Prezenty last minute

Za chwilę Boże Narodzenie. Niezależnie od kwestii religijnych i nastawienia do tradycji, każdy jakoś te święta obchodzi. Większość ludzi nawet kupuje sobie "na gwiazdkę" prezenty.
 

Jeśli osoba, dla której szukamy prezentu pije dużo kawy, to pewnie ma ekspres lub jakieś prostsze urządzenie do parzenia kawy, albo przynajmniej wizję jego zakupu w bliższej lub dalszej przyszłości. Może mieć też dość sprecyzowane wymagania. Jeśli ich nie znamy, kupno ekspresu to nie jest najlepszy pomysł. Zresztą podobnie jak wszelkie akcesoria - do robienia na kawie wzorków z cynamonu, ścierania czekolady i "upiększania" jej na różne sposoby - zwykle po jednym użyciu lądują na dnie kuchennej szuflady.

Niektórzy lubią rożnego rodzaju "ozdoby", tzn. przeróżne kurzostoje, które zajmują miejsce i trzeba je od czasu do czasu czyścić. Ale nie wszyscy. Zamiłowanie (lub jego brak) do tego typu ozdób widać od progu. Jeśli ktoś po dwóch latach mieszkania w tym samym miejscu ma dość puste ściany i żadnych zbieraczy kurzu na półkach, to znaczy, że tak ma być, kupowanie "ślicznego wazonika w kawowy wzorek" tego nie zmieni. Więc jeśli nie chcemy, aby wspomniany wazonik skończył w pudle w piwnicy, pomyślmy o czymś innym. Lepszym pomysłem mogą być filiżanki. Osobiście wolę sobie "skorupy" kupować sama, ale filiżanki się tłuką, więc to jest dość praktyczny prezent. 

Mimo wszystko jest kilka ciekawszych możliwości. Po pierwsze - o wiele bardziej kusząca wydaje się perspektywa wypicia kawy we Włoszech niż we własnym domu. Tanie linie lotnicze latają w tym kierunku przez cały rok, przy odrobinie wysiłku można znaleźć bilety dosłownie za kilka złotych. Reszta to tylko kwestia wyobraźni i budżetu.

Po drugie - po prostu kawa. Z tym, że wszechobecne granatowe i zielone opakowania należy omijać szerokim łukiem, trzeba poszukać świeżo palonych ziaren poza marketem (np. jedna z kaw MOJO z poprzedniego posta to dobry pomysł). Jeśli na zakupy przez internet jest za mało czasu, można wstąpić do pierwszej lepszej kawiarni - w większości można kupić kawę, której używają, na wynos.

Po trzecie - czas. Zadaj sobie pytanie, kiedy ostatnio spędziłaś/łeś trochę czasu z osoba, dla której wciąż nie masz prezentu. Może się okazać, że zwykłe "chodź na kawę, pogadamy", będzie lepsze niż jakakolwiek paczka z kokardką.
dodajdo.com

Towarzysz na co dzień? MOJO Coffee.

Cześć. Wyobraźcie sobie, że jeszcze żyjemy. Obie. Oddajemy sie arcyciekawym zajęciom związanym z filmem (to ja) i winem (Inna), w powodu których Kawowy trochę zaczął już zarastac ugorem. Ale nie ma tego złego - wracamy z nowymi pomysłami, wrażeniami i masą tematów do opisania. A zaczynamy od MOJO Coffee.



Co to za MOJO i skąd się w ogóle wzięło na kawowym. Oczywiście, że zostałam przekupiona paczką kawy, którą dostałam do testowania. MOJO Coffe to jedna z wielu kawowych firm, które w ostatnich latach pączkują na polskim rynku. I świetnie! Kiedy otwierałysmy Kawowego, takich przedsięwzięć było jak na lekarstwo. Przez ostatnie 4 lata kultura picia kawy w Polsce błyskawicznie się rozwinęła, a na rynku zagościli tacy dostawcy jak własnie MOJO. 
MC nie powali nas liczbą oferowanych mieszanek, za to ujmuje mnie dwiema rzeczami: precyzją doboru mieszanek i dizajnem (estetyczne opakowanie i ładne zdjęcia reklamowe, które można śledzic na facebookowej stronie MC). Podoba mi się jasna kategoryzacja kaw i jej korelacja z potrzebami kawoszy. Mamy więc śniadaniową Daily Yellow, wytrawną Tanzania Noble Blue, mocną wersję Espresso Black oraz Elegant Red, którą dostałam do testowania. 
Myśl, która została mi po degustacji Elegant Red to "nic do zarzucenia". Przyzwoita, dobra kawa. Mocna w sam raz, aromatyczna w sam raz. Umiarkowanie kwaskowa, ale to akurat bardzo indywidualne - dla mnie im mniej kwaskowa, tym lepiej (wkrótce napiszę o mojej ostatniej miłości w tym względzie). Na pewno poleciłabym Elegant Red na codzień, dobrze komponuje sie z mlekiem, a to ważne dla miłośników latte i capu. Jest to też dobra opcja na prezent: oryginalna, nie oklepana marka i smak, który wpasuje sie w 80% gustów. Zabrakło mi czegoś wyjątkowego, co by mnie złapało za język. Jakiejś wyrazistości, która by sprawiła, że będę tę kawę rozpoznawać. A gościła u mnie miesiąc, więc powinna pozostawić jakieś wspomnienia.
Pozostaje na koniec kwestia jakości do ceny. Nie należę do tych, którzy płacą za niszowość, ładnego opakowania też przeciez nie stawiam na stole dla ozdoby, a piękne zdjęcia to sobie oglądać mogę na Pintereście. Słowem, wszystko fajnie, marketing i wizerunek mogą mi się podobać mniej lub bardziej, ale - jak to się mawia w kalce językowej - na koniec dnia i tak wszystko sprowadza się do prostego rachunku jakości do ceny. Z Mojo mam ten problem, a przynajmniej z Elegant Red, że ta relacja jest trochę ZA. 33 zł za 250g... I jeszcze koszty wysyłki. Jeśli mam być szczera, wybrałabym coś, co mi dostarcza więcej przyjemności. Nie mam tez problemu za płacenie od czasu do czasu jakiejś mega stawki za kopi luvak czy coś w tym egzotycznym stylu. Ale to już zupełnie inna kategoria przecież.
Oczywiście w tym miejscu możemy dyskutować o kosztach małej firmy vs rentowności międzynarodowych producentów. Ale przykre prawa rynku są takie, że konsument nie uprawia filantropii wybierając kawę.
Ale czy o gustach w gruncie rzeczy można dyskutować? Być może ktoś z Was próbował i go MOJO absolutnie uwiodło? Ciekawam opinii.
Tak czy owak, MOJO Coffee jest na poczatku swej drogi, wiec czekam na dalszy rozwój i trzymam mocno kciuki :)

---
Strona i sklep MOJO Coffee
MOJO Facebook
dodajdo.com

POMPON. Prawdziwa dzieciokawiarnia.

Witajcie po długiej przerwie. Macierzyństwo znowu mnie trochę porwało w czarną dziurę, ale wracam na Kawowego z nowymi wrażeniami, m. in. rozpoczynając cykl "Dzieciokawiarnie".

Wyobraźcie sobie (lub przypomnijcie, bo pewnie nie raz tego doświadczyliście) taką sytuację: sobota przed południem, idziecie na capu i croissanta z przyjacielem, pogadać, odpocząć po całym tygodniu. Chillout, zapach kawy, wygodny fotel. I nagle piski, krzyki, maaaaami, nie!, daj!, coś lata między stolikami, słychać obijające się o siebie filiżanki, kelnerka leci ze szmatką... A miało być tak pięknie.

Oczywiście zdarzają się w przyrodzie (podobno) takie grzeczne, ułożone, od razu zsocjalizowane dzieci (Anka z Foch.pl nawet takie spotkała) (aczkolwiek uważam, że te dzieci chyba nie do końca są zdrowe), no w każdym razie mnie się takie nie przytrafiło. Egzemplarz mam ruchliwy, energiczny, ciekawski i bardzo głośny.
I jeśli myślicie, ze czuję się w takiej sytuacji fajnie, to sie mylicie.

No ale co zrobić? Rodzic też człowiek i zmaterializowanie swoich genów w nowym małym organizmie nie sprawia, że nagle tracimy swoje pasje (choć owszem, przez pewien czas nasze pragnienia ograniczają się do dość prymitywnych potrzeb jak spanie, czas operacyjny na łazienkę dłuższy niż 60 sec i inne zachcianki).
Przez długi czas zniechęcała mnie myśl o wyjściu do tzw. dzieciokawiarni. Głównie dlatego, że wiele znich to zwykłe lokale, w których postawiono w rogu jeden kojec metr-na-metr, wrzucono parę zabawek i dzieciaki z całej dzielnicy ślinią je na zmianę od rana do wieczora.
Albo z kolei miejsca sporo i nawet kreatywnie, ale kawa podła, jedzenie fuuu i po pięciu minutach myślisz, żeby uciec.
Aż w końcu trafiłam do Pompona. I powiem szczerze, że współczuję kolejnym dzieciolokalom, bo Pompon to uderzenie z wysokiego C, podbija wysoko poprzeczkę wyobrażenia tego, czym dzieciokawiarnia być powinna.

Warszawa, skrzyżowanie Młynarskiej z Solidarnością - łatwy dojazd, blisko centrum. Na oko z 200m2. Jedna długa sala, przestronna, dobrze doświetlona (zaadaptowany stary pawilon w kamienicy, taki, w jakim dawniej były masarnie, sklepy ze wszystkim "na kartki" etc), kilka mniejszych pomieszczeń, w tym dwa to plac zabaw. Ale nie jakiś tam byle jaki plac. Fajowskie, drewniane konstrukcje, proste, schludne, naturalne. Zjeżdżalnie, domki, drabinki, tunele. Pufy, auta, rowery, klocki. Mata i kącik dla niemowlaków.
Mery na torze przeszkód.

Do tego pyszne menu. Podobno eko, ale mnie akurat te klimaty nie robią, marchewka jak marchewka. Dopóki nie zobaczę, skąd wzięta, to żadna etykietka eko mnie nie rusza. Grunt, że jedzenie rewelacyjne. I kawa bardzo bardzo. I moje dziecko kręcące się pod stołem lub deptające po kanapach ani mnie nie stresuje, ani nikomu nie przeszkadza.

Pompon jest też cały przyjemny. Ładnie urządzony, ze smakiem. Stylistycznie nie jest szczególnie oryginalny, bo ten klimat z posmakiem skandynawskim jest obecnie popularny. Ale skoro się sprawdza, to po co szukać innych rozwiązań. 
Część jadalniana.
Są też i minusy. W weekend w godzinach szczytu jest tam chyba ze 100 decybeli, więc trudno skupić się na rozmowie. Lokal jest popularny i bywa naprawdę ciasno, mimo dużej przestrzeni. No i brakuje "sali dzikusa", czyli dla czterolatków, które tratują młodsze dzieci, przez co ich rodzice muszą mieć oczy dookoła głowy.

Ale generalnie Pompon daje radę. Polecam odwiedzać w tygodniu, poza godzinami szczytu. Dziecko się wyszaleje, a my napijemy dobrej kawy.
Więcej o ofercie kawiarni (m. in. warsztatach, sklepiku oraz mini-spa) na www.pomponart.pl.
Magdaro

Oceny szczegółowe:
Menu dla dzieci: TAK
Menu dla dorosłych: TAK
Można na obiad: TAK
Kącik zabaw: TAK (duży!)
Czysto: TAK
Kategoria wiekowa: 0+ (osobny kąt z matą dla niemowlaków)
Warsztaty: TAK (na zamówienie)
Sklep z zabawkami: TAK 

POMPON
Ul. Młynarska 13
01-205 Warszawa
Poniedziałek – Piątek 9.00 – 20.00
Sobota i Niedziela 10.00 – 20.00



dodajdo.com

Jeśli dziś niedziela, to idziemy na burgery

W Warszawie miejsca z burgerami powstają jak grzyby po deszczu. Czy w innych miastach jest podobnie? Tu naprawdę jest w czym wybierać. Najważniejsze, że burgery wreszcie robi się z odpowiedniej wołowiny, z mięsa którejś z mięsnych ras (Angus, Limousine czy Charolaise). Do tego dobra bułka, kiszony ogórek, pomidor... Wszystko razem najbardziej smakuje jedzone palcami, najlepiej w plenerze. To by było na tyle w temacie wiosennej diety ;)

Burger Bar (ul. Puławska 74/80)
Jednym z pierwszych miejsc, gdzie burgery przyrządza się zgodnie z regułami sztuki, był Burger Bar. Wybraliśmy się tam wkrótce po otwarciu, akurat była niedziela, pora obiadu. Samo miejsce dość specyficzne, jeśli nie nosicie markowych trampków i Ray Banów, możecie się poczuć nieswojo. Kolejkę obraliśmy za dobry omen, tym bardziej, że oczekiwanie miało nie trwać dłużej niż 20 min. Po 50 min otrzymaliśmy kompletnie zimne burgery. I co z tego, że mięso pierwszorzędne - nie zdołało zatrzeć złego wrażenia i irytacji tak długim czekaniem. Pytanie, jak fantastyczny musiałby być hamburger, żeby był w stanie zrekompensować prawie godzinę oczekiwania i to w miejscu, które na taką liczbę osób nie jest przygotowane? Za mało stolików, za mało ludzi w "kuchni", kiepska organizacja pracy. Więcej tam nie poszliśmy.

Blue Cactus (ul. Zajączkowska 11)
O wiele lepiej wypadają hamburgery w Blue Cactusie. Lubię to miejsce za niezobowiązującą atmosferę, za lokalizację (w parku), za parking dla gości, czujną obsługę, świetną margaritę i jedzenie. Burgery w Blue Cactusie są podawane z frytkami i sałatką i to solidny obiad - jeszcze nigdy nie udało mi się zjeść całej porcji. Przewaga nad miejscami w stylu Burger Baru jest jeszcze taka, że można tę swoją bułę zjeść w spokoju, na siedząco, a jak coś z kanapki wypadnie, to na talerz. No i nie ma atmosfery pośpiechu, nikt tam na pewno nie będzie kontrolował, czy już kończycie i jak długo jeszcze będziecie zajmować stolik.

Bistro & Burger Bar (ul. Francuska 45)
Bardzo fajny, niezobowiązujący lokal - trafiłam tam zanim przeczytałam te wszystkie kiepskie opinie w internecie. I dobrze, bo klasyczny burger, którego tam jadłam, był dobry. Podany z frytkami, sałatką i trzema sosami (barbecue to mój faworyt). Jedyny minus - średnie bułki.

Lokal. Bistro (ul. Krakowskie Przedmieście 64)
Król jest tylko jeden... ale nie szukajcie go w KFC. Idźcie do Domu Polonii na KP 64. Miałam spore oczekiwania w stosunku do Wiejskiego Burgera, najbardziej klasycznego z dostępnych w Lokalu Bistro. I wiecie co? Zdołali mnie pozytywnie zaskoczyć już na samym początku - nigdy wcześniej nie dostałam burgera w gorącej bułce. We wszystkich dotychczasowych burgerach bułki były najsłabszym punktem programu. Tutaj nie - bo to nie jakiś suchar z sezamem, tylko porządne, maślane bułeczki, ze śladami od gorącej płyty po obu stronach. W środku garść zieleniny, duszona czerwona cebulka, pomidor, solidny plaster boczku, gruboziarnista musztarda i trochę sosu barbecue. Wszystko pięknie się tu komponowało, a jednocześnie każdy kęs smakował nieco inaczej. No i mięso - perfekcyjnie usmażony kotlet, jeszcze lekko różowy w środku, ale tak, że nic z niego nie kapało. No czego chcieć więcej? Takie miejsca mnie uszczęśliwiają.
dodajdo.com

Piszę, więc jestem. Wiosna wszędzie!

Jeszcze nie wiem, czy to reaktywacja. Mam czasem poczucie, że jak nie piszę, to mnie nie ma. Z drugiej strony - pół roku zimy skutecznie zniechęciło mnie do jakiejkolwiek aktywności. A jeszcze takiej, gdzie trzeba się dzielić nastrojami? Lepiej nie, byłoby monotematycznie - na zmianę tylko "dajcie mi wszyscy święty spokój" i "kurwa, znowu pada". Prawda jest taka, że czas od listopada do wiosny mógłby dla mnie nie istnieć. Dopiero teraz mam ochotę rozmawiać z ludźmi, umawiać się na mieście, robić zdjęcia pierwszym (hiszpańskim) truskawkom i całe mnóstwo innych rzeczy. Ta niepohamowana chęć działania jest momentami nieco męcząca. Wiosna = banan na twarzy i eksplozja energii. I pomysłów tyle, że z nadmiaru emocji nie mogę zasnąć.

Jeśli chodzi o impresje kawowe... Hm, przez 7 miesięcy niepisania trochę się tego uzbierało. I to pomimo tego,  że przez tę zimę wypiłam zdecydowanie więcej wina niż kawy, i nie bardzo miałam ochotę na "testowanie" nowych miejsc.Na szczęście te "stare" miejsca wciąż są fajne...

  • W Rucoli (ostatnio byłam w tej na Kruczej), nadal kawa jest dobra a obsługa tak miła, że aż chce się wracać. Niekoniecznie na pizzę, ale np. gnocchi z kozim serem - przepyszne.
  • Tuż obok Rucoli (też na Kruczej) jest Cafe Colombia. Wprawdzie na ichniejszych empanadas można sobie połamać zęby, ale na zupę curry-coco z kurczakiem, imbirem i krewetkami zdarzało mi się jechać z drugiego końca miasta. Kawa na 5+.
  • Lubię, kiedy w miejscach, do których często zaglądam, pamiętają moje ulubione dania. Kelnerka w Bella Napoli na Nałęczowskiej któregoś razu przywitała mnie szerokim uśmiechem i uwagą "O, jak dawno pani nie było. To co, spaghetti amatriciana?". To miłe.
  • Dni po zbyt długich imprezach ratuje Namaste na Nowogrodzkiej. Za każdym razem obiecuję sobie, że tym razem spróbuję czegoś nowego, ale przeważnie kończy się na 58 pozycji w menu - murgh adraki - czyli kurczaku z imbirem (duuużo imbiru) i indyjskimi przyprawami. Swoją drogą, menu jest  zbyt długie i stąd ten wieczny problem z wyborem. Na szczęście kawa jest jedna, z kardamonem i mlekiem. Tak dobra, że metodą prób i błędów nauczyłam się robić taką w domu.

Co poza tym? Brugia! Bajkowe miejsce, które zasługuje na więcej niż tylko kilka zdań moich zachwytów. Wprawdzie łatwo się zgubić, bo wszystkie uliczki są do siebie podobne, ale w tych zakamarkach same pyszności - czekoladki, mule, frytki i piwo (nie wierzę, że to mówię - piwo jest dobre!). Świetne miejsce na romantyczny weekend. Dwa dni wystarczą, żeby się zakochać w tym mieście, sama jestem tego przykładem.
dodajdo.com

Chochołowy Dwór. I pyszno, i straszno.


Z lokalnymi gastronomiami jest tak, że choćby w przewodnikach Michellin dostały najwyższe noty, i tak liczy się to, co o nich mówi pani Zosia ze spożywczaka lub czy się tam udało wesele córki sołtysa. Tak też było z Chochołowym Dworem z Jerzmanowic, nieopodal Krakowa, który omijaliśmy szerokim łukiem ze względu na zła sławę.


Ale także cały entourage tego przybytku jakoś specjalnie nas nie zachęcał. Wielgachny, postawiony "na bogato", wygląda trochę jak fantazja architekta-amatora. W środku nie jest lepiej - łączą się przeróżne style. Miało być po staropolsku, a znajdujemy też secesję, prowansalskie klimaty, jakieś amerykańskie akcenty. ..o ile dobrze pamiętam, Wyspiański nic nie wspominał w weselu o Harleyu Davidsonie. Jakieś szklane przepierzenia, skóra, drewno , kilkumetrowa rzeźba.. No nie powiem, jest czym zadowolić gusta weselnej orkiestry. Trochę szkoda, bo widać, że zainwestowano tam naprawdę duże pieniądze. Widać to choćby po przepięknych stołach z litego drewna - jedynym akcencie, który mi sie podobał. 
Musze jednak oddać Chochołowemu sprawiedliwość, że mimo tego pomieszania z poplątaniem, siedziało się tam bardzo przyjemnie, przytulne wieczorne oświetlenie nadawało miejscu klimat. (Który skutecznie próbował psuć jakiś domorosły DJ, puszczając w tle wszystko, co miał na swojej playliście, a było to tak: Mietek Szczesniak, Grechuta, kabareciarz Halama, znowu Grechuta, Edith Piaff, znowu jakiś kabaret - przyznacie, że klimatycznie?;).
Ale w końcu po dwóch latach zajrzeliśmy tam, nie spodziewając się wiele. Głównie dlatego, że mieliśmy po drodze. I dzisiaj, na wspomnienie tamtego wieczoru, mam ślinotok i wybaczam całą niekonsekwencję w kwestii wystroju.
Zła sława Chochołowego niesie, że na dania się czeka. Biorąc pod uwagę to, co dostajemy na talerzu, wcale mnie to nie dziwi. Możemy  być pewni, że wszystko jest przygotowywane na bieżąco, nie otrzymujemy nic odgrzanego w mikrofali. Kuchnia polska XXI wieku, czyli jeśli sałatka z grilowanym oscypkiem, to z sosem balsamiczno-malinowym. Wspaniały befsztyk, rewelacyjne przystawki i ogromny creme brulee - byliśmy pewni, że obsługa się pomyliła i niesie nam żurek.
Urzekło mnie też staranne podanie wszystkich dań. Ładne, nowoczesne kompozycje, a nie - co zwykle spotykamy w lokalach z kuchnią polską - nałożone bez ładu i składu jedzenie, w imię kompozycji "jak u babci".
Kawa bez zarzutu. Espresso z orzechową nuta, gęste, mało kwaskowe, czyli tak, jak lubię.
Za jedzenie śmiało daję 5 gwiazdek i na pewno będę wracać, jeśli będę w pobliżu.  Za całokształt niestety 4, bo restauracja to nie tylko jedzenie, ale także otoczenie i muzyka.

Polecam. Oczywiście nie jest to miejsce, do którego warto się specjalnie fatygować, ale jeśli planujecie podróż i szukacie miejsca na przystanek czy nocleg w okolicach Krakowa, warto wstąpić. Przymknijcie tylko oko na otoczenie i skupcie sie na talerzach.


 Chochołowy Dwór
Jerzmanowice 54a
godz. 7:00 - 22:00

dodajdo.com

Spotkajmy się... na Przystanku MDM

Jakie miejsca wybieracie, kiedy spotykacie się z kimś na mieście? Wybieracie jakiś charakterystyczny punkt, czy raczej konkretne miejsce (kawiarnia, restauracja)? U mnie najczęściej brane są pod uwagę trzy opcje - pod palmą na rondzie de Gaulle'a, pod Rotundą, albo koło KFC na Pl. Konstytucji.

Dopóki na Nowym Świecie istniała Colombia Cafe, spod palmy zwykle "na kawę" chodziło się tam. Na szczęście ta kawiarnia nie została zamknięta na amen, tylko przeniesiona na ul. Kruczą 6/14. Brak Colombii zresztą wpływa pozytywnie na kondycję - trzeba się kawałek przespacerować, żeby będąc na Nowym Świecie skutecznie ominąć sieciówki. Ostatnio jednak spotkaniom bardziej sprzyjają okolice Pl. Konstytucji. Pisałam niedawno o MiTo. Po drugiej stronie ulicy jest kolejne "kawowe" miejsce, Przystanek MDM. Byłam już dwa razy - i w zasadzie to mogłoby wystarczyć za rekomendację.

fot.mdm





 Po pierwsze - kawa. Próbowałam espresso i mrożonej kawy z syropem czekoladowym. Espresso przygotowane bez zarzutu, z wyraźną, ale przyjemną kwasowością. Duża, mrożona kawa była ratunkiem na czas upału - jak się okazało, to był chyba ostatni gorący dzień w tym roku.

Po drugie - kanapki. Na tablicy było napisane, że są kanapki, ale nie było ich nigdzie widać. Duży plus za to, że są przygotowywane na bieżąco, bo chyba nie ma nic gorszego niż kanapka rozmięknięta od pomidora. Jakie te kanapki? - Może być z kurczakiem, szynką, serem.... - zaczęła wymieniać baristka, zaglądając jednocześnie do lodówki. To był tak naturalny i domowy gest, że poczułam się jakbym wpadła po pracy do siostry, a nie do kawiarni. Ciabatta z serem pleśniowym, pomidorem, ogórkiem i sałatą, podana na ciepło, była znakomita.

Po trzecie - klimat. Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa powstała w latach 50. i do tych czasów odwołuje się kawiarnia. Bar z blond sklejki, odrestaurowane krzesła i fotele z lat 50, stoliki dokładnie takie same, jak kiedyś stały w domu babci. Ładnie, przytulnie, kolorowo. Póki jest ciepło, miło jest posiedzieć na zewnątrz, oczywiście pod warunkiem, że nie wybraliśmy się na kawę w godzinach szczytu (chyba, że nie przeszkadza Wam szum ulicy).

Po czwarte - ceny. Nie musicie się obawiać spustoszenia portfela. Za kanapkę, espresso x 2 i latte zapłaciłyśmy z Magdaro 28 zł. Następnym razem pewnie skusze się na chorizo gotowane w białym winie albo drinka.
dodajdo.com

Wrzesień

Chłodne poranki. Jabłka. Herbata. Garnek pełen powideł. Zimne stopy. Ciepłe swetry. Wrzosy w doniczkach. Urodziny.

Kiedyś także nowe książki, zeszyty i cała masa przeróżnych artykułów papierniczych. Mam do nich słabość do dziś i czasem żałuję, że wszystko, czego teraz potrzebuję, to kalendarz.

Lubię wrzesień. We wrześniu robię się sentymentalna.


dodajdo.com

Długi weekend małych przyjemności

Lubię, kiedy Warszawa pustoszeje. Nie ma korków na ulicach, kolejek do przymierzalni w sklepach, tłumów na przejściach dla pieszych. Czy inne duże miasta też są tak wyludnione o tej porze roku? Od kilku lat wakacyjne miesiące spędzamy tu, a urlop planujemy na jesień. Kiedy jest ciepło wszędzie jest dobrze. Nie przeszkadza mi, że muszę chodzić do pracy w czasie, kiedy inni się "wakacjują", skoro po pracy nadal jest ciepło i świeci słońce. Co innego w listopadzie, kiedy ciemno robi się o 17 i jedyne na co mam wtedy ochotę, to zapaść w zimowy sen.

Z weekendem trwającym dłużej niż dwa dni jest podobnie.  Zostaliśmy w domu, mając w planie jedno: reset. Wyspaliśmy się, chyba trochę "na zapas", odkryliśmy kilka fajnych miejsc (i kawowych, i kulinarnych), spotkaliśmy się z przyjaciółmi, ugotowaliśmy kilka pysznych obiadów, upiekliśmy muffinki. Uwielbiam takie dni, kiedy jedynym problemem jest kwestia wyboru filiżanek, w których będziemy pić kawę. Ostatnio najbardziej lubię błękitne.



W ogóle w trakcie tych kilku dni przypomniałam sobie, jak przyjemnie jest cieszyć się małymi rzeczami. Tym, że lody sułtańskie zawsze smakują tak samo dobrze. Że odkryłam miłą włoską knajpkę tuż koło domu. Że mamy sąsiadów tak fajnych, że można do nich spontanicznie zastukać o 22 z butelką wina. I że z balkonu widzę schodki jakby żywcem wyjęte z jakiegoś "tajemniczego ogrodu". Mogłabym tak długo wymieniać, ale to strasznie banalnie brzmi ;)





dodajdo.com

MiTo. Na kawę, na kanapki, na śniadanie

Uwaga, uwaga. Dotarłam wreszcie do MiTo. Na odkrywanie fajnych miejsc nigdy nie jest za późno.

MiTo jest pomiędzy stacją Metro Politechnika a Pl. Konstytucji. Miejscówka do pozazdroszczenia - to taka okolica, że prędzej czy później każdemu jest "po drodze". Pierwsze wrażenie? Jak ja lubię, jak sufit jest tak wysoko! I fajnie, że wnętrze jest urządzone nowocześnie, że na ścianach wiszą obrazy (m. in. Julity Malinowskiej - świetne!). I że nie jest beżowo-brązowo i miękko, i przytulnie. To nie znaczy, że nie lubię beżowo-brązowych miejsc z wygodnymi kanapami. Nie lubię tylko, jak wszystkie miejsca wyglądają podobnie. W MiTo jest jasno i przestronnie. Mi to pasuje.

Przyszłam do MiTo głównie na kawę, ale zaczęłam od malinowego croissanta, bo skusiła mnie informacja, że są pieczone na miejscu. Nie mogę mu nic konkretnego zarzucić, ale powiem szczerze - te w Filtrach smakują mi bardziej. Ale potem było już tylko lepiej. Średnia kanapka caprese kosztuje w MiTo 12 zł i zapewniam, że średnia to określenie odnoszące się tylko i wyłącznie do rozmiaru. Była pyszna!  J. jadł sałatkę z camembertem (19 zł). Bardzo dobra i bardzo duża. Uwierzycie, że porcja była taka, że nie dał rady zjeść całej?

A na koniec oczywiście kawa. Świat byłby o wiele piękniejszy, gdyby w każdym miejscu z kawą serwowano taką dobra kawę ;)
Zamówiłam espresso, ale pewnie następnym razem skuszę się na któryś z kawowych lub herbacianych mrożonych drinków. A następny raz to pewnie znów będzie weekend, ale dla odmiany w porze śniadaniowej. Bo w MiTo weekendowe śniadania serwowane są w formie szwedzkiego stołu. Za 15 zł "jesz ile chcesz".



MiTo. Art cafe books 
Warszawa, ul. Waryńskiego 28
www.mito.art.pl
dodajdo.com

Jogurtowa kawa mrożona

Ten przepis jest efektem niechęci do wychodzenia na zewnątrz w taki upał. Za mało mleka na mrożoną kawę? Spróbujmy z jogurtem. Efekt wyszedł zaskakująco dobry.


Jogurtowa kawa mrożona 
90 ml mocnej, schłodzonej kawy
250 ml jogurtu naturalnego
75 ml mleka
duża szczypta cukru

Składniki zmiksować, jeśli jogurt jest bardzo gęsty, to dodać więcej mleka, aż do uzyskania płynnej konsystencji. Ja nie słodzę kawy, jogurt też był bez cukru, mimo wszystko uznałam, że odrobina cukru jest potrzebna dla przełamania kwaśno-słonego posmaku. Jeśli normalnie słodzicie kawę, to dodajcie cukru więcej, wedle uznania. Podane składniki wystarczą na dwie duże porcje - no bo kto by pił mrożoną kawę sam?


dodajdo.com

Karmello. Ładne czekoladki

Są takie dni, że tylko kanapa i kocyk mogą nas uratować. Czy to zbieg okoliczności, że zwykle są to poniedziałki? W ten ostatni też trzeba było zostać w domu, zamiast szwendać się po mieście.... Ale wybrałam się na spacer po Chmielnej, a tam zajrzałam do Karmello, bo skusiło mnie witryna z czekoladkami. 

Wzięłam kilka pralinek na spróbowanie, ale na miejscu dałam radę zjeść tylko dwie, tak były słodkie. Wyglądały świetnie, ale nie były lepsze niż przeciętne czekoladki z pudełka kupionego w przysłowiowym sklepie na rogu. Czekolada na gorąco też mnie nie zachwyciła. Za dużo mleka i cukru, za mało czekolady. 

Żeby było sprawiedliwie, wypada na plus zanotować bardzo miłą i profesjonalną obsługę, skorą do dzielenia się wiedzą na temat oferowanych słodkości. I ceny. 4,50 za pralinkę i espresso w centrum Warszawy? Można powiedzieć, że to pół darmo ;) Prawda jest jednak taka, że nic w Karmello nie sprawiło, żebym była skłonna tam wrócić albo polecić to miejsce znajomym. Szkoda.

Karmello
Ul. Chmielna 11
Warszawa
dodajdo.com

Cupping w MiTo. Bo palenie ma znaczenie

MiTo istnieje od roku i mniej więcej od tego czasu jest na mojej liście "do zajrzenia".  Jestem bardzo ciekawa tego miejsca, ponieważ wydaje się, że jest tam wszystko, co lubię - kawa, francuskie wypieki, książki, gazety i sztuka. Jest też wi-fi, wiec jak w końcu tam dotrę, to będę mogła od razu podzielić się z Wami wrażeniami. Oprócz tego w MiTo organizowane są wystawy, spotkania z artystami, pokazy filmowe i wiele innych wydarzeń.

fot. https://www.facebook.com/MiToArt

Jutro o 19:00 w MiTo odbędzie się spotkanie dla miłośników kawy. Będzie można dowiedzieć się, na czym polega proces wypalenia zielonych ziaren kawowca, jakie sposoby i stopnie wypalenia są wykorzystywane przez duże, komercyjne palarnie i jaki wpływ na smak ma palenie kawy. Najważniejsze, że to nie będzie sucha "pogadanka" - będzie można próbować kaw wypalonych do różnego stopnia i porównywać sobie ich aromaty. Wstęp kosztuje 10 zł, co - biorąc pod uwagę ilość "atrakcji" - wydaje się ceną symboliczną.

MiTo art café books
ul. Waryńskiego 28
00-650‎ Warszawa
www.mito.art.pl





















































dodajdo.com

Velke dvojite espresso

Pierwsze skojarzenie z czeską Pragą to zapewne piwo i tonące w papierosowym dymie przybytki tego trunku. Jesli jednak wybieracie się do naszych południowych sąsiadów (którym co prawda nie moge wybaczyc tego gola!), koniecznie przygotujcie się na solidną dawkę kofeiny w rewelacyjnym entourage'u!

Praskie kawiarnie to przede wszystkim arcydzieła sztuki przełomu XIX i XX wieku. Secesja, art deco, kubizm - to wszystko można znaleźć na kawowej trasie w Pradze. Koniecznie zaznaczcie sobie na mapie takie miejsca jak: Kavarna Slavia, Lucerna, Obecni Dum, Grand cafe Orient, Cafe Imperial czy Savoy.

Podczas naszego tygodniowego pobytu w Pradze każdy poranek witaliśmy w kawiarni Slavia. Dla unikających papierosowego dymu polecam właśnie wizyty poranne, kiedy palacze nie zdążą jeszcze zagęścić atmosfery. (Przypominam, że Praga jest ostatnim bastionem do zdobycia dla antynikotynowego lobby. No ale narzekać w Pradze na dym z papierosów, to jak pojechac do Afryki i marudzić, że gorąco.)
Ale wracamy do Slavii. Witanie poranka przy ogromnych oknach z widokiem na rzekę i Teatr Wielki, wśród przepychu art deco, onyksu, wapienia i pięknych witryn, to prawdziwa przyjemność. Przede wszystkim możemy się tam napić naprawdę dobrej kawy i zjeść niezły deser. Mimo, że kawiarnię odwiedzały takie sławy jak Rainer Maria Rilke czy Franz Kafka, a i dzisiaj bywa nieformalnym miejscem spotkań na szczycie, ceny nie są wygórowane. Dvojite Espresso (doppio) czy Velke Espresso (americano) to koszt około 70kc. Do kawy proponuję jedno z pysznych ciastek kuszących za zdobioną witryną.


A skoro o witrynach mowa, od razu przypomina mi się jedyne w swoim rodzaju miejsce, Grand Cafe Orient.  Kubistyczną kamienicę, zwaną Domem Czarnej Madonny, trudno przegapić na trasie turystycznych wycieczek. Kubizm wyziera także z kazdego kąta kawiarni, począwszy od pięknych sufitów, przez misternie wykonane witryny za barem (bar to w ogóle małe dzieło sztuki), po najdrobniejsze szczegóły, jak uchwyty, lampy, klamki. Zresztą cała kamienica robi duże wrażenie, włączne z krętymi schodami prowadzącymi na piętro do kawiarni. Całość zaprojektował na poczatku XX w. architekt Josef Gočár. Sama kawiarnia została zamknięta w latach 20. i otwarta na nowo dopiero w roku 2005.
Chociaż menu i obsługa nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia, to polecam Wam to miejsce nie ze względu na kawę, ale na wnętrza i muzykę na żywo sączącą się z fortepianu w rogu sali. Naprawdę można się tam zrelaksować.


Po prawie półtora roku od wizyty w Pradze (tak, to chyba rekord odkładania tematu na Kawowym, najwyraźniejsze są właśnie wspomnienia tych przepięknych praskich kawiarni. Uważam, że dla nich warto wybrać się do Pragi choćby na weekend. Podczas takich kawowych przerw czułam się trochę jak bohater filmu Woodiego Allena "O północy w Paryżu", który marzył, by przenieść się w czasie do lat 20. XX wieku. 

ps: Z cyklu Magdaro Dobra Rada: niestety w Pradze zawsze trzeba mieć przy sobie gotówkę. W większości lokali gastronomicznych nie można płacić kartą (Slavia jest wyjątkiem). Bankomaty rozsiane są rzadko, co skutkowało na początku tym, że pomiędzy zjedzeniem posiłku a opuszczeniem lokalu Piter udawal się na kilometrowy spacer z dżipiesem w ręku w celu wybrania gotówki. W przeciwnym razie skazani jestesmy na niełaskę kantorów, które dla odmiany rozsiane są bardzo gęsto i najwyraźniej mają niepisaną umowę z właścicielami gastronimii.


dodajdo.com

Egzotycznie, aromatycznie... Namaste India

Macie czasem ochotę na "coś zupełnie innego"? Innego niż stałe pozycje w domowym menu, innego niż kuchnia włoska, chińska czy kurczak z rusztu. Mnie tak ostatnio naszło. Naszło mnie na Indie.

Zachęceni entuzjastycznymi opiniami na Gastronautach wybraliśmy się więc do Namaste. Dobrze, że je wcześniej przeczytałam, bo pierwsze wrażenie było słabe. Ktoś zajął nam nasz - wcześniej zarezerwowany - stolik i wylądowaliśmy w miejscu między wejściem a WC. Później okazało się, że to miejscówka na wagę złota, bo ruch w lokalu był taki, że z braku miejsc ludzie zaczęli zamawiać jedzenie na wynos. Kolejny słaby punkt - menu... Na widok 120 pozycji zwykle uciekam. Zostaliśmy, bo zwyczajnie byliśmy głodni i nie chciało nam się "zwiedzać" okolicy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

Na przekąskę zamówiliśmy Ghobi 65, czyli panierowanego kalafiora z pomidorami i indyjskimi przyprawami (14 zł) oraz Chicken lababdar (kurczak w sosie cebulowo-pomidorowym z orzechami nerkowca, 24 zł) i Chicken madras (kurczak, cebula, papryka, dużo przypraw i mnóstwo chili, 25 zł). Do tego dwa rodzaje indyjskiego chleba (po 4 zł). Nigdy nie byłam w Indiach, więc nie wiem, czy tak właśnie te dania powinny smakować. Ale było bardzo dobrze, mimo że Chicken madras był dla mnie ciut za ostry. Lubię pikantne jedzenie, ale lubię też, kiedy w takim daniu czuć coś poza ostrością. Całe szczęście, że tuż obok nas stał dystrybutor z wodą. Przypuszczam, że ta woda już wielu uratowała - oczywiście można zamówić napoje z karty, ale jeśli się tego nie zrobi od razu (albo wypije się w oczekiwaniu na dania), to stanie w kolejce po wodę ze łzami w oczach i drapaniem w gardle jest ostatnią rzeczą, na jaką się ma ochotę w chwili, kiedy okazuje się, że zamówione danie jest ostrzejsze niż się spodziewaliśmy.

Jeśli wpadniecie do Namaste, spróbujcie Indian coffee (7 zł) z mlekiem i przyprawami. Na co dzień prawie nie piję kawy z mlekiem, a już na pewno nie z taką ilością. Cynamon wolę w towarzystwie jabłek. I sama byłam zdziwiona, jak bardzo mi ta kawa smakowała. Imbir, kardamon, cynamon i odrobina kurkumy to mieszanka, z pomocą której udało mi się odczarować owsiankę. Wprawdzie nie był to koszmar mojego dzieciństwa, ale też nigdy nie jadłam jej z przyjemnością, Taką z przyprawami polubiłam. Kawa w Namaste pachnie podobnie (głównie za sprawą kardamonu), może dlatego tak mi smakowała.

Namaste to nie jest miejsce bez wad. Wystrój nie powala, obsługa jest mało zorganizowana, kelnerki nie mówią po polsku. Do tego ruch jak na Marszałkowskiej i spory czas oczekiwania, najpierw w kolejce do kasy, żeby cokolwiek zamówić, potem jeszcze na realizację zamówienia. Ale miejsce broni się jedzeniem. Jeśli macie sporo czasu i ochotę na aromatyczne, egzotyczne jedzenie - to Namaste jest bardzo ok.

Namaste
ul.  Nowogrodzka 15, Warszawa
dodajdo.com

Bialetti w promocji

Jeśli ktoś z Was w najbliższym czasie planuje zakup kawiarki to polecam zajrzeć na www.westwing.pl
Trwa tam właśnie wyprzedaż produktów marki Bialetti - są garnki, patelnie, przeróżne gadżety kuchenne i kawiarki w naprawdę niezłych cenach (kawiarki od 55 do 99 zł). Oficjalnie kampania trwa do 3 marca, ale w takich przypadkach jak zawsze - kto pierwszy ten lepszy.

dodajdo.com

Dlaczego kawa jest taka droga?

Kawa "na mieście" jest za droga - do tego chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Skąd te ceny? Bo brak tradycji picia kawy na mieście. Bo rynek jest za mały. Bo ziarna sprowadzane do Polski są świetnej jakości. Bo w kawiarni płacimy nie za kawę, a za miejsce przy stoliku i "zachodni styl życia". Bo czynsze są za wysokie. Bo na jedzeniu się nie zarabia. I wreszcie - bo "jeśli będzie zbyt tanio, przyjdą ludzie, na których nam nie zależy".

Takie powody wymienia autor tekstu Nasza bardzo droga kawa. Czemu? "To element selekcji". Materiał jest o tyle ciekawy, że cytowane są w nim wypowiedzi właściciela palarni, szefowej marketingu w CHI Polska SA (właściciel marki Coffee Heaven), brand manager Starbucksa oraz anonimowego menadżera kawiarni. Wynika z nich mniej więcej tyle, że na pytanie "dlaczego kawa jest taka droga" można odpowiedzieć znacznie krócej: bo tak.

Brak tradycji picia na mieście? Owszem. Ale właściciele kawiarni nie robią nic, żeby to zmienić. Latte za 10 zł skutecznie zniechęca do tego, żeby chodzić na kawę trzy razy dziennie. Ziarna są świetnej jakości? Nie sądzę, żeby mega paki Lavazzy z Makro były droższe niż ziarna dostępne w jakimkolwiek europejskim mieście. Miejsce przy stoliku? Do wypicia szybkiej kawy nie jest potrzebne. Można zrobić tak, jak jest we Włoszech - cena kawy wypitej na stojąco jest niższa od tej branej z gazetą do stolika. Na jedzeniu się nie zarabia? Hm... Pozwólcie, że ten argument pozostawię bez komentarza. I wreszcie - przyjdą ludzie, na których nam nie zależy. A więc właścicielom kawiarni nie zależy na klientach, którzy nie wydają bezmyślnie kilkunastu złotych na latte? Ciekawe. Tak naprawdę jedynym problemem, z którym ciężko się uporać, zwłaszcza w momencie otwierania kawiarni, są czynsze. Pytanie, czy naprawdę wszystkie kawiarnie muszą się znajdować w okolicach Chmielnej.

"Prędzej jednak Polacy zaczną zarabiać więcej, niż kawa w kawiarniach stanieje" - puentuje autor wspomnianego wyżej tekstu. Trudno zaprzeczyć. Póki co pozostaje nam zapraszać się "na kawę" do domu. Tu raczej nikt nie będzie nam wypominał, że oddychamy powietrzem "dla wybranych".
dodajdo.com

Za zimna? Za gorąca?


Czy kiedykolwiek zwróciliście uwagę, że kiedy przegapi się moment, kiedy temperatura kawy jest idealna, staje się prawie-nie-do-wypicia? Przyznaję bez bicia - w pracy zawsze wylewam pół kubka do zlewu, bo nigdy nie wyrabiam się z wypiciem kawy kiedy jej temperatura jest "perfect".
dodajdo.com

Czarny motyl? Brudny motyl!

- Myślisz, że te firanki mają taki kolor, czy...
- Hm... Jedna jest szara, a druga bardzo szara..
- To co, nadal chcemy tu coś zjeść?

Pytanie było retoryczne. Firanki są brudne, czego więc można się spodziewać na zapleczu? Jeśli dodać do tego zapach stęchlizny uderzający od progu, dawno niemalowane ściany i dłuuugą listę oferowanych dań (zbyt długą nawet jak na średniej wielkości restaurację) nawet naleśniki z malinową konfiturą przestają być przedmiotem pożądania.

Piszę o tym ku przestrodze - omijajcie to miejsce z daleka. Jeśli znajdziecie się na Pradze, poszukajcie klimatycznych kawiarni i koniecznie dajcie znać. Wiosną chętnie się po praskiej stronie Warszawy powłóczę. Chwilowo jednak kapituluję. Motyl okazał się być ćmą, zostawiającą ciemne ślady po byle muśnięciu.

Czarny motyl
ul. Ząbkowska 2, Warszawa
dodajdo.com

Chwila prawdy

dodajdo.com