Jedz, marznij i czekaj

Każda okazja jest dobra, by wpaść do Krakowa, bo kojarzy mi się z dobrym i beztroskim okresem życia. Ostatnio nadarzył mi się służbowy wyjazd tam, na jeden dzień. U., z którą się spotykałam, wybrała na spotkanie kawiarnię Bunkra Sztuki. Sam Bunkier, miejsce wystaw i wielu ciekawych wydarzeń artystycznych, jest wystarczającym powodem, by o tej kawiarni napisać, toteż przyszłam tam godzinę przed spotkaniem, by zebrać wrażenia.

Na początku złapałam trochę focha. Było pusto, na dużej powierzchni zewnętrznej części Bunkra, zafoliowanej na zimę, tylko kilka stolików było zajętych. Może dlatego miałam dylemat, gdzie usiąść. Przy foliowej "ścianie", która miejscami się rozklejała i wiało, czy może bliżej baru, dokąd jednak dolatywał co chwila smrodek papierosowy z części dla palących. Olana przez obsługę, która się zdziwiła, że pytam, gdzie nie wieje, postanowiłam z dwojga złego trochę pomarznąć. Co mi tam, podobno niższa temepratura poprawia przemianę materii.
Pora była śniadaniowa, zamówiłam więc musli z owocami leśnymi, naturalnym jogurtem, migdałami i miodem. Oh My God. Było wyśmienite. Naprawdę pyszne. Podobnie jak zjedzona później sałatka ze szpinaku, sera pleśniowego i jabłka. To mi trochę zrekompensowało ciągłe zmiany temperatury, charakterystyczne dla takich foliowych namiotów: najpierw robi się zimno, przez dziury wpadają powiewy wiatru, potem włączają się jakieś piece, emitujące fale ciepłego powietrza. I tak na okrągło. (Na szczęście nie skończyło się chorobą, jak po wizycie w namiocie Green Coffee)
Bardziej niż to zimno, uderzyło mnie zachowanie obsługi. Być może miałam pecha, że moją część sali obsługiwała śliczna niemiła brunetka. Ściągniecie jej wzrokiem było niemożliwe. U., z którą miałam spotkanie, bez ceregieli po prostu odwróciła się i zawołała. Ale U. jest stamtąd. A ja skąd mogłam wiedzieć, że nie powinnam się czuć nieswojo z powodu permanentnego focha na twarzy obsługi? Dość powiedzieć, że kiedy po kwadransie siedzenia przy brudnych talerzach podeszłam poprosić grzecznie o menu (chciałyśmy zamówić kawę), panienka odburknęła, że jest zajęta, a dwóch wolnych kelnerów obok kontemplowało Planty za folią.
Ech. Skoro tak, to pomyślałam, że nie ma litości. I poprosiłam espresso. Nie wiem, dlaczego tak trudno jest podgrzać filiżankę. Prosty zabieg, a spotykany bardzo rzadko w Polsce. Samo espresso, ze zjaraną "cremą", było kwaśne jak mina obsługującej panienki. Nie czepiałabym się, ale kiedy język cierpnie, to co mam powiedzieć?

Pozostaje pytanie, po co mielibyśmy pójść do Bunkra Sztuki. Po jedzenie? Jest w Krakowie kilka przybytków podniebienia zostawiających bunkier daleko w tyle. Po kawę oczywiście nie. To, czego w bunkrze jest pod dostatkiem, to tak zwana "krakowska atmosfera". Nie przeczę. Siedząc na zewnątrz oglądasz Planty, za nimi Teatr Bagatela. W kawiarni każdy stół jest z innej parafii, niewygodne krzesła skrzypią - to jest to, co niektórzy lubią.
Do mnie to jednak nie przemawia. Wrażenia po wizycie mam mieszane, jak może być mieszane wspomnienie migdałów z miodem i zapachu papierosów. Nie wspomnę już o tym, że kilka dni wcześniej próbowałam bezskutecznie dodzwonić się i zarezerwować stolik. I że musiałam włożyć wiele starań, by znaleźć w ogóle numer (ten na Gastronautach jest zły) Dlatego zachęcać Was nie będę. No chyba, że wpadniecie tam po obejrzeniu jakiejś wystawy w Bunkrze Sztuki. Myślę sobie, że to jest takie miejsce, na które nabieraja się turyści. A my przecież chcemy byc kulinarnymi podróżnikami.

Bunkier Cafe
Plac Szczepański 3
Kraków


dodajdo.com

Ekspresowy wpis na leniwy poniedziałek

Właściwie recenzje tej kawiarni można by zmieścić w smsie: "Dobra kawa, pyszna czekolada i tony fajnych książek." Z czystym sumieniem daję im pięć gwiazdek. Jako że dziś poniedziałek, a ja nie lubię poniedziałków, muszę na tym poprzestać, choć Bookarnia naprawdę zasługuje na trochę więcej. O Sopocie napiszę jutro, a teraz idę na plażę karmić mewy i łabędzie.

Bookarnia
Sopot, ul. Haffnera 9
www.bookarnia.pl
dodajdo.com

A morze się napijemy?

Czy można już mówić o tradycji? W końcu TO dzieje się dopiero drugi raz... Po tym, jak stwierdzam, że "rozładowały mi się baterie", siadamy, każde nad swoim kalendarzem, i ustalamy terminy. I dochodzimy do wniosku, że tak, możemy jechać nad morze "wtedy i wtedy". Potem trzeba tylko zaklepać termin w naszym ulubionym apartamencie nad morzem, spakować siebie i psa i... jechać. Oczywiście, zawsze przedtem zdążymy się pokłócić - bo - na przykład - ja próbuję upchnąć w walizce zbyt wiele rzeczy jak na taki jeden mały weekend poza domem, a on tuż przed wyjazdem przypomina sobie o czymś niecierpiącym zwłoki i zamiast rozmawiać ze mną, gada przez telefon. Zawsze wyjeżdżamy przynajmniej pół godziny później niż planowaliśmy. Potem już tylko godzina w korku w Łomiankach, kilka kolejnych w drodze, przystanek pod pierwszym lepszym całodobowym sklepem, bo przecież "nie wzięłaś wina na wieczór" i "mogłeś mi przypomnieć" ;) Dojeżdżamy na miejsce, wchodzimy, zachwycamy się przestrzenią, surowym drewnem na podłodze i morskim błękitem ścian, pijemy kawę na czerwonej sofie i... jest dobrze. A rano - jest jeszcze lepiej, bo z okien widać morze.

Mój winiarski guru, Marek Bieńczyk, w swoich felietonach z uporem godnym lepszej sprawy usiłuje przeforsować tezę, że "specjalne" butelki wina nie potrzebują specjalnych okazji. Mówi, że nie ma nic lepszego niż picie szampana tylko dla siebie, choćby we wtorek o 9.30 rano. Co o tym myślicie? To jest bliskie mojej życiowej filozofii - zdarzyło mi się ostatnio otworzyć butelkę znakomitego, nowozelandzkiego pinot noir tylko dla siebie. Przyznaję, kupiłam je "na specjalną okazję" i liczyłam na dobre towarzystwo. Wyszło, jak wyszło, więc wzruszyłam ramionami i otworzyłam sama. Bez okazji.  Z okazji kumulacji rozczarowań. Jaki z tego wniosek? Po pierwsze - łatwiej o towarzystwo do kawy, niż do wina. Po drugie - z winem łatwiej dość do porozumienia niż z mężczyznami.

Ale wracając do morskich weekendów. Do nich najbardziej pasuje szampan, bo nie dość, że, tak jak ten apartament, jest spełnieniem marzenia o luksusie, to łatwo wchodzi, i po wypiciu butelki wygląda się równie dobrze jak przed. Podobno Marylin Monroe od czasu do czasu wlewała sobie do wanny zawartość 350 butelek Dom Perignon. Hasło "pławić się w luksusie" w tym kontekście nabiera zupełnie innego znaczenia, prawda? Ja nie jestem aż taka wybredna. Wprawdzie mam słabość do celebracji, krochmalonych serwetek i lśniących kieliszków, co gorsza używam rodowych sztućców na co dzień, ale zdecydowanie wolę pić szampana niż się w nim kąpać... Może to być Moet & Chandon, może być prosecco od Clary, może być przyzwoite czerwone wino, choćby pachnący śliwkami merlot. W tym zestawie i tak najważniejsze, żeby Pan Bałtyk był na wyciągnięcie ręki.
dodajdo.com

Kawowe gadżety

Serwis Palce Lizać opublikował wybiórczy przegląd kawowych gadżetów. Wybiórczy, ale niektóre są rozkoszne (jak poniższa krówka), więc polecam Waszej uwadze, podczas gdy ja i I.nna próbujemy się nawzajem wyczekać, która z nas wreszcie zabierze się za opisanie naszej wielce przyjemnej wizyty w Fashion Cafe, wśród przepięknych sukien Riny Cossack ;).

dodajdo.com

I.nna jest winna

Każda butelka jest jak początek nowej opowieści. O tym, że w tamtego roku lato było tak gorące, że winorośle trzeba było nawadniać za pomocą specjalnych kroplówek. Że niektóre odmiany w pewnych miejscach po prostu nie chcą rosnąć i już. O przewadze pinot noir z Burgundii nad tym z Marlborough w Nowej Zelandii (albo na odwrót). I wiele, wiele innych. Mówi się, ze otwierać butelkę wina to prawie tak, jak zaprosić winiarza do domu. Rzeczywiście, może tak być. Trzeba tylko pozwolić się winu oczarować. Zatrzymać się nad nim dłużej, pozwolić mu od czasu do czasu zagrać główną rolę, żeby nie zawsze było tylko towarzyszem posiłku. Pochylić się nad kieliszkiem, powąchać, zastanowić się, co my tu mamy, czym nam to pachnie, z czym się kojarzy... Dziś to będą mokre, jesienne liście, jutro śliwka w czekoladzie, kiedy indziej koszyk jagód. Nie ma złych skojarzeń ani błędnych odpowiedzi.

- Wszystko czego oczekuję od wina, to się nim cieszyć - mawiał Ernest Hemingway. Tylko i aż tyle. Pod tym względem wino ma wiele wspólnego z kawą. W końcu ani wina, ani kawy nie pije się wyłącznie po to, żeby zaspokoić pragnienie. Szczerze? Nie znam się na winie. Nie jestem jedną z tych osób, które mają w głowie kalendarz dobrych roczników i sypią apelacjami z rękawa. Ale nie jest mi obojętne, co mam w kieliszku, potrafię odróżnić bordeaux od burgunda, wiem co nieco na temat szczepów i radzę sobie z dobieraniem wina do posiłków. Odkąd przekonałam się, że to nie jest żadna wiedza tajemna, i że z winem jest dokładnie tak, jak ze sztuką (albo nam się podoba albo nie), piję coraz bardziej świadomie. I wiecie co? Naprawdę lubię wino. Lubię dźwięk korka wyciąganego z butelki i moment oczekiwania na pierwszy łyk. A przede wszystkim - lubię przy winie siedzieć i rozmawiać.

Ktoś mógłby powiedzieć, że niepotrzebnie dorabiam do tego wszystkiego ideologię. Może i tak, ale... Ale ja wierzę, że jest w tym jakaś magia. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że to samo wino smakuje różnie, w zależności od okoliczności? Wiele razy słyszałam, jak ktoś mówił, że przywiózł wino z urlopu,ale ono "tu smakuje zupełnie inaczej". Z winem jak z letnią przygodą - ludzie się spotykają, "głupieją" na miesiąc czy dwa, a potem... trzeba wrócić do rzeczywistości. Rzadko się zdarza, żeby na bazie takiej fascynacji udało się zbudować coś trwałego (nie znam ani jednego takiego przypadku). Flirt z winem trwa jeszcze krócej. Wyobraźmy sobie taką sytuację: jest gorąco, powietrze pachnie upałem, za plecami mamy Bardzo Stare Ruiny/morze/stóg siana, cykady szaleją, zmysły też, no i wino, pite prosto z butelki, bo kto by w takiej chwili myślał o kieliszkach. Smakuje jak nigdy dotąd, więc kupujemy, żeby je wziąć do domu. Tylko, cholera, jakoś pite kulturalnie, z kieliszków, na kanapie przed telewizorem, nie chce smakować tak, jak WTEDY. Trzeba by się zastanowić, czy to naprawdę o wino chodzi, czy o to, żeby móc tę chwilę zatrzymać, żeby móc ten nastrój odtworzyć... Umiecie tak? Ja bez tego siana, morza czy cykad już się tak zachwycać nie potrafię. I dlatego od jakiegoś czasu nie przywożę butelek z wakacji.

A dlaczego piszę o winie na kawowym blogu? Tak naprawdę, poczułam się winna (nomen omen), że Was zaniedbuję przez nową pracę (związaną z winem), która pochłania mnie bez reszty. Ale ogarnę się, obiecuję ;)
dodajdo.com

Gościnnie, o Norwegii

Każdy, kto z moich bliskich czy znajomych wraca "skądś", musi być przygotowany, że prędzej czy później (raczej prędzej) padnie pytanie: "A kawę piłaś/eś?" Tym razem odpowiedź przyszła, zanim pytanie zostało zadane. No cóż, znamy się z J. już jakiś czas ;)
Oddaję mu dziś głos, a sama jeszcze tylko powiem, że mimo tęsknoty za słońcem i wiosną, nie przestaję się zachwycać białym krajobrazem.

Norwegia to dziwny kraj. Dośc powiedzieć, że ich król Harald V, mimo ponad 74 lat na karku, wciąż startuje w zawodach żeglarskich (w 2005 roku został mistrzem Europy)!
Co jeszcze trzeba wiedzieć o Norwegii? Nie należy do Unii Europejskiej, przynaje pokojowego Nobla, ma najlepszego łososia na świecie i najlepiej biegające na nartach astmatyczki.
Aha, i największe na świecie spożycie kawy na osobę! Trudno się zresztą dziwić: generalnie jest zimno, ciemno, mgliście i dość ponuro. Trudno szukać ukojenia w alkoholu, bo akcyza jest tak droga, że piwo w sklepie kosztuje minimum 35 koron (1 korona to 50 groszy), w pubie od 70 wzwyż, a wino i mocniejsze trunki są jeszcze droższe. Tymczasem kawa – wręcz przeciwnie. W restauracji czy kawiarni espresso kosztuje około 20 koron, więc tak naprawdę niewiele więcej niż w Polsce. Inna sprawa, że ceny przerażają głównie przyjezdnych – przeciętna pensja w Norwegii to około 30 tysięcy koron miesięcznie, więc idzie przeżyć...


Norwegowie przykładają dużą wagę do tego, co jedzą i piją. W sklepach trudno znaleźć kawę bez znaczka fair trade, ze smakiem takiej kupnej i parzonej w filtrze też jest bardziej niż przyzwoicie. Widać sporo sklepów z ekspresami i dużo kawiarni. Co ciekawe, biorąc pod uwagę tutejszy klimat, znacznie ostrzejszy niż u nas, wszystkie lokale oferują także... stoliki na zewnątrz! I to przez cały rok, nawet przy kilunastostopniowych mrozach! Nad stolikami wiszą takie lampo-kaloryfery, które sprawiają, że jest na tyle ciepło i przyjemnie, na ile to możliwe. Przyznam szczerze, że to ciekawe doświadczenie siedzieć przy stoliku na zewnątrz przy temperaturze niższej o 20 stopni niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

Jeszcze tylko słówko o łososiu: jest genialny! Sprzedają go tu paczkowanego z gwarancją, że w ciągu 4 godzin od złowienia już jest zapakowany. - Jeśli chcesz świeższego, musisz sobie sam złowić – powiedziano mi w sklepie. Aha, oczywiście ja nie mówię po norwesku, ale tutaj każdy mówi po angielsku. Każdy! Tramwajarz, sklepikarz, śmieciarz... Imponujące. Żeby jeszcze nie było tak drogo... Albo jeszcze lepiej – żeby u nas przeciętna pensja też wynosiła 30 tysięcy koron. Amen!
J. 
dodajdo.com

Kawowy jutro w eterze

Jeśli mielibyście ochotę spędzić z nami sobotnie przedpołudnie, to obie będziemy jutro od 10.00 do 11.00 na antenie Radia Dla Ciebie, mazowieckiej rozgłośni Polskiego Radia.

Podczas wejść antenowych będziemy sprzedawać sposoby na zrobienie w domu dobrej kawy. Będzie trochę o sprzęcie, o produktach, trochę historyjek z Kawowego. Słowem, stali czytelnicy nie będą zaskoczeni;)
Zachęcamy do kibicowania. Radia można posłuchać online na stronie www.rdc.pl.
Do usłyszenia!
Magdaro&I.nna
dodajdo.com

Która dla Ciebie?

Przyznam, że ja w taki mróz mam ochotę poeksperymentować z Siberiano...
 
Podesłała Malwa. Dzięki :)
dodajdo.com

Mamma mia

O mamma mia, to u Was trzeba rezerwować? Nie wiem, która z nas była bardziej zdziwiona - czy ja, że w takim małym, niepozornym lokalu bardzo wskazane jest rezerwowanie stolika, czy pani w bistro Mamma mia, że mi to nie przyszło do głowy. W niedzielę o 14 jakimś cudem znalazł się dla nas wolny stoliczek, ale już wiemy, że następnym razem wizytę w bistro trzeba zacząć od telefonu. A następne razy oczywiście będą. Uwaga, uwaga... Nie liczcie na obiektywizm. Jestem absolutnie oczarowana tym miejscem - kuchnią, klimatem i przesympatyczną obsługą.

Pierwsze skojarzenie - francuskie bistro. Po chwili przychodzi refleksja, że jednak nie, że to typowo włoska knajpka dla tubylców. Tak naprawdę, to coś pośredniego. Kuchnia - domowa, inspirowana smakami regionów śródziemnomorskich. Jest duży wybór makaronów, są naleśniki, bruschetty i bardzo apetycznie wyglądające desery. Menu jest ruchome - jednego dnia jest lazania, innego grecki pilaw. Dziś jadłam zapiekany makaron ze szpinakiem i pleśniowym serem, a mój towarzysz - czerwone papardelle z suszonymi pomidorami, szynką parmeńską i sosem śmietanowym. Obie pozycje godne polecenia, ale uwaga - jeśli to randka, to ze względu na ilość czosnku nie zamawiajcie tego, co ja ;)

Jakby nic z karty wam nie pasowało, zawsze możecie zamówić coś specjalnego (nie zaszkodzi, jeśli będziecie przy tym sympatyczniejsi niż czwórka, która siedziała przy sąsiednim stoliku i na wszystko narzekała). A tak naprawdę w Mamma Mia Bistro powodów do narzekań jest wyjątkowo mało. Kawa też do nich nie należy, a desery są super (ten z ciasta francuskiego z owocami jest genialny!).

Mammia mia! Bistro
Warszawa, Ul. Berezyńska 27
Tel: (+48) 22 617 58 08
dodajdo.com

Kawa jest. Ale nie dzisiaj.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jedne lokale pękają w szwach, podczas gdy inne świecą pustkami? Nie jest to oczywiście problem, który spędza mi sen z powiek - ale muszę przyznać, że fenomen niektórych miejsc mnie zadziwia. Moja przyjaciółka zwykła mawiać, że "prawdziwy talent zawsze się obroni" i choć to powiedzenie miało pocieszać nas obie przed egzaminem czy w trakcie szukania pracy, to myślę, że i w gastronomii się sprawdza. Niekoniecznie musi chodzić o talent szefa kuchni czy baristy, czasem wystarczy dobrze pomyślany marketing.

W mojej najbliższej okolicy są dwie restauracje. Pikanteria i Orientalne smaki. Jestem pewna, że już ze względu na nazwę większość wybrałaby Pikanterię. Też tak zrobiłam. A jak już weszłam raz, to przekonali mnie do siebie na tyle, że wracam. Mam tam kilka swoich ulubionych pozycji. Po pierwsze - oscypek w dobrym towarzystwie (14 zł), czy raczej placki ziemniaczane w towarzystwie oscypka i żurawin. Bardzo dobre i porcja na tyle duża, że niekonieczne musi być przekąską. Lubię tam wpadać na pierogi -  mają siedem rodzajów i ciągle nie mogę się zdecydować, które najlepsze, choć na razie w rankingu prowadzą te ze szpinakiem (14,00 zł). Jeśli chodzi o dania główne, to ostatnio jadłam żeberka BBQ (20 zł), ale sos jakoś mnie nie zachwycił, jak dla mnie przyciężki, zbyt intensywny. Prawdziwym hitem jest żurek (7zł) i polecam go nawet tym, którzy za żurkiem nie przepadają - może się przekonają?

Niestety, nie można mieć wszystkiego. Kawa i desery to najsłabszy punkt programu, nie zasługują na więcej niż 3+. Może nie należy się tak rozpędzać, może trzeba sobie przypomnieć, że to nie kawiarnia, tylko niezobowiązująca restauracja i drink bar, i że tam się chodzi na obiad i piwo, a nie na kawę... Ale jak jest dobrze, to chciałoby się, żeby było jeszcze lepiej.

Efekt jest taki, że w Orientalnych Smakach byłam do tej pory raz. I nie wrócę. Nie tylko dlatego, że naprzeciwko jest Pikanteria. W OS serwują... No właśnie, nie wiadomo co. Z założenia ma to być kuchnia mongolska, ale... są też schabowe i piersi z kurczaka. Pierwsze wrażenie - zimno i pusto. Drugie - mogliby wyprać siedziska. Trzeci - kelnerka z twarzą kapiącą od makijażu kojarzy się raczej z trasą Warszawa-Katowice, a nie obsługą restauracji. I wreszcie jedzenie. Zamówiłam cujwan (makaron naleśnikowy, kilkanaście zł) z wołowiną. Nie wiem, jak to smakuje w Mongolii, ale myślę, że inaczej. Moje danie było poprawne, ale niczym mnie nie zaskoczyło i nie smakowało ani na tyle orientalnie, ani na tyle dobrze, żebym miała ochotę tam wrócić. A kawa? "Kawy nie ma." "Tzn. jest, ale nie dzisiaj." Uhm.

Co się stało z lokalem, którym swego czasu tak się zachwycił Maciej Nowak? Najróżniejsze bary i knajpki z kuchnią orientalną w innych miejscach przyjęły się na tyle, że nie może chodzić tylko o obawy przed spróbowaniem nowego. W Pikanterii w weekendy trzeba rezerwować stolik - więc lokalizacja nie może być wymówką. Wydaje mi się, że zniechęca ogólne wrażenie bylejakości. Szyld jest mało widoczny, okna zasłonięte i wieczorami można mieć wątpliwości, czy to w ogóle działa. Ludzie nie przychodzą, więc jest coraz gorzej, więc ludzie nie przychodzą... i koło się zamyka. Szkoda.

Pikanteria
Saska Kępa, ul. Walecznych 68a
http://www.pikanteria.waw.pl/

Orientalne Smaki
ul. ul. Walecznych 61 (róg Londyńskiej)
dodajdo.com

Się je ryby w Gdańsku

Przy trasie Warszawa-Gdańsk, w okolicach Nidzicy, zwraca uwagę szyld "Się je ryby we Frąknowie". Mogłabym powtórzyć to hasło z niewielką zmianą - się je ryby w Gdańsku. Pobiłam ostatnio swój własny rekord, jedząc przez trzy dni z rzędu ryby na śniadanie, obiad i kolację.

Gdzie? Najpierw U Chiefa - Gdańsk-Brzeźno, adres chyba od Hallera, na wysokości zejścia na plażę nr 50. Doszłam jakiś czas temu do wniosku, że ze wszystkich ryb najbardziej na świecie lubię smażoną flądrę, więc pierwszego dnia nad morzem nie mogłam zamówić nic innego. I dobrze, bo była znakomita. Zajrzyjcie do "szefa", jeśli będziecie w okolicy, warto.

Tawerna Dominikańska (ul. Targ Rybny 9). Trafiliśmy tam nieprzypadkowo. Podobno ten lokal wystąpił w  "Kuchennych rewolucjach" Magdy Gessler i nasi gdańscy znajomi, z którymi byliśmy umówieni na obiad, chcieli przekonać się na własne oczy, jak tam teraz jest. Zgadnijcie, co zamówiłam? Oczywiście, flądrę z patelni. Flądra jak flądra, ciekawszy od samej ryby był sposób jej podania. Dosłownie, na patelni. Zdarza mi się czasem w domu wyjadać coś prosto z garnka, czy patelni, ale w restauracji? Programu nie widziałam, ale pachnie mi to Magdą Gessler na kilometr.
Oprócz flądry zamówiliśmy jeszcze dorsza, łososia, sałatę z kurczakiem - nikt nie narzekał, obsługa była miła, ceny niewygórowane, jedyny zarzut, to toalety - dwie na tak duży lokal to trochę mało... Pod obiema były kolejki przez pół wieczoru.

Rybki na śniadanie i kolację kupowaliśmy w sklepie Rybka (w Brzeźnie, obok Biedronki), podobno kultowym w Trójmieście.  W sobotę przed południem stałam chyba z pół godziny w kolejce, zanim w końcu kupiłam to, po co przyszłam. Oprócz ryb mają tam wszelkiego rodzaju "przetwory" - ryby puszkowane, w galarecie, krokiety, pulpety, sałatki, pasty itd. Wyrób własny, do spożycia w ciągu 24 godzin. Tatar z łososia, pasta z makreli, śledzie w sosie tatarskim... Wszystko było tak dobre, że na samo wspomnienie robię się głodna.

Wrażeń kawowych nie mam zbyt wiele. Wybaczcie - zauroczona morzem o tej porze roku, wolałam się włóczyć po plaży niż po mieście. Przy okazji spaceru po Starówce, wstąpiliśmy do Indygo (Piwna 16), ale doppio było przepalone, a czapa piany na cappuccino wyglądała, jakby ją ktoś zrobił z płynu do mycia naczyń. Nie polecam więc, choć miejsce sprawia przyjemne wrażenie, i gdyby kawa była choć trochę lepsza, to miło by było zapaść się w jednym z tych wielkich foteli obitych pluszem w kolorze indygo i patrzeć przez okno na padający śnieg.

O wiele lepiej wypadło Segafredo nad Motławą (Targ Rybny 11, między Basztą a Żurawiem). Nie wiem jak smakuje tam klasyka gatunku, czyli espresso czy cappuccino, ale mezzo mezzo (kawa pół na pół z czekoladą) i czekolada z rumem były bardzo dobre. I jeszcze coś - na jednej ze ścian wisi tablica z nazwami miast z całego świata. Prosta dekoracja, ale jaka inspirująca. Od razu zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie byliśmy, dokąd chcielibyśmy pojechać i dlaczego.
dodajdo.com

Gdańsk

Flądry, makrele i śledzie. No i łosoś, oczywiście bałtycki. Wrzaskliwe mewy. Łabędzie jedzące wczorajszy chleb z ręki. Gaudi, szalejący na plaży. Uszy rozwiane, jęzor wyciągnięty do pasa - pełnia szczęścia. Apartament z widokiem na morze (ach!). Morze, każdego dnia inne - raz spokojne, jakby to było letnie, leniwe popołudnie, następnego dnia granatowe, z falami sięgającymi kilka metrów wzwyż. Puste plaże. Poczucie przestrzeni, ograniczonej jedynie przez horyzont. Zapach wolności w powietrzu... Gdańsk zimą jest fantastyczny. Nie jestem z tym miastem w żaden sposób związana, a jednak mam wrażenie, że jest trochę "moje".

dodajdo.com

Na kawę do Corner Cafe

Jakiś czas temu przyszedł do mnie taki mail:
Witaj! Ta wiadomość trafiła do Ciebie, gdyż osoba która Cię zna, postanowiła sprawić Ci przyjemność i ufundowała Tobie Ekskluzywne Zaproszenie na Kawę.
Korzystając z serwisu Na-Kawe.pl Twój Znajomy wysłał Ci Zaproszenie do kawiarni, której wybór pozostawił Tobie.


Potem trzeba było wybrać kawiarnię z listy podanej na stronie i wydrukować kupon uprawniający do odbioru kawy.

Wybrałam, wydrukowałam, schowałam w portfelu i... zapomniałam o jego istnieniu. Na szczęście wpadł mi w oko na chwilę przed upływem terminu ważności i rzutem na taśmę zdążyłam do Corner Cafe na cappuccino od teamu na-kawe.pl

Powtórzę jeszcze raz, żeby nikomu nie umknęło, bo warto zapamiętać - Corner Cafe, na Wilczej. Bardzo tam ładnie i przestronnie, estetyka taka, jak lubię. Może trochę brakuje temu wnętrzu charakteru, ale to tylko taka luźna uwaga, której nie należy zbytnio brać do serca, bo to samo można by powiedzieć o moim mieszkaniu... Tak chyba jest z nowymi miejscami, że trzeba je "oswajać" swoją obecnością przez dłuższy czas, a pół roku to przecież tyle co nic.

Ale do rzeczy... Moje capu - rewelacyjne, naprawdę polecam z czystym sumieniem najbardziej wybrednym kawoszom. Dobre są też czekoladowe ciastka i jabłecznik, który smakował mi gruszkami, i kawa piernikowa, na łyk której również się załapałam.

Co do samego przedsięwzięcia na-kawe.pl - trzymam kciuki jak zawsze, kiedy w grę wchodzi promocja kawowego stylu życia.  Twórcy tego przedsięwzięcia przekonują, że to propozycja uniwersalna - dla ludzi, którzy traktują zaproszenie na kawę, jako propozycję spokojnej i miłej rozmowy, okazję do spotkania, formę podziękowania, miły gest, sposób na pierwszą randkę, wdzięczność biznesową itd.
Ciekawa jestem, co Wy sądzicie na ten temat? Tak się zastanawiam... czy nie prościej po prostu wysłać maila z propozycją spotkania?

Corner Cafe
ul. Wilcza 50/52, Warszawa
www.cornercafe.pl
dodajdo.com

Gdzie na kawę w Trójmieście?

Gdańsk mnie woła, morze na mnie czeka... Byle do piątku!
Walizka już prawie spakowana, co - biorąc pod uwagę, że zawsze wszystko robię na ostatnią chwilę - jest niezłym osiągnięciem. I teraz zastanawiam się, gdzie szukać w Trójmieście dobrej kawy? Najlepiej w ładnym miejscu i z przyjazną atmosferą, niekoniecznie z widokiem na morze. Jeśli są takie knajpki, o których myślicie, że warto zajrzeć, dajcie znać. Będę wdzięczna.
dodajdo.com

Zwiastun dokumentu "Blogersi"

Dzisiaj temat luźno związany z Kawowym, ale może część z Was zainteresuje. W południe w sieci pojawił się zwiastun filmu dokumentalnego "Blogersi" - możecie go zobaczyć pod tym linkiem oraz poniżej.

Na Blog Forum Gdańsk Jarek Rybus, pomysłodawca i autor filmu, pokazywał nam niezmontowane jeszcze fragmenty. Bohaterami są znani blogerzy, no, może dzisiaj już mniej blogerzy a bardziej one-man-company (Kominek, Mediafun, AK74), a dyskusja toczy się wokół wyeksploatowanego już tematu blogerzy vs dziennikarze. Ale i tak cieszę się, że taki materiał powstaje. Przede wszystkim dlatego, że mimo wszystko u osób nie czytających blogów pokutuje przekonanie, że to "internetowe pamiętniki", a blogerzy to "niespełnieni dziennikarze". A jednostkom jeszcze bardziej nieświadomym potencjału internetu film może pokazać, że głos tzw. szarego obywatela, jeśli go odpowiednio "zmotywować", może mieć w internecie taką sama siłę jak głos dziennikarza (co bardzo irytuje np. red. Żakowskiego).
Mówiłam to już w audycji u Barbary Marcinik, ale powtórzę swoje zdanie tutaj. Internet odebrał mediom tradycyjnym monopol na przedstawianie świata i zdemokratyzował media w ogóle. Dzisiaj każdy z nas, jeśli ma taką potrzebę, może być, że sie tak fachowo wyrażę, nadawcą w komunikacji masowej - np. my z I.nną chciałyśmy mieć miejsce na dyskusje o kulturze picia kawy, więc zamiast czekać, aż któraś telewizja/gazeta/rozgłośnia radiowa zrobi łaskawie materiał na ten temat, założyłyśmy Kawowego. Co wcale nie znaczy, że czujemy się niespełnionymi dziennikarkami czy że w ogóle mamy takie ambicje (bo nie mamy). Blogi znalazły sobie miejsce w niszy i jako całość (bo nie odpowiadam za ambicje poszczególnych blogerów) absolutnie nie konkurują z mediami tradycyjnymi, ale za to świetnie je uzupełniają. Takie jest moje zdanie.
A co Wy myślicie na ten temat? Czego szukacie dzisiaj w mediach tradycyjnych a czego na blogach? Jakie są zalety jednych i drugich? Podyskutujemy?


dodajdo.com

Gadżet miesiąca: french press BRAZIL od Bodum

Odkąd mam własną kuchnię (no dobra, jej część należy jeszcze do banku), zostałam gadżeciarą. Ostatnio poszukiwałam dobrego french pressu, który przy okazji cieszyłby oko i pasował do kuchni. Musiał zatem być dobrej jakości i pomarańczowy!

Lubię monochromatyczne wnętrza i detale w energetyzujących kolorach. W kuchni kręci mnie pomarańczowy - drobiazgi w tym kolorze są dobrymi towarzyszami poranków. Ucieszyłam się więc, że Bodum w swojej serii french pressów BRAZIL ma ten kolor. Kupiłam sobie wersję "kieszonkową", na trzy filiżanki. I oto moje wrażenia:

1. Moim zdaniem kawa na pewno lepsza niż z ekspresu przelewowego. Nie wiem co jest z tymi przelewowymi, ale ja zawsze wyczuwam tam jakiś specyficzny posmak i nie smakuje mi ten rodzaj kawy. Może to kwestia modeli, z których kawę testowałam, a może rzeczywiście proces przygotowywania kawy w ekspresach przelewowych zawsze nadaje im ten charakterystyczny smak. Nie mówię, że zły. Mówię, że mi nie odpowiada. Za to kawa z french pressu - jak najbardziej. Smaczna, aromatyczna i bez fusów.
2. Do french pressu nie możemy wsypać zwykłej mielonej - mam na myśli kupionej, zapaczkowanej mielonej kawy. W większości przypadków taka kawa jest bardzo drobno zmielona i french press może się przytkać, co skutkuje często tym, że zostaniemy opryskani wrzątkiem. Polecam kupienie kawy grubo zmielonej albo po prostu zmielenie kawy przed zaparzeniem w młynku, który możemy sobie odpowiednio skalibrować (ja mam na przykład 30-letni drewniany ręczny młynek po rodzicach i daje radę). Jeśli kupujecie kawę na wagę, to zawsze można poprosić o grubo zmieloną.
3. Przygotowanie: wsypujemy porcję kawy, zalewamy wrzątkiem, mieszamy lekko łyżką, żeby zatopić fusy, a następnie zakładamy pokrywkę z tłokiem podciągniętym do góry. Po ok. 4 minutach powoli (!) naciskamy tłok, aż poczujemy opór. I gotowe.
4. Ważne: producent sugeruje, że urządzenie o pojemności 0.35l wystarczy na 3 filizanki. W rzeczywistości napar z napełnionego french pressu wystarcza na 3 napełnione w 2/3 zwykłe filżanki. Na szczęście nauczyłam się tego wcześniej na przykładzie moki, więc byłam na to przygotowana (poza tym potrzebowąłam french pressu dla dwojga), ale warto o tym wspomnieć.
5. Brazil się świetnie myje. Łatwo go zdemontować: szklany dzbanuszek wyjmujemy z uchwytu, sitko rozkręcamy i wszystko opłukujemy lub wrzucamy do zmywarki. Prościzna.
6. No i na koniec: czyż nie jest ładniutki? Pod tym linkiem możecie obejrzeć wszystkie kolory z serii Brazil. Większość z nich można kupić u Pawła na Wloskieespresso.pl, gdzie ja kupiłam swój egzemplarz. Widzę dzisiaj, że Brazil nie są tam wystawione, ale myślę, że wystarczy mail do Pawła i po kilku dniach ten miły gadżet będzie cieszył podniebienie i oko.

A o french pressie pomyślałam również dzięki - moim zdaniem genialnej! - czołówce serialu Dexter, od którego aktualnie nie mogę się oderwać. Zresztą, sami ją zobaczcie.
Smacznego!
Magdaro


dodajdo.com

Kawowy mikrokosmos. Audrey Heller.

Czy jest choć jedna osoba, która przynajmniej raz w życiu nie siedziała nad brzegiem jeziora, machając stopami nad taflą wody? Mnie nawet czasem śni się, że siedzę beztrosko na pomoście  i jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych snów, bo nic się w nim nie dzieje - po prostu jest dobrze. A potem, w dobrym towarzystwie, rozpalam ognisko i robi się troszkę gorąco. Ognisko na pomoście, drewnianym pomoście... Dobrze, że to tylko sen. Szkoda, że zawsze kończy się w najciekawszym momencie.

O czym myśli Audrey Heller, fotografując świat w skali makro? Czy śni jej się, że siedzi nad brzegiem cappuccino? Albo nurkuje w talerzu mleka? Któż to może wiedzieć. Trzeba jednak przyznać, że wyobraźnię ma imponującą. Zresztą zobaczcie sami. Kawowa "seria" poniżej, natomiast więcej zdjęć znajdziecie na www.audreyheller.com

 
  
 
dodajdo.com

Jasne, że nie po to

zuch.blox.pl
dodajdo.com

Notatki znad filiżanki

- Chodźmy do kina.
- Ale do kina, czy na film?

Ot, dylemat. Znany chyba każdej parze, nie jest całkiem pozbawiony sensu również w odniesieniu do kawiarni. Zwykle "chodźmy na kawę" nie oznacza konieczności dostarczenia odrobiny kofeiny do organizmu, tylko chęć spędzenia razem czasu. W każdym razie moje "chodźmy na kawę" może oznaczać milion rzeczy: "chciałabym ci o czymś opowiedzieć", "spotkajmy się same, bez naszych facetów", "nie chce mi się siedzieć w domu", "dawno nie pisałam na Kawowym", a nawet "stęskniłam się za tobą". A jak już jestem przy stoliku, nie mogę się powstrzymać od obserwowania ludzi.

1.
Przyszła co najmniej 15 minut za wcześnie. Zdążyła zamówić latte, dwa razy zmieniała miejsce, aż w końcu usiadła tak, żeby mieć widok na wejściowe drzwi i kawałek ulicy. Wygładziła wszystkie nieistniejące fałdki na sukience, poprawiła włosy. Jest taka pachnąca i wyprasowana... nie wpadła tu na kawę po pracy. Mogę się założyć, że spędziła z pół godziny przed lustrem zastanawiając się, w co się ubrać, żeby jednocześnie świetnie wyglądać i nie robić wrażenia wystrojonej. Nie ulega wątpliwości, że na kogoś czeka. Nie, to nie jest dobre określenie. Ona nie czeka, ona cała JEST czekaniem. Można z niej czytać jak z menu, widać ekscytację i odrobinę zdenerwowania. Gdyby była bohaterką jakiegoś filmu, pewnie już zaczęłabym się z nią utożsamiać, w końcu znam to doskonale. Poza tym ma oficerki w kolorze świeżych kasztanów, zupełnie takie jak moje. Domyślam się, że ma bardzo szczupłe łydki i pewnie miała problem ze znalezieniem ładnych butów, które mają na tyle wąskie cholewki, że nie wyglądają na niej jak kalosze po starszej siostrze.

Jest wreszcie. Siedzę tyłem do drzwi, ale widzę to "wreszcie" w jej oczach. Rzut oka i już wiem, że nie tylko buty podobają nam się takie same. Jest duży, ma mocno zarysowaną szczękę i łobuzerski uśmiech. Staje na palcach i całuje go w policzek na powitanie, on ją mocno przytula. Siadają przy sąsiednich bokach stolika, ona coś opowiada z przejęciem, jest taka radosna; aż jej trochę zazdroszczę tego stanu. W pewnym momencie on poprawia jej grzywkę, choć grzywka jest na swoim miejscu i wcale nie trzeba jej poprawiać. Ona jakby trochę zaskoczona tym gestem, odsuwa się i opiera o oparcie krzesła. Ale po chwili nachyla się jeszcze bliżej, zwraca się ku niemu całym ciałem i widzę, że nawet stopy po stolikiem wyciąga w jego stronę. To jeszcze flirt, czy już gra wstępna? Bawi się sytuacją i robi to specjalnie, czy są to sygnały wysyłane bez udziału świadomości? I czy on będzie umiał je odczytać? Wydaje się taki sympatyczny, żałuję, że nie mogę mu powiedzieć "chłopaku, nie spieprz tego, ona już jest Twoja, choć może jeszcze sama o tym nie wie".

2.
Gimnazjalistki. Jedna "zwyczajna", druga blond niunia spalona na solarium, do stereotypowego wizerunku brakuje jej tylko białych kozaczków. Są tak do siebie niepodobne, że dziwię się skąd biorą wspólne tematy do rozmów. Blondi coś opowiada, co chwila wybuchając śmiechem. Zwyczajna mówi niewiele, od czasu do czasu kiwa głową potakująco. W końcu zamawia cappuccino. Co dla Pani? - pyta blondynkę baristka. Blondi kręci głową i nie zamawia nic, mówiąc, że nie pije kawy, bo kawa jest niezdrowa. Czytała (!), że kawa wypłukuje magnez i wapń i powoduje choroby serca. Idą do stolika, a Blondi wyciąga z torby red bula.

3.
Oboje bardzo elegancko ubrani, każde z nich z własną skórzaną teczką pełną Bardzo Ważnych Dokumentów. On ma nienagannie skrojony garnitur i spinki w mankietach, ona kołysze biodrami ostrożnie stawiając kroki na niebotycznie wysokich obcasach. Mają pewnie 35-40 lat. Każde z nich przyjechało własnym samochodem (ciekawe, ile ona ma par butów w swoim), on pomaga zdjąć jej płaszcz, ona jemu podaje menu. Po chwili pytają kelnera o danie dnia.

Ale wie pan, to musi być coś specjalnego, bo i okazja jest wyjątkowa... To może łosoś pieczony z... - Ona i kelner zaczynają mówić w tym samym momencie, kelner milknie, ona kończy, jakby go w ogóle nie słyszała: ...właśnie wyszliśmy ze sprawy rozwodowej. Kelner wyraźnie skonsternowany, nie wie, czy mówić dalej o tym łososiu, pogratulować zakończenia nieudanego związku czy może raczej powiedzieć "bardzo mi przykro". Współczuję mu, pewnie też bym nie wiedziała. Ale coś chyba powinien powiedzieć - niby zdanie rzucone od niechcenia, ale jednak widać, że czeka na reakcję. W końcu zamawiają, ale nie łososia, tylko comber z sarny marynowany w burgundzie i kaczkę w sosie truskawkowym. A ja nadal studiuję kartę i widzę, że jest też pozycja pt. pieróg z Pacanowa.
dodajdo.com

"Ostatnia noc w Twisted River" albo pocałunek wilka

W ostatnim Magazynie Bardzo Kulturalnym w radiowej Trójce dr Jan Zając przekonywał prowadzącą, redaktor Barbarę Marcinik, że internet nie tylko nie zabija kultury, ale wręcz przeciwnie: zachęca do konsumpcji różnych jej obszarów. Stali czytelnicy Kawowego zgodzą się, że my tutaj też czasami zachęcamy się wzajemnie do konsumpcji książek, muzyki czy filmów. I dzisiaj chciałabym Wam polecić nową pozycję do skonsumowania lub podarowania komuś na święta - książkę o przeznaczeniu, przypadkach, męskiej przyjaźni i gotowaniu.

John Irving uwiódł mnie dawno temu. I wcale nie "Światem według Grape'a", lecz "Regulaminem tłoczni win" i "Jednoroczną wdową". Bez namysłu sięgnęłam zatem po jego najnowszą powieść, "Ostatnią noc w Twisted River".
Jestem już po lekturze opasłego tomiska. I cierpię. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zakochać w bohaterze literackim. Zajrzałam jednak na stronę fanów Irvinga na Facebooku i odetchnęłam z ulgą. Nie tylko ja chciałabym być na miejscu Six-Pack Pam, a jeszcze lepiej Rosie - kobiet Ketchuma - nieokrzesanego flisaka, niepoprawnego politycznie i obyczajowo, absolutnie niereformowalnego wybuchowego trapera (zapewne moja słabość do wysokich meżczyzn nie jest tu bez znaczenia). Irving jest mistrzem budowania postaci - w książce zresztą pojawia się fragment o tym, że fikcyjni bohaterowie są dużo ciekawsi niż prawdziwi ludzie.
Ale nie przez Ketchuma polecam Wam dzisiaj "Ostatnią noc w Twisted River". Zresztą, Irvingowi udała się ciekawa rzecz: ta książka nie ma jednego głównego bohatera. Być może wcale nie będziecie, jak ja, wyczekiwać, aż na kartach powieści pojawi się Ketchum. Może za głównego bohatera uznacie kucharza Dominica Bacciagalupo vel Poppolo vel Tony'ego Angela. Lub jego syna Daniela, pisarza, w którym dostrzegam alter ego Irvinga, dyskutującego od czasu do czasu z czytelnikiem.
Nie będę Wam odbierała przyjemności czekania na punkt kulminacyjny, jak to czynią wydawcy, umieszczając zbyt wiele mówiące opinie na okładce książki. Powiem jedynie, że to opowieść o męskiej przyjaźni, przypadkach, które rządzą naszym życiem, przeznaczeniu, od którego nie można uciec, gotowaniu, które jest czymś więcej niż przygotowaniem posiłku, podróży przez różne kraje i miasta; jest też o sztuce pisania książek i o tym, ile w nich jest fikcji, a ile doświadczeń autora.
Uzasadnieniem polecania Wam tej książki właśnie na Kawowym są misternie wplecione w fabułę historie kulinarne. Skromny włoski emigrant uchyla od czasu do czasu rąbka tajemnicy, zdradzając sekrety najlepszego ciasta na pizzę (z dodatkiem miodu), a czasami całe przepisy z kuchni włoskiej i azjatyckiej.
Znajdziemy w "Ostatniej nocy..." i akcent kawowy. Mój ulubieniec Ketchum konsekwentnie do końca życia przygotowywał kawę na sposób flisacki - zmieloną gotował wraz ze skorupkami jajek, które "przyklejały" fusy do siebie.
Chętnie bym podyskutowała z kimś z Was, kto już czytał "Ostatnią noc w Twisted River". O czym, Waszym zdaniem, jest ta książka? I o kim? I czy do Was ównież, po skończeniu lektury, wracały konkretne zdania lub zgoła całe fragmenty ksiażki, ukazując swoje nowe znaczenie?
I chociaż zakończenie wydało mi się nieco nierealne, bo moja wiara w przeznaczenie nie jest aż tak bezgraniczna, to jednak zastosowana przez Irvinga klamra narracyjna wynagradza mi to w zupełności. Dzięki niej książka mówi do mnie jeszcze teraz, mimo, że czeka już na kolejnego czytelnika.
Gorąco polecam!
Magdaro
dodajdo.com