w tym jest. Cała irytacja spowodowana tym, że to miasto nie jest takie, jak sobie wyobrażałam, wzmocniona jeszcze głodem i zarwaną nocą ulotniła się jak kamfora. I właśnie tak czekolada uratowała Turyn!
dodajdo.com

Kilka słów o panu z Cafe Giorno

Mokre włosy, zimne ręce, wiatr uparcie wciska się pod kurtkę... "Hej, Mała, czemu się nie odzywasz?" - pyta Ktoś esemesem. Powiedzieć, że ten chłód przenika mnie na wskroś, że zimno mi od środka, że tonę w bajorze nastrojów i na nic nie mam ochoty? W takie dni jak dziś nie wychodzę z domu, żeby nie psuć innym humoru i nie musieć panować nad złością, która ogarnia mnie z byle powodu (choć oczywiście można by polemizować, czy zgniła pietruszka w sklepie to byle powód). Aż trudno uwierzyć, że dwa tygodnie temu grzałam się na plaży niczym jaszczurka na kamieniu.

Castiglioncello na miejsce plażowania wybraliśmy przypadkiem. Początkowo mieliśmy szukać słońca w Ligurii. Plany uległy zmianie z bardzo prostej przyczyny - im dalej na południe, tym cieplej. Padło więc na Toskanię. A Castiglioncello brzmi ładnie, kojarzy się z Limoncello i akurat było po drodze. Tak więc sprawdziliśmy, czy jest fajna plaża, a kiedy okazało się, że jest - poszukaliśmy sobie miejsca do spania. Muszę Wam powiedzieć, że to był całkiem niezły strzał. Miasteczko jest ładne, plaża przepiękna i prawie pusta. W lokalnych knajpkach menu, jeśli w ogóle było, to tylko po włosku, co potraktowaliśmy jako dobry znak. A po trzech dniach, kiedy zobaczyłam błysk rozpoznania w oku baristy, zrobiło mi się naprawdę miło. Pewnie gdybyśmy tam zostali na dłużej niż tydzień, bylibyśmy "swoi".

Swoją drogą wspomniany wyżej barista z Cafe Giorno zasługuje na kilka zdań tylko o sobie. Każdego ranka stawaliśmy w kolejce po espresso i z podziwem obserwowaliśmy tempo, z jakim przygotowywał kolejne wzorcowe kawy. Espresso jedno za drugim, od czasu do czasu cappuccino. Turystę poznasz po tym, że zamawia cafe latte ;) Kilogramy kaw nikną w okamgnieniu, filiżanki grzechoczą, kolejka do baru szybko przesuwa się do przodu. Un cafe. Prego. Grazie. Nikt tu nie traci czasu na pogawędki, dostajesz kawę, wypijasz ja na trzy łyki i idziesz dalej. Na plotki przychodzi się później, kiedy już przetoczy się fala amatorów porannego zastrzyku kofeiny.

A dziś? Rozgrzewam się grzanym winem i ubolewam nad brakiem kominka. Po raz pierwszy od przeprowadzki zaczynam tęsknić za starym mieszkaniem, bo tam na pewno kaloryfery już grzeją. Dam sobie radę z ta nostalgią... Tylko żeby już nie padało.
dodajdo.com

Romeo, kawę poproszę

Jeśli espresso kosztuje więcej niż 2 euro (8 zł), to znak, że albo jesteście w Polsce, albo... w miejscu przeznaczonym tylko dla turystów. Włoch tyle nie zapłaci.

W Weronie są dwa miejsca tłumnie odwiedzane przez turystów. Jedno to dom Julii, drugie - starożytna rzymska Arena. Na starym mieście wręcz nie sposób się zgubić, prędzej czy później znajdziecie się bowiem przez jedną z tabliczek z napisem "Jeśli pójdziesz prosto/w lewo/w prawo dojdziesz do Domu Julii". A pod domem Julii można napisać swoje inicjały, "kocham Krzyśka" albo namalować serce przebite strzałą. Z kolei Arena jest z zupełnie innej bajki. Zbudowana w I wieku n.e. była miejscem walk gladiatorów, dziś odbywają się tam spektakle operowe. Plac wokół Areny to liczne knajpki i kawiarnie. Kawa, oczywiście, wszędzie powyżej 2 e.

Ale wystarczy zejść z głównego traktu, zignorować kilka tabliczek wskazujących "Casa di Giulietta" i już jesteście w Weronie nieturystycznej, gdzie cafe kosztuje mniej niż 1 euro i nikt nie mówi po angielsku. I przyznam, że właśnie to mi się najbardziej w tym mieście spodobało. Werona historyczna i Werona dzisiejsza to nie są dwa odrębne światy, one się przenikają i wystarczą dwa kroki, żeby zupełnie zmienić klimat. Można schować przewodnik, aparat upchnąć w torbie i spróbować zobaczyć, jak w tym mieście jest naprawdę. Jeśli dobrze opanowaliście podstawowe włoskie zwroty to jest spora szansa, że nikt się nie zorientuje, że nie jesteście stąd. Właśnie tak było w Cafe Anastasia tuż koło kościoła Św. Anastazji. Pan podał nam dwie kawy, a J. dostał jeszcze "La gazzetta dello sport". W kawiarniach i knajpkach jest zwykle taki ruch i gwar, że i tak nikt się nie będzie wsłuchiwał, tylko podadzą wam to, co im się wydaje, że chcieliście dostać. Włoski luz ma swój urok.

Przed wyprawą do Werony nie trzeba się uczyć włoskiego, ale koniecznie trzeba opanować jedno słowo: cavallo - czyli koń, albo raczej konina - specjalność tamtego regionu. Choćby ze względu na zaprzyjaźnionego konia Mefisto ze Sterławek (uratowany przez obecnych właścicieli przed wyjazdem na rzeź do Włoch), myśl o jedzeniu końskiego mięsa nie mieści mi się w głowie.
dodajdo.com

Wreszcie w Trieście

Pierwszy przystanek na trasie tegorocznych wakacji to Triest. Wyobraźcie sobie nadmorski bulwar - po jednej stronie Adriatyk, w głąb którego wcinają się kamienne mola, cumują statki i eleganckie jachty. Po drugiej - plac wielkości boiska piłkarskiego, otoczony z trzech stron gmachami, które w dzień wyglądają imponująco, a nocą zachwycają oświetleniem. Jest też Canale Grande, który wprawdzie nie robi takiego wrażenia, jak kanały w Wenecji, ale też może dzięki temu w Trieście nie ma tylu turystów. To sprawia, że bez większego trudu można się wtopić w rytm miasta i zobaczyć jego nieturystyczne oblicze.

Z kawowego punktu widzenia Triest jest jednym z najważniejszych miast w Europie. To jeden z największych kawowych portów - dość powiedzieć, że tu trafia większość ziaren sprowadzanych do Włoch. To czuć. Wielokrotnie spacerując po uliczkach zapach palonych ziaren wodził nas za nos. W ten sposób bezbłędnie trafialiśmy do torrefazioni, sklepów gdzie kawę się pali, parzy i sprzedaje na wagę. W jednym z takich miejsce, Cremcaffe na Piazza Goldni 10, zrobiłam nawet małe zakupy. Zapach tej kawy po powrocie do domu - nie do opisania. Żadna paczkowana kawa kupiona w Polsce tak nie pachnie.

Mówiąc o Trieście, nie można nie wspomnieć o illy. Kiedyś rodzinna firma handlująca kawą, dziś jest jedną z najbardziej znanych marek tej branży. Poza paczką kawy illy do Polski przywieźliśmy też illyquore (700ml, 12 euro). Fantastyczne połączenie kawy i likieru. 100 procent arabiki, 30 procent alkoholu. Szczerze polecam. A propos Triestu i napojów alkoholowych - dziś w Trieście reprezentacja Polski siatkarzy rozpocznie grę w mistrzostwach świata. Trzymamy kciuki i wznosimy toast za zdobycie tytułu.
dodajdo.com

Mamma Mia karkonoska

w tym roku trochę z przekory, a trochę z ciekawości miast egzotycznych krajów eksploruję na urlopie Polskę. A dokładnie Karkonosze oraz jeleniogórską Dolinę Pałaców. I dziś odkryłam taką perełkę, że specjalnie męczę się i piszę kciukiem przez komórkę,by się z Wami podzielić wrażeniami.
Zaczęło się od rozczarowania. Po morderczej - jak dla mnie - wspinaczce na Śnieżkę i wykańczającym zejściu, liczyłam, że Karpacz przywita nas wyborem uroczych restauracyjek. Błąd. Długa ul. Konstytucji 3 Maja to rządek lichych jadłodajni, głównie stylizowanych na drewniane karczmy lokali, puszczających w tle ścinającą mózg muzyczną sieczkę radia eska, serwujących tonące w śmierdzącym, nawet na oko starym tłuszczu żarcie typu golonka, ziemniaki, kiełba i żeberka. Blee. Nie tego szukaliśmy.
Byliśmy gotowi spędzić ten dzień na zmiażdżonych w plecaku kanapkach z pasztetem popijanych herbatą z termosu i metaxą z piersiówki, gdy doszliśmy do początku ul. Konstytucji, na obrzeżach Karpacza.
Stoi tam w niepozornym domku trattoria Mamma Mia. Otwarte od wtorku do niedzieli, od 15. Już mi się spodobał ten dystans do pogoni za kasą. Weszliśmy.
Czas zwolnił. Bezpretensjonalne wnętrze przywitało nas saksofonem sączącym się w tle. Menu włoskie. Uprzedzają, że na dania się czeka,bo są robione po zamówieniu i bez pośpiechu. Zamówilam bruschettę oraz tagliatelle emillia (borowiki, cukinia, czosnek i oliwa) a Piter poprosił o zupę soliankę i poledwiczki w szynce parmeńskiej.
I wtedy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam jak pani z kuchni zrywa listki ziół z ogródka. Więcej mi nie było trzeba.
Potem było już niebo w gębie. Karmiliśmy się galązkami rozmarynu i zachwycaliśmy zapachem liści mięty. Jedzenie było tak wyborne,że stwierdziłam,że Wam nie napiszę o troszkę rozwodnionym espresso.
Teraz umieram z przejedzenia na drodze do Szklarskiej Poręby, wijącej się jak serpentyna. I boli mnie kciuk;) miałam Wam napisać, że jak będziecie w Karpaczu, odwiedźcie Mamma Mia. Ale prawda jest inna: wybierzcie się do Karpacza, by tam zjeść.
Magdaro
dodajdo.com

Italia? Si!

Ambitny plan był taki: jadę do Włoch i opisuję wszystkie fajne kawowe miejsca, zupełnie jak w Polsce. Bardzo szybko okazało się, że tak się nie da. Gdybym chciała opisać wszystkie te kawiarnie, w których przez prawie trzy tygodnie "studiowałam kawologię", zabrakłoby miejsca w internecie. 

Mówi się, że nigdzie kawa nie smakuje tak dobrze jak na pierwszej stacji benzynowej we Włoszech. Potwierdzam! Niezależnie od tego, z której strony przekracza się granicę, pierwsza kawa uświadamia nam, że dotarliśmy na miejsce. Tym razem tę "pierwszą włoską" kawę piłam w Trieście. Kiedyś wydawał mi się mało włoski i kojarzył raczej z Chorwacją, niż Italią, tym razem jednak rozsiadłam się w pierwszej lepszej kawiarni (z widokiem na tę niebieską ścianę ze zdjęcia) z prawdziwą przyjemnością. - No, to jesteśmy na wakacjach - stwierdziłam delektując się espresso. - Tak? A po czym to się poznaje? - zapytał J.  - Po tym, że jesteśmy we Włoszech.

I tak to właśnie wyglądało. Pierwszy włoski dzień, to Piazza Unitá d'Italia, olbrzymi plac, z trzech stron otoczony budynkami, a z czwartej otwarty na morze, spacery śladami Jamesa Joyce'a, smakowanie kolejnych kaw, zakupy w palarni, koty leniwie wylegujące się na parapetach i narastająca ekscytacja - bo przecież już jest tak dobrze, a będzie jeszcze lepiej, więcej, inaczej...

O tym wszystkim "lepiej", o inspiracjach, wrażeniach, smakach i kawowych przygodach będę dla Was pisać w najbliższych dniach, więc zaglądajcie koniecznie. Kawowy is back!
dodajdo.com