Gdzie na kawę w Krakowie?

Byłam w tym mieście ledwie kilka razy w życiu, zwykle przejazdem, i jakoś żadna z odwiedzonych kawiarni nie utkwiła mi w pamięci jako godna powrotu. Podobno tak to, niestety, z Krakowem jest - łatwiej w tamtejszych kawiarniach o klimat, niż o dobrą kawę.

W najbliższy weekend, przy okazji ślubu Magdaro, będę w Krakowie.:) Jeszcze nie wiem, jak to będzie wyglądało czasowo, ale do jakiejś kawiarni na pewno się wybiorę. I stąd moje tytułowe pytanie... Co polecacie w Krakowie? Gdzie warto zajrzeć na kawę?
dodajdo.com

W deszczu cafe

Tak się ostatnio pechowo składa, że ilekroć umówię się z kimś na kawę, zaczyna padać. Nie, padać to mało powiedziane. Od kilku dni w Warszawie w okolicach godz. 17.30 leje jak z cebra. Nie inaczej było wczoraj.

Z racji tego, że znów jestem słomianą wdową (J. na Wimbledonie wcina truskawki), i mam sporo wolnego czasu, nadrabiam zaległości towarzyskie. Plan był taki - zaprzyjaźniona para wpada do mnie na kolację. Ale w międzyczasie na moją klatkę schodową wparowali robotnicy. Wiercą, kują, tynkują, gładzą i malują - cholera ich wie, dlaczego wykonują te czynności jednocześnie, ale efekt jest taki, że wszystko spowite jest białym pyłem. Syf straszny, hałas jeszcze gorszy.... Głupio tak zapraszać gości na plac budowy, więc umówiliśmy się na mieście, pod Rotundą. Zanim dotarłam na miejsce, okazało się, że oni już są, i czekają w kawiarni, "bo zimno i pada". W której? "W biegu cafe", koło Domów Centrum. Po cichu liczyłam na jakąś knajpkę na Chmielnej, ale jak pada, to co robić...

Do tej pory byłam tylko raz w kawiarni tej sieci, na Puławskiej, w Europlexie. Dawno to było, więc wrażenia mi się nieco w pamięci rozmyły, ale kojarzy mi się, że było miło, że kawa niezła, a kanapka jeszcze lepsza. Zachwycona na pewno nie byłam, bo jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby tam wrócić, a po ostatnich opowieściach Magdaro (raz dostałam wode o smaku kawy(...), za drugim razem siedziałam w ogródku z byłym dyrektorem 40 minut i nikt do nas nie podszedł, a ostatnio jak zamówiłam kawę i pani wlała za dużo piany, to ściagnęła ja ręką (!!!), a kubek wytarła mokrą szmatą ze zlewu) to jedna z ostatnich pozycji na liście miejsc, które miałabym ochotę odwiedzić.

Niestety, mam złe wiadomości. W "W biegu cafe" na Marszałkowskiej wcale nie jest lepiej. Żeby wejść do sali na górze, trzeba było minąć dwa wiadra z brudną wodą i mopami. W środku tłok, kilkanaście stolików, przy każdym kilka osób. Duszno, klima jak widać (i czuć) nie działa tak, jak powinna. Przejrzałam kartę, przy czym od razu zostałam uprzedzona przez moich towarzyszy, czego nie zamawiać, bo nie ma. ;) To po co taka karta, w której nie ma połowy pozycji? No nic. Poczekaliśmy jeszcze ze 20 min na obsługę, po czym przyczłapała dziewczyna, z kwaśną miną i tłustymi włosami. Obraz nędzy i rozpaczy, którego dopełniały turkusowe skarpetki, jaskrawo odcinające się od czarnych rajstop i czarnych butów. Ja rozumiem, że ona jest zmęczona, że jej też jest gorąco, i że obsługa kilkunastu zatłoczonych stolików to może być trochę za dużo jak na jedną osobę. Ale prawda jest taka, że u mnie z taką miną nie pracowałaby nawet jednego dnia. I to wcale nie dlatego, że taka wredna jestem. Po prostu uważam, że nie każdy się nadaje do pracy z ludźmi.

Zamówiłam doppio (6 zł) i kruszonkę z leśnymi owocami (11 zł). Ania latte z lodami, Łukasz już był po kawie, więc poprosił o piwo. Minęło kilkanaście minut, zanim przyszło nasze zamówienie, a i tak bez piwa. I teraz gwóźdź programu. Doppio w zimnej filiżance, z marnym śladem cremy, z wielką, czarną dziurą pośrodku. Na pierwszy rzut oka widać, że niedobre. I faktycznie, do tej pory nie wiem, czy było bardziej kwaśne, czy gorzkie. Ciasto trochę lepsze, choć trochę przysuszone. W latte nie było lodów. Zanim piwo do nas dotarło pianka już dawno zdążyła opaść.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, pozachwycaliśmy się widokiem moknącej w deszczu Chmielnej (widok z okna, a właściwie szklanej ściany, to chyba jedyny atut tego przybytku) i już mieliśmy wychodzić, kiedy ktoś nas poprosił o 2 zł. Jakiś menel wszedł do kawiarni i chodził od stolika do stolika, prosząc każdą napotkaną osobą o kilka złotych, i nikt z obsługi nie pofatygował się, żeby go stamtąd wyprosić. Bez komentarza.

W biegu cafe
ul. Marszałkowska 104/122
Warszawa
wbiegucafe.pl
dodajdo.com

Marchewkowe pole

Co ma wspólnego kawa z marchewką? Połączenie nie wydaje się jadalne i nie o to w tym chodzi. Cecha wspólna to zawartość substancji przydatnych w profilaktyce antynowotworowej.

Jak wiadomo, kawa zawiera kofeinę. - A kofeina powoduje, że komórki ludzkiej skóry uszkodzone przez działanie promieni ultrafioletowych przestają się dzielić i ulegają samozniszczeniu. Dzięki temu może nas chronić przed rozwojem raka - informują naukowcy z USA na łamach pisma "Journal of Investigative Dermatology".

O tym, że kofeina skłania do "samobójstwa" zniszczone przez szkodliwe działanie UV komórki przekonano się, prowadząc badania na myszach. Teraz naukowcy potwierdzili ten mechanizm na podstawie badań ludzkich komórek. To bardzo dobre wieści, bo nowotwory skóry są jednymi z najczęstszych postaci raka u ludzi, a ich główną przyczyną jest nadmierne przebywanie na słońcu. Jeżeli dalsze badania potwierdzą ochronne działanie kofeiny i bezpieczeństwo jej stosowania na szeroką skalę, to prawdopodobnie niedługo będziemy smarować skórę zawierającymi ją preparatami. Póki co można się wspomagać "od wewnątrz", popijając na plaży kawowe drinki.

Podobne właściwości ma marchewka. Zawdzięcza zawartemu w niej składnikowi o nazwie falkarinol, który redukuje ryzyko rozwoju raka nawet o 33 proc. Okazuje się jednak, że aby w pełni z niego korzystać nie powinno się kroić marchewki przed gotowaniem. - Gdy naukowcy zbadali zawartość falkarinolu w marchewce, która była pokrojona przed gotowaniem, okazało się, że zawiera ona o 25 proc. mniej tego korzystnego składnika niż marchewka gotowana w całości - donosi PAP.

Krojenie marchewki powoduje, że podczas gotowania wypłukuje się więcej składników odżywczych. - Jeśli ugotujemy ją w całości, zamkniemy w środku nie tylko składniki odżywcze, ale też smak - mówi autorka badań, dr Kirsten Brandt z Uniwersytetu w Newcastle, która cztery lata temu wraz z duńskimi naukowcami odkryła prozdrowotne właściwości zawartego w marchewce falkarinolu.

Widzicie, kochani czytelnicy, jak to nigdy nie można być niczego pewnym... No bo chyba nikt z Was się nie spodziewał, że kiedykolwiek na Kawowym przeczyta o marchewce?
dodajdo.com

Zamiast truskawek

Umówiłam się pod kościołem na placu Narutowicza, na Ochocie. Nie, żebym miała ochotę na popołudniową mszę w Kościele Niepokalanego Poczęcia. ;) Zdecydowanie bardziej kuszące wydają mi się stragany z kwiatami i truskawkami. Przyszłam chwilę przed czasem, przysiadłam na schodkach kościoła... Aż tu nagle zebrały mi się nad głową czarne chmury i jak lunęło, to w ciągu kilku chwil mogłam wyżymać grzywkę. Truskawek nie kupiłam. Uciekłam przed deszczem do kawiarni.

W tym biegu nie zdążyłam nawet zauważyć, jak się ten lokal nazywa. Chyba po prostu Cafe. Albo Caffee? Mieści się na rogu Słupeckiej i Grójeckiej i sprawia wrażenie, jakby istniał od zawsze. Wystrój trochę w stylu retro. Większość mebli wygląda jak nowe, które udają stare (względnie - są po renowacji) i ta zbieranina trochę gryzie się z nowoczesnym, podwieszanym sufitem z punktowym oświetleniem. Poza tym krzesła są za wysokie w stosunku do stolików. To sprawia, że jest niewygodnie, bo albo sie człowiek garbi, albo siedzi sztywno jak miotła. Jeśli tam traficie, polujcie na stolik z fotelem.

Ale dość marudzenia.Jest całkiem miła obsługa. Kawę można wziąć na wynos albo wypić na miejscu w porcelanie. Espresso kosztuje 6 zł, cappuccino 8. Piłam capu i było dobre. Nawet bardzo. Do tego szarlotka albo piernik za 12 zł. Na deser się nie skusiłam - jeśli ktoś coś tam jadł, to niech napisze w komentarzu, czy mu smakowało. :)

Reasumując - ta kawiarnia to przyjemne miejsce do niezobowiązującego spędzenia dłuższej chwili przy kawie. W sam raz na plotki, albo przystanek w drodze z pracy do domu. Wystroju wnętrza, mimo że nie w moim guście, też nie ma się co czepiać - pasuje do otoczenia, i myślę, że np. starsi ludzie, którzy wpadną na kawie po wyjściu z kościoła, będą się czuli w tym klimacie świetnie. Zresztą przy sąsiednim stoliku siedziała para staruszków i widać było, że im tu dobrze. I chyba to jest najważniejsze w tego typu lokalach. Żeby ludzie się w niej dobrze czuli, i żeby tworzyła się wokół nich jakaś społeczność, decydująca o charakterze miejsca. W końcu nikt nie lubi pustych kawiarni.

Cafe
ul. Grójecka róg Słupeckiej
Warszawa
dodajdo.com

Cappuccino i rogalik do filiżanki pod oknem

O mojej słabości do kawy już wiecie... Ale pisać o tym, że lubię ładne meble, chyba jeszcze nie miałam okazji. Dziś coś, co łączy w sobie te dwie rzeczy. Projekt Coffee Time, autorstwa japońskiej designerki Cici Chen Xi:

fot. www.design-engine.com

Te meble to kolejny dowód na to, jak daleko zaszliśmy od meblościanek na wysoki połysk i sytuacji, w której dziewięć na dziesięć znajomych nam osób miało takie same meble. Wprawdzie czasem, kiedy idziemy "w gości", wyskakujemy ze zdaniem typu "o, też macie stół Jokkmokk z Ikei", ale dzisiaj przynajmniej mamy wybór. Dzisiaj meble są coraz bardziej dopasowane do zainteresowań i preferencji użytkownika. Nikogo nie dziwi, że bardzo uważnie dobieramy samochód, komputer, komórkę czy nawet lodówkę, dlaczego więc podobnie nie miałoby być z meblami? W końcu stół, krzesło czy fotel tworzą nam przestrzeń do życia, korzystamy z nich kilka godzin dziennie - znacznie częściej z lodówki, pralki czy nawet (mam nadzieję) telewizora.

Zależnie od upodobań można kupić sobie najróżniejsze fotele:

dla sportowców
fot. www.wnetrza.webzine.pl

dla ekologów
fot. www.meble.pl


dla miłośników motoryzacji

fot. www.zsah.blox.pl

Fajnie, że jest też coś dla kawowych maniaków. Już sobie wyobrażam kawiarnię, w której zamiast zwykłych stolików i krzeseł będą takie zestawy, a kelnerzy zamiast przyjmować zamówienie do stolika numer osiem powiedzą "cappuccino i rogalik do filiżanki pod oknem".

dodajdo.com

Poranny alarm

Niesamowita reklama kawy z Chin, która naprawdę może obudzić w ułamku sekundy:


Chiny to kraj herbaty, kawa jest mało popularna. W efekcie do pracy ludzie dojeżdżają nie do końca obudzeni. ;) I stąd właśnie wziął się pomysł na reklamę kawy Maxwell House. Na podłodze windy w biurowcu przyklejono naklejkę ze zdjęciem dziury w podłodze. Każdy, kto chciał do niej wsiąść, z przerażeniem zauważał, że w windzie nie ma podłogi! Efekt? Natychmiast budził się do życia - czyli działo się z nim to samo, co po filiżance kawy.

Jestem pod wrażeniem kreatywności twórców tej reklamy. W prosty, nieprzekombinowany sposób zwrócili uwagę na kawę, i to tak, że nie dało się tego nie zauważyć. Pewnie przewidzieli również, że reklama zacznie żyć własnym życiem. Pracownicy biurowca robili zdjęcia i filmiki, które wrzucali potem do internetu, a słynną windę przychodzili oglądać ludzie z sąsiednich biurowców. Kampania została doceniona zarówno przez odbiorców w Chinach, jak i profesjonalistów. Dostała między innymi brązowy medal na prestiżowym festiwalu Cannes Lions 2008.
dodajdo.com

Empik stawia na jakość

W każdej dziedzinie są produkty zdecydowanie przewyższające konkurencję, wręcz deklasujące rywali. Różnica jest jak w samolocie między klasą biznesową, a ekonomiczną; jak między polonezem, a luksusowym mercedesem; jak między winem musującym Sowieckoje Igristoje, a szampanem Dom Perignon.

Tak samo rzecz się ma z ekspresami do kawy. Są produkty z najniższej półki, są średnie i dobre, są wreszcie wypasione. I do tej właśnie kategorii zaliczają się ekspresy La Marzocco, nazwane kiedyś na forum Caffe Prego „Rolls-Roycem wśród ekspresów”. Trudno się zresztą nie zgodzić z takim porównaniem, dość powiedzieć, że "Lama” to nie tylko ekspres najwyższej klasy, ale także designerskie dzieło sztuki (dosłownie, bo każdy model jest robiony ręcznie).


fot. www.lamarzocco.com


Jechaliście kiedyś Rolls-Roycem, lecieliście biznes klasą, albo chociaż piliście Dom Perignon? Z tej trójki testowałam tylko szampana, do dziś zresztą jestem w nim zakochana (niestety, bez wzajemności, skoro butelka kosztuje ponad 200 złotych). Okazuje się, że kawowy Rolls Royce jest na wyciągnięcie ręki. Nowopowstająca sieć kawiarni Empik Cafe postawiła na najwyższą jakość i nie oszczędzała na ekspresach (a z tego, co wiem, to takie cudo kosztuje około 40 tys. zł). Kiedy wchodzi się do lokalu, na dalszy plan schodzi wystrój, wygodne fotele, regały pełne książek prosto z Empiku, czy stoły z gazetami dla klientów. W oczy rzuca się tylko niesamowita, majestatyczna Lama.


Jak dobrze wiecie, odwiedzam niemało kawiarń, często niestety wychodzę zawiedziona. Dlatego teraz, kiedy w Empik Cafe zobaczyłam Lamę, moja pierwsza myśl była taka: „No, z takim ekspresem to chyba nie mogą spieprzyć kawy”. Cóż, pewnie mogli, ale tego nie zrobili, było pysznie, espresso (6 zł)i cappuccino (8 zł), w towarzystwie oryginalnych włoskich lodów „Furore” (2,5 zł za kulkę, sorbet pomarańczowy moim zdaniem nieco zbyt słodki) robiło wrażenie. Grzechem by było też nie pochwalić speca od marketingu za to, że do każdej kawy dodawali Newsweeka w prezencie (normalnie kosztuje 5 zł). Efekt? W kawiarni było pełno zaczytanych ludzi, co sprawiało wrażenie, że Empik Cafe to przyjazne, fajne miejsce z dobrą atmosferą. Prawdę mówiąc, dokładnie tak się czułam, i chyba nie była to kwestia gratisowego Newsweeka - podpadli mi, bo w artykule o blogach napisali, że polscy blogerzy to grafomani, a ich blogi interesują tylko autorów; w imieniu 7 tysięcy majowych i ponad 4 tysięcy czerwcowych Czytelników jestem szczerze oburzona!


A wracając do Lamy – kiedyś, jak już będę przeraźliwie bogata – kupię sobie taką. I jeszcze czerwone Alfa Romeo do kompletu. A co!

Empik Cafe
Galeria Mokotów
ul. Wołoska 12, Warszawa

dodajdo.com

Fret-a-porter, czyli biała dama na starówce

Spacerowałam sobie ostatnio po starówce i - pewnie pod wpływem obłoków na niebie - pomyślałam o bezach. Takich beżowych, kruchych z zewnątrz, o lekko ciągnącym się środku. Bezy z truskawkami. Z lodami waniliowymi. Z adwokatem. W towarzystwie kawy. Tak dawno już nie jadłam bez, że zupełnie zapomniałam o ich istnieniu. I jak mi się przypomniało, że to taki fajny deser na letnie popołudnie, to poczułam, że nie mogę tego odkładać na później. Ruszyłam więc w poszukiwaniu kawiarni, w której dałoby się coś takiego zamówić.

Nie wiem, czy ja mam takiego pecha, czy złą trasę obrałam... Tak, jak w kawiarniach sieciowych królują suche, przyciężkie muffiny, tak na starówce wszyscy kochają sernik. Wszędzie jest "pyszny", "tradycyjny", względnie "najlepszy", sąsiadujący w karcie z szarlotką, najczęściej na ciepło, z cynamonem i/lub lodami, rzadziej z najzwyklejszą kruszonką. Poza tym lody, czasem jakieś naleśniki z owocami (ale to już szczyt deserowej ekstrawagancji). O bezach można tylko pomarzyć. I tak się zastanawiam - czy sernik i szarlotka to rzeczywiście ciastka najchętniej zamawiane w kawiarni? Gdybym miała wskazać moje ulubione domowe ciasta, to sernik mojej mamy byłby na pierwszym miejscu. Szarlotka (koniecznie na kruchym spodzie) też byłaby na podium, prawdopodobnie obok ciasta drożdżowego z rodzynkami, po którym się wylizuje miskę palcami. To są smaki dzieciństwa, i zapach drożdży kojarzy mi się z mamą, która dawała mi rodzynki "do przebrania" i z niecierpliwym zaglądaniem przez szybkę piekarnika - czy to "już"? A jak nie, to "ile jeszcze?". Dlatego nigdy nie zamawiam w kawiarni sernika, szarlotki ani ciasta drożdżowego. Nie ma takiej opcji, żebym nie była rozczarowana. I wcale nie dlatego, że nie mogłam osobiście przebierać rodzynek. ;)

Szukałam więc tej bezy zawzięcie i już byłam bliska wstąpienia do Fukiera, bo mają tam fantastyczną "zupę nic z chmurkami", na szczęście przypomniało mi się, że mamy kryzys. A Fukier to zdecydowanie nie jest lokal na czas kryzysu. ;) Poszłam więc dalej, aż trafiłam na ul. Freta. A tam Fret@porter. Nazwa wpadła mi w oko już jakiś czas temu, ale póki co nie było okazji sprawdzić, co się za tym kryje.

fot. www.fretaporter.pl

Pierwsze wrażenie pozytywne. Uśmiechnięta kelnerka w bluzce jak z reklamy Viziru. W spotach to się nazywa "bielszy odcień bieli" ;) W każdym razie widać, że czysto. Potem rzut oka w kartę - no i proszę, oczywiście jest sernik i szarotka, i lody w truskawkowym musie też... Ale oprócz tego Biała Dama (15 zł), czyli bezy z lodami waniliowymi. Poproszę. I jeszcze espresso (6zł).

Najpierw dostałam kawę z wodą, chwilę później deser. Tak wielki, że mimo fazy na bezę, nie byłam w stanie zjeść całej porcji. Beza niestety nie była z tych z ciągnącym się środkiem - ale taka biała, krucha w środku, i tak zaspokoiła moje oczekiwania. Espresso w tej sytuacji zeszło na dalszy plan. Wydawało mi się trochę zbyt kwaskowate, ale trudno mi ocenić, czy taki miało smak, czy to moje wrażenie po tych słodkościach. Zresztą, czego można się spodziewać po niemieckiej kawie, która udaje włoską? W Fret@porter serwują Piacetto (jedna z marek Tchibo Coffee Service) - zgodnie z nazwą, niczego wielkiego się po niej spodziewać nie należy. ;) I rzeczywiście. Jako chwilowe zaspokojenie apetytu na bezy Fret@porter sprawdziło się bardzo dobrze. Ale żeby się tam specjalnie wybrać na kawę? Chyba nie. Choć muszę przyznać, że filiżanki mają śliczne.

Fret@porter
ul. Freta 37,
Rynek Nowego Miasta, Warszawa
www.fretaporter.pl
dodajdo.com

David Liss – co z tą kawą

Znacie jakąś książkę o kawie? Ale nie przewodnik, poradnik czy coś w rodzaju encyklopedii, tylko powieść, w której jedną z głównych bohaterek jest kawa?


Właśnie taką książką jest Handlarz kawą Davida Lissa. Rzecz się dzieje w Amsterdamie, w połowie XVII wieku. W Europie praktycznie nikt nie słyszał wtedy o kawie. Usłyszał i spróbował Miguel Lienzo, młody kupiec, który właśnie odkrył możliwości nowopowstałej amsterdamskiej giełdy towarowej, ale niestety, stracił na tym cały majątek. A kiedy spróbował, nagle zauważył, że kawa... ożywia ciało i umysł. Postanowił więc wszystkie pieniądze, nie tylko swoje zresztą, przeznaczyć na sprowadzenie do Europy wielkiego ładunku kawy. Reszty nie zdradzę, bo książka naprawdę trzyma w napięciu i warto ją samemu przeczytać, nie tylko ze względu na kawę.

Poza całą fajną akcją w powieści Lissa ciekawe jest to, że czytamy o czasach, kiedy ludzie nie mieli bladego pojęcia o kawie i zastanawiali się, co z tym zrobić – „to” się pije, żuje, czy może pali? Nikt nie wyobrażał sobie, że 300 lat później kawa będzie podstawą egzystencji (dzienne spożycie na świecie to półtora miliarda filiżanek) wielu ludzi. Zabawne, że nawet, jeśli ktoś nie jest kawoszem i przychodzi zaspany do pracy, to mówi nawet kawy nie zdążyłem się napić. A wszyscy ze zrozumieniem kiwają głowami i wysyłają delikwenta po filiżankę, która postawi go na nogi.
dodajdo.com

Kawa na czas kryzysu - testujemy mielonki z dolnej półki

Jak wiadomo mamy kryzys. A kawa droga, i zużycie wcale niemałe... Postanowiłam więc spróbować, czy to, co nazywa się kawą i leży na najniższych sklepowych półkach w ogóle da się pić.

Przeszłam się po kilku sklepach i wybrałam co następuje: Maxwell House (5,75 zł), Prima (ta niebieska, za 7,50), Gimoka (8,70) Bremer z Lidla (3,69), produkt marki Carrefour - Pur Arabica Expresso (7,99) i Alvorada z Makro (3,70). Podane w nawiasie liczby to ceny za 250 g; jak widać najtańsza z kaw kosztowała 3,69, a najdroższa 8,70.

Nasz test składał się z trzech etapów. Najpierw ocenialiśmy, jak kawa się prezentuje na sucho. Później zalaliśmy ją gorącą (nie wrzącą) wodą w szklankach - wąchaliśmy, smakowaliśmy i pluliśmy na potęgę (no co, tak robią rasowi kiperzy ;)). Ostatni test to próba przygotowania espresso. Za każdym razem można było przyznać maksymalnie 5 punktów. Każda z kaw testowana była "w ciemno" - tzn. nie wiedzieliśmy, co pijemy, bo próbki oznaczone były literami od A do F, i w kolejnych etapach testu było to zmieniane, żeby nie sugerować się wrażeniami z poprzedniego etapu. Wyniki okazały się zaskakujące.


Szóste miejsce zajęła kawa Maxwell House. Na opakowaniu nie ma żadnych informacji na temat tego, czy to robusta, czy arabika, czy może jakaś mieszanka. Mielonka okazała się niejednolita kolorystycznie, widać było trochę paprochów, prawie nie pachniała, sprawiała wrażenie zwietrzałej. Po zaparzeniu w szklance dało się wyczuć lekko orzechowy aromat, ale smak... No cóż, na 5 możliwych punktów otrzymała 1, z adnotacją "kwaśna jak cholera, blee".

Przedostatnie miejsce przyznaliśmy kawie z Makro o wdzięcznej nazwie Alvorada Admira. 85% robusta, 15% arabika. Na początku prezentowała się pięknie (jednolity kolor, brak paprochów, lekko dymny, przyjemny aromat), sprawiała wrażenie gładkiej jak aksamit. Niestety, po zaparzeniu okazała się najbardziej rozczarowująca ze wszystkich. Po zalaniu wodą na powierzchni utworzył się kożuch z kawowego pyłu. Aromat był intensywny, ale niezbyt przyjemny - skojarzył mi się z mokrą ziemią. Szybko okazało się, że to skojarzenie jest jak najbardziej uzasadnione. Mały łyk sprawił, że poczułam piasek w zębach. To samo było w teście espresso. W filiżance wyglądała dziwnie, a smak był cierpko-gorzko-stęchły. Co ciekawe - w kolbie po zaprzeniu nie było kawowego "ciastka", tylko błoto.

Niewiele lepiej wypadł lidlowski Bremer. Na opakowaniu brak danych na temat pochodzenia i składu kawy. Niejednolita kolorystycznie, z dużą ilością paprochów (znalazłam nawet patyczek i połamaną słomę?), zwietrzały. W szklance, kiedy paprochy już opadły, sprawiała wrażenie rozwodnionej. Smak - zbożowy, w ogóle nie kojarzący się z prawdziwą kawą. Lepiej wypadła zaparzona w ekspresie, trochę kwaskowata, z lekką nutą cytrusów.

Miejsce trzecie - Prima Finezja. Dość grubo zmielona, o dziwo nie była zwietrzała. Zapach intensywny, przyjemny, choć nie kojarzący się z niczym konkretnym. Napar w szklance dość gęsty, a sama kawa bardzo gorzka. To samo w przypadku espresso. Dla wielbicieli mocnych wrażeń, w końcu to 100 proc. robusty.

Gimoka byłą najdroższą kawą z naszego testowego zestawu, to ciemno palona mieszanka arabiki i robusty (pół na pół). Kolor prawie jednolity, niewiele pyłków w innym kolorze. Wyczuwalny aromat gorzkiej czekolady. Bardzo drobno, równomiernie zmielona, z przeznaczeniem do ekspresu ciśnieniowego, nie sprawdziła się jako "zalewajka". Na powierzchni pływały jakieś paprochy, i nie czuć już było gorzkiej czekolady, tylko suchą trawę. Jako espresso spisała się o wiele lepiej. Wysoka, trwała crema, gęste body. Jak dla mnie okazała się trochę zbyt gorzka, ale pamiętajmy, że szukamy kawy idealnej na czas kryzysu, a nie w ogóle. ;)

I wreszcie czas na zwycięzcę. Carrefour - Pur Arabica Expresso. Ciemno palona, stuprocentowa arabika, miała kolor gorzkiej czekolady (okazało się, że to ta najciemniejsza), równomiernie zmielona, bez niespodzianek w postaci patyczków ;) Aromat intensywny, dymny, może nawet trochę spalony, ale przyjemny. Jeden z testerów miał skojarzenie z jakimś alkoholem, drugi z orzechami laskowymi. Za wygląd i aromat mielonka dostała maksymalną ilość punktów. Da się pić jako zalewajka, a nawet jako przyzwoite espresso. Mogłaby być mniej kwaskowata, ale w porównaniu z resztą kaw, napar, jaki udało nam się z niej uzyskać był zaskakująco dobry.




Mielona kawa już z założenia jest gorsza niż ziarnista. Zwykle jest zwietrzała zanim jeszcze trafi do paczki, i w tym przypadku marzenie o bogactwie aromatów brzmi jak bajka o żelaznym koniu. Większość tanich kaw nie jest dostępna w ziarnach, a to, co można znaleźć w paczkach mielonek pozostawia wiele do życzenia i nigdy nie wiadomo, co w tym tak naprawdę siedzi - myślę, że piasek i patyczki to wierzchołek góry lodowej... Amatorzy taniej kawy patrzą na mnie jak na świra,kiedy mówię im, że palona kawa zawiera ponad 800 związków aromatycznych. Już im się nie dziwię. Skoro Prima w ubiegłym roku zdobyła Laur Konsumenta, to nie mam więcej pytań.

Oczywiście przy założeniu, że oszczędzamy, można tanią kawę pić. Ale przesadzać (z ceną) nie należy, bo nie dość, że niesmacznie, to jeszcze niezdrowo. Po piciu, a raczej trzymaniu w ustach (bo za każdym razem wypluwałam kawę i przed próbowaniem następnej płukałam usta) tej szajsowatej kawy cały dzień chodziłam rozbita, z pikawą i podrażnionym żołądkiem. Nie mam takich objawów nawet po wypiciu pięciu dobrej jakości kaw, i do tej pory zdarzyło mi się coś takiego tylko raz - w pracy, po granatowej Tchibo. Swoją drogą ciekawa jestem, co piją nasi Czytelnicy? Czy znacie jakąś tanią i dobrą kawę?
dodajdo.com

Zmysłowa kawa profesora Odello

Przez ostatnie dwa dni w Polsce był profesor Luigi Odello, niekwestionowany kawowy guru. Dość powiedzieć, że jest szefem INEI, czyli Włoskiego Narodowego Instytutu Espresso, oraz profesorem analizy sensorycznej na uniwersytetach w Brescii, Piacenzy, Weronie i Udine (tak, dobrze wam się wydaje - facet zajmuje się zawodowo analizowaniem zapachu, smaku i wyglądu kawy!). Ta wizyta i wykłady profesora to wyjątkowo ważne wydarzenie w polskim światku kawowym. Jest w tym zresztą jakiś paradoks, że jednocześnie rozwijają się dwa nurty: z jednej strony Starbucks i jemu podobne sieciówki, z drugiej - coraz większy ruch ludzi, dla których kawa to coś znacznie więcej niż zwykły napój. Organizatorzy wykładów profesora Odello w Polsce piszą o "rozpoczęciu polskiej debaty nad espresso".

Założenia są naprawdę proste: espresso to nie jest po prostu mała kawa z ekspresu. Kawa musi być odpowiedniej jakości, odpowiednio zmielona, potraktowana wodą o odpowiedniej temperaturze i pod odpowiednim ciśnieniem. Tylko spełnienie tych warunków (dokładnie określonych przez INEI) pozwoli nam uzyskać prawdziwe espresso. W Polsce wciąż ludzie myślą, że przepisy są po to, żeby je łamać i obchodzić. Ale z kawą tak się nie da. Albo się przestrzega pewnych zasad i uzyskuje espresso, albo nie. Koniec, kropka. A u nas panuje przekonanie, że może da się taniej, może można inaczej, prościej. Po co kupować droższą kawę, skoro w Tesco jest taniej? Po co iść na kawę do kawiarni, skoro mam w domu rozpuszczalną. Naród ciągle kombinuje i właśnie dlatego takie wykłady są strasznie potrzebne.
Zresztą, może powoli, krok po kroczku, ale zmierzamy w odpowiednim kierunku. Niedawno spotkałam w kawiarni panią, która próbowała zamówić kawę rozpuszczalną ze śmietanką. Zrobiła zdziwioną i rozczarowaną minę, kiedy dowiedziała się, że rozpuszczalnej nie podają. Ale widocznie była z kimś umówiona, bo zdała się na wybór baristy. Do filiżanki, którą dostała podchodziła jak pies do jeża. Ale macchiato smakowało. Mogę się założyć, że następnym razem nie poprosi o rozpuszczalną.

A wracając do kombinowania z kawą i nietrzymania się reguł: właśnie zjadłam kolację. Muszę pochwalić męża, bo dziś on gotował. Makaron z sosem pesto. Znacie przepis? Na pewno. Bazylia prosto z krzaczka, czosnek, oliwa z oliwek, świeżo starty parmezan i ewentualnie orzeszki piniowe. Po prostu pyszne! To teraz wyobraźcie sobie coś takiego: najtańszy makaron z Tesco, olej, bazylia w proszku, granulowany czosnek i starty ser podlaski. Pyszne? Nie sądzę...

I to jest właśnie cały sekret włoskiej kuchni - prostota i jakość. Składniki najsłynniejszych dań są banalnie proste. Ale żadnemu Włochowi nie przyjdzie do głowy kombinować i oszczędzać, dodawać oleju zamiast oliwy czy mielonki zamiast szynki parmeńskiej. I dokładnie tak samo ma się rzecz z kawą. Ma być prawdziwe espresso? Nie ma więc mowy o kompromisach.
dodajdo.com

Uratowana!

Widmo śmierci głodowej już zaglądało mi w oczy, więc zdążyli w ostatniej chwili...

Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak to jest, że na kulinarnej mapie Warszawy wciąż znajdują się białe plamy. Potencjalnych klientów tysiące, w dodatku w centrum głównie takich, którzy kasy na jedzenie i picie nie żałują. A jednak. Niestety, jedna z takich białych plam znajdowała się właśnie w okolicach mojego biura (skrzyżowanie Siennej i Żelaznej).

Do tej pory wybór był żaden. Na jednym rogu knajpka Chicago, czyli przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałam coś zjeść. Dwa razy byłam, dwa razy moja obecność była wyraźnie nie w smak dwóm wrednym kelnerkom. Dziękuję, trzeciej szansy nie będzie. Na drugim rogu Zielona Oliwka - niby wszystko ok, ale coś mi w niej nie pasuje. No i dają paskudną kawę... A na trzecim rogu - restauracja sushi. Niestety, nie lubię. Na domiar złego jest zawsze pełna Japończyków, bo w naszym biurowcu jest jakaś azjatycka firma.

Przez ostatnie miesiące miałam realny problem z wyskoczeniem w pracy na szybkie małe co nieco (żeby nie powiedzieć lunch). W zasięgu kilku minut spacerem nie bardzo było cokolwiek sensownego. O próbie wypadu do Il Baretto już kiedyś pisałam, inne okoliczne lokale nie zasłużyły nawet na wzmiankę na Kawowym.

Życie ratował mi pan Nowakowski (pozdrawiam!), który tuż koło biurowca otworzył jeden ze swoich sklepików ze świeżym pieczywem i ciastkami (croissanty są prawie takie, jak we Włoszech, serio).

Aż tu nagle taka miła niespodzianka. Dosłownie 200 metrów ode mnie otworzyła się nowa knajpka - Restro. Taka trochę restauracyjka, trochę kawiarnia, trochę galeria zdjęć. Jest super. Jest blisko. I jest pysznie!

Wejście nie powala na kolana - pierwsze, co widać, to najtańszy ikeowy zestaw stół plus cztery krzesła (wiem, bo sama taki mam). Cóż, widocznie budżet nie był największy. Ale od razu uspokajam - na niczym więcej nie oszczędzali. Talerze fajne, takie zwykłe białe kwadraty. A sztućce po prostu cudowne, nie będę opisywać, trzeba zobaczyć i przetestować samemu. Skoro mowa o testowaniu - z czystym sumieniem mogę polecieć penne z kurczakiem, szparagami i serem pleśniowym (25 zł) oraz pieczonego karmazyna ze szparagami i babką ziemniaczaną (29 zł). Rybkę polecił nam kelner, który był dokładnie taki, jak lubię. I wcale nie mam na myśli piwnych oczu i ładnej koszuli, tylko to, że był swobodny, rozmowy, potrafił doradzić i nie był namolny.

No i kawa. Cafe Vergnano, we wszystkich podstawowych (espresso, macchiato, cappucino, americano i latte), bardziej wyszukanych (romano, siciliano) oraz mrożonych wersjach. Wszystko w ładnych filiżankach, oczywiście z wodą do espresso i w dobrej cenie - espresso za 5 złotych to wciąż wyjątek w warszawskich knajpkach.

Restro
ul. Pańska 57
Warszawa
www.restro.pl
dodajdo.com

Kawa? Lód? Maliny!

Pierwsza mrożona kawa w tym roku! Sezon letni rozpoczęty. W moim przypadku wiąże się to z wystawianiem twarzy do słońca na balkonie i weekendowymi wypadami na grila. I z sezonowymi daniami. W większości zielonymi - już dawno nie maiłam takiej fazy na zielone jak w ciągu ostatnich kilku dni. Szpinak, szparagi, groszek, sałata i brokuły - generalnie mogłabym nie jeść nic innego. A na deser lody, lekkie musy i owoce prosto z krzaka. Niestety truskawki, które już są do kupienia, nie mają wiele wspólnego z tymi soczystymi, wygrzanymi w słońcu, które się zrywa z krzaka, odmuchuje z piasku i zjada z prawdziwą przyjemnością. Jak to jest, że umyte nie smakują już tak samo?

W związku z tą piękna pora roku mam dla Was coś specjalnego. Kawę z malinami. To genialne połączenie, a wykonanie takiego drinka jest banalnie proste. Kupujemy sorbet malinowy (najlepiej Grycan albo Movenpick) i miksujemy go z pokruszonym lodem i mocną kawą. Najlepsza baza to espresso, ale w tym przypadku nie będę ortodoksyjna - i tak maliny grają pierwsze skrzypce. Proporcje to już sprawa indywidualna; choć uważam, że najlepiej wypada miks podwójnego espresso z 1/3 półlitrowego opakowania lodów (czyli jakieś 150 ml). To oczywiście porcja dla dwóch osób, bo takimi rzeczami nie wypada cieszyć się w samotności. ;)
dodajdo.com

Cava z Rubikiem

Złapał nas ostatnio deszcz na Nowym Świecie. Byliśmy z Piotrkiem akurat po obiedzie, więc uznaliśmy, że wynik tych dwóch okoliczności może być tylko jeden: filiżanka espresso.
W zasięgu wzroku, poza sieciówkami, była "Cava". Jakoś nigdy dotychczas tam nie zaglądałam, bo oboje nie przepadamy za lansiarskimi miejscami (notabene, chyba sobie kupię koszulkę z napisem: Nie byłam w Starbucksie:), ale deszcz był intensywny i właściwie nie mieliśmy alternatywy. Przysiedliśmy więc na zewnątrz pod daszkiem i obserwowaliśmy, jak ludzie mokną albo uciekają przed deszczem.


Z tego zbiegu okoliczności byłam potem bardzo zadowolona. W menu Cavy znajdują się bowiem rozmaite rodzaje kawy. Można zamówić kawę z Kenii z lekko owocowym aromatem, jest Danesi, czyli ręcznie zbierana specjalna odmiana Arabiki, Kona z Hawajów no i oczywiście Blue Mountain. Poza tym - fantastycznie ogromne desery - szarlotka zajmowała cały talerz, była ciepła i aromatyczna, a poza nią - moje ukochane desery, czyli bezy. Odpłynęłam.

Nie skosztowałam kawy z Kony, pomyślałam, że na 25 ml espresso za ponad 20 PLN muszę poczekać do jakiejś specjalnej okazji, ale zwykła serwowana tam kawa jest przyzwoita. Może trochę kwaśna, ale nie aż tak, żeby mi to przeszkadzało. Zamówiłam podwójne espresso, żeby się dokładnie rozsmakować. I chociaż rzeczywiście obok siedziała zlansowana do granic możliwości para, której rozmowy nawet nie przytoczę, a w drzwiach minęliśmy się z Rubikiem i jego ciężarną żoną, to jednak wrócę tam na pewno i polecam jako przystanek podczas spaceru Traktem Królewskim.

CAVA
ul. Nowy Świat 30
Warszawa
www.cava.pl
dodajdo.com

Kawa z pająkiem

Arachne, fot. Wojtek Józefowicz

Widzieliście kiedyś takie krzesło?!

Portal kulturalny wp.pl napisał dziś (no dobra, sama napisałam) o młodym rzeźbiarzu Wojtku Józefowiczu. Facet jest niesamowity, a jego krzesła po prostu zwalają z nóg, choć w przypadku krzeseł to chyba nie najszczęśliwsze porównanie. Żeby było ciekawiej - nigdy nie kończył żadnych artystycznych szkół, kursów, nie uczył się od profesorów. I to z przekonania - twierdzi, że to ograniczałoby jego sposób patrzenia na świat, bo każdy nauczyciel chciałby go w jakiś sposób upodobnić do siebie.

No dobrze, ale co to ma wspólnego z kawą? Ano właśnie - pod artykułem pojawił się komentarz "siedząc na jednym z jego krzeseł - bardzo oryginalnym i nowoczesnym - poczułam, że w taki sposób mogłabym odpoczywać co wieczór. Po całym dniu szalonej pracy i życia w biegu, spokojny wieczór z latte z miodem i cynamonem i laptopem na kolanach.... Zdecydowanie tak. Zdecydowanie na jednym z mebli jego projektu."

I teraz tak się zastanawiam, czy to ktoś z Was pisał, wiedząc, że sztuka i kawa to moje dwie pasje, czy może ktoś trafił zupełnym przypadkiem?
Tak czy inaczej - trudno się nie zgodzić - picie kawy wymaga odpowiedniej oprawy. Ta sama filiżanka wypita w biegu gdzieś między kuchnią a salonem nie będzie smakowała tak samo, jak wtedy, gdy będziemy mogli się nią delektować we wspaniałym fotelu.
dodajdo.com

Tam, gdzie pił kawę pan Chagall

Mam słabość do książek. Różnych. Kucharskie zajmują mi już całkiem sporo miejsca, ale nie mogę się powstrzymać, żeby od czasu do czasu nie kupić nowej. Lubię je przeglądać, wpatrywać się w zdjęcia, czytać przepisy i historie z nimi związane. Nawet, jeśli nie mam zamiaru nic gotować, czasem biorę którąś do ręki i tak sobie z nią spędzam czas. Moja miłość do Kuchni polskiej ujawniła się zresztą dość wcześnie... Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka malowałam zawzięcie obrazki w książce mojej mamy. Ale jestem rozgrzeszona - siostra niektóre strony zabazgrała kredkami kilka lat wcześniej ode mnie. Teraz zapisuję zupełnie inne rzeczy, i to wyłącznie na marginesach. Czasem jest to tylko symbol "+," jako oznaczenie, że robiłam i było dobre. Czasem notatki w stylu "dodać mniej cukru", "więcej śliwek" itp. Innym razem notuję nieudane eksperymenty z modyfikowaniem przepisu, np. "w żadnym wypadku nie dodawać papryki". ;)

Książki "do czytania" to zupełnie inna kategoria i traktuję je z większą czcią. Nie piszę w nich, nie podkreślam i nie zaginam stron. Od pewnego czasu również nie pożyczam, bo albo wracają po pół roku, albo wcale, a ja się z książkami związuję emocjonalnie. Zdarza mi się nawet czytać od czasu do czasu cudzą książkę, a potem kupić ją tylko po to, żeby sobie stała na półce, żebym o niej pamiętała, choć prawdopodobieństwo, że jeszcze kiedyś ją przeczytam od deski do deski jest znikome - te, które czytałam wielokrotnie, można by policzyć na palcach jednej ręki.

Kolejna kategoria, którą bardzo lubię, to albumy fotograficzne. Nie zajmują tyle miejsca, co kucharskie, choć bywają równie mocno inspirujące. Zdarza się, że to właśnie album foto kupuje jako pamiątkę z jakiegoś miejsca. Jak Amor di gatti, z kotami fotografowanymi przez Hansa Silvestera, który jest najfajniejszą pamiątką z Mediolanu, jaką udało mi się znaleźć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Silvester to najsłynniejszy koci fotograf, i że w tym zafoliowanym albumie kryje się tyle piękna i gracji... Kupiłam go trochę w ciemno, dodatkowo zmotywowana tym, że był to jedyny egzemplarz w całej księgarni.

Najsłynniejsze kafejki literackie Europy to mój najnowszy nabytek. Mam problem z klasyfikację - jest trochę albumem, troche przewodnikiem, a trochę taką zwykłą książką "do poczytania". Jeśli ciekawi jesteście, gdzie Balzak zamawiał pół litra kawy na raz, w której kawiarni Picasso spotykał się z Chagalem i dlaczego Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre siadywali przy oddzielnych stolikach, to ta ksiązka powinna Was zainteresować. Zawiera kilkadziesiąt historyjek, które moim zdaniem byłyby świetne jako kanwa innej, o wiele dłuższej opowieści.

Choć oczywiście i ta książka ma sporo minusów. Pierwszy, i największy (dosłownie), to format. Wydawcy nie przyszło do głowy, że ktos mógłby chcieć zwiedzać np. Paryż z tą książką w ręku, i nadał jej formę 25x30 cm. Po rozłożeniu zajmuje mi pół stołu, nie sposób zabrać jej ze sobą do tramwaju, w łóżku też zresztą czyta się niewygodnie.

Kolejna sprawa to fotografie. Przecież kawiarnie to taki wdzięczny temat! Autorem wiekszości zdjęć jest Andrew Midgley, podobno zawodowy fotograf, ale mam przeczucie, że sama wykonałabym tę pracę lepiej... Fotki z "Kafejek" są sztampowe do bólu.

Wstęp wygląda trochę tak, jakby autorka książki, Noel Riley Fitch, nie mogła się zdecydować, czy to ma być książka dla kawowych laików, czy dla osób już nieco zaznajomionym z tematyką. Wyszło tzw. niewiadomoco, i to zdecydowanie za długie, ze zdaniami wypełnionymi słowną watą.

I na koniec cena. 65 zł. Uzasadniona formatem, jakością papieru i sztywną okładką, jednak, co tu dużo mówić, nie wiem, czy dla wiekszości czytelników nie lepszą inwestycją byłaby nowa książka Jamiego Olivera. ;)

A jakie książki Wy lubicie? Które kucharskie uważacie za godne polecenia, a które w praktyce okazały się kompletną porażką?
dodajdo.com

Kasyno zawsze cię oszuka!

Nasz kawowy wysłannik wziął sobie do serca obietnicę podsyłania nam wrażeń z wyjazdu i dziś znów mamy dla Was coś nowego. Choć raczej dla miłosników pokera, niż espresso... Zresztą, zobaczcie sami.

Od kilku dni jestem w kasynie. Dokładnie w Casino Vilamoura, w Algarve, na południu Portugalii. Przyjechałem jako dziennikarz na wielki turniej pokerowy, w którym grało ponad 400 osób, między innymi Robert Kubica. Poker jest niesamowity, ale to historia na zupełnie inny wpis, pewnie na innym blogu. Kasyno też jest niesamowite, jako zjawisko samo w sobie. Ludzie wchodzą do środka i wyłącza im się mózg. Całkowicie.

100, 200, 500 euro, banknoty jeden po drugim są wymieniane na żetony, które lądują potem na stole do ruletki. Rach, ciach, ciach, kulka w ruch, po czym krupier przeciąga stosik żetonów na stronę kasyna. Co parę chwil ktoś coś wygra, co tyko bardziej nakręca grających, którzy i tak zaraz stracą swoje wygrane. Zasada jest jedna: kasyno zawsze wygrywa!

I o ile jeszcze można próbować zrozumieć tych, którzy grają w ruletę czy Black Jacka, bo jednak mają jakikolwiek wpływ na grę, to setek ludzi wrzucających kolejne pieniądze do jednorękich bandytów i bezmyślnie naciskają przycisk: START, nie jestem w stanie pojąć. Nic od nich nie zależy, na nic nie mają wpływu, o niczym nie decydują. Ich rola jest prosta: wrzucać, wrzucać, wrzucać...

Kasyno zawsze wygra, zawsze cię oszuka. Ja o tym wiedziałem i ani myślałem, żeby siadać do gry. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że na kawie też oszukują!

Zamówiłem espresso, gość zażartował "espresso to porto or espresso to lisbon?". Ale potem już tak wesoło nie było. Kwaśna, strasznie gorąca i ogólnie paskdna. Ale z drugiej strony - co się dziwić. Przecież ludzie nie przychodzą tam na kawę, a kiedy grają, to są w takim amoku, że nawet olej silnikowy by wypili!

J.
dodajdo.com

Pizza lejt – kofi fri, czyli korespondencja z Portugalii

„Aj giw ju e kofi fri bikołz jor pizza łos lejt” – powiedziała mi urocza Portugalka kiedy kończyłem wczorajszą kolację. Akcent był koszmarny, podobnie niestety jak rzeczona pizza. Cóż, trafiłem do kurortu w najgorszym znaczeniu tego słowa (Algarve, koło Faro, na samym południu Portugalii). Nie polecam, nic fajnego, o niebo lepiej jest na zachodnim krańcu Portugalii, chociażby w Estoril. Algarve jest paskudnie modne wśród Niemców i Anglików (naprawdę nie wiem, która nacja jest gorsza na wakacjach, jedni i drudzy zachowują się jak szarańcza).


Ale zostawmy emerytów, którzy wygrali wojnę razem z emerytami, którzy przegrali wojnę, a skupmy się na tym, co naprawdę ważne – na kawie. Tak jak pisałem: kurort koszmarny, akcent koszmarny, pizza koszmarna. Ale kawa – kawa nie koszmarna, a nawet znakomita. I to wcale nie dlatego, że gratisowa.


Swoją drogą, w Polsce niestety nigdy się nie spotkałem z czymś takim. A tutaj – pani sama z siebie przyszła i zaproponowała darmową kawę, bo spóźniła się z pizzą. Rzeczywiście, trochę się naczekałem, ale nawet nie zwróciłem jej uwagi, nic nie powiedziałem, ani nawet nie miałem skwaszonej miny, bo w oczekiwaniu na kolację raczyłem się winkiem (też nie koszmarnym). Co więc miałem zrobić? Odmówić kawy po kolacji, w dodatku gratisowej? To przecież grzech, a już Wam pisałem, że ja w delegacjach nie grzeszę.


Dla porządku – knajpka nazywa się Spazio Venezia i znajduje się w marinie w Algarve. Jest jedną z wielu włoskich knajpek, obok stoją też trzy chińskie, dwie indyjskie, dwie japońskie, Pizza Hut, McDonald’s, trzy restauracje fusion i kilkanaście pubów nastawionych na Anglików (codziennie transmisje meczów piłkarskich na wielkich telebimach, angielskie piwo i fish&chips – doprawdy nie rozumiem, po co jadą na wakacje, skoro za granicą robią dokładnie to samo, co u siebie?!). Wracając do sedna: portugalskiej knajpy nie znalazłem ani jednej.


Jak na nie znoszę kurortów! Nawet jeśli „giw mi e kofi fri”...

J.

dodajdo.com

Jak zgrzeszyć podczas delegacji i sprawić przyjemność żonie

Gdzie jest najlepsza kawa na świecie? Mówi się, że na pierwszej stacji benzynowej po wjeździe do Włoch. Nigdzie poza Italią filiżanka espresso nie smakuje tak samo, równie idealnie i klimatycznie.

Ale żeby na lotnisku? A jednak. We Włoszech spędziłem tylko 2 godziny. W sam raz, żeby przejść z jednego terminala lotniska Mediolan Malpensa na drugi, odebrać bilety i... Cóż, zostało pół godziny do odlotu. Grzechem by było nie skorzystać i nie wypić kawy z nieodłącznym croissantem. A ja może i jestem grzesznikiem, ale nie w sprawach kawy.

„Bon caffe” to mini kafejka na lotnisku. Sprzedaje kawę, kanapki i rogaliki po złodziejskich, iście lotniskowych cenach. Inna sprawa, że 1,90 euro za filiżankę espresso to dużo, jak na Włochy, gdzie zazwyczaj kawa kosztuje około 1 euro. Ale przeliczmy to na złotówki – wyjdzie koło 10. Gwarantuję wam jedno: takiej kawy w Polsce za dychę nie znajdziecie...

Jeszcze jedna refleksja na koniec. Pisałem wczoraj, jak ciężko odnaleźć się miłośnikowi kawy z Polski w Stanach, gdzie do każdej filiżanki dodają gratis kanister mleka i najchętniej pół kilo cukru. Ale tak naprawdę przecież my dopiero się uczymy pić kawę tak, jak Pan Bóg przykazał. Pomyślcie sobie, jak muszą się czuć w amerykańskich kawiarniach Włosi. O, Mamma mia!
J.
dodajdo.com

Starbucks nie daje wyboru

Kawowy był w Ameryce, dokładniej w Kalifornii! Jak to możliwe, skoro żadna z nas nie planowała takiego wyjazdu? Ano mój mąż (J.) wyjechał w delegację. Znów. Miałam go nie puścić, ale ostatecznie się zgodziłam... Jednak coś za coś. W zamian za to ma przysyłać kawowe korespondencje. Oto pierwsza.

Z kawą w USA jest kłopot. Kłopot nazywa się Starbucks. Żeby nie było – nie mam nic do sieciówek, do McDonaldsów, Burger Kingów, Pizzy Hut, Starbucksa, Microsoftu i innych globalnych produktów. Mam tylko problem z brakiem jakiejkolwiek możliwości wyboru i to w kraju, który chlubi się tym, że jest ojczyzną wolności, demokracji itp.

Wybór? Wolne żarty!

Byłem przez weekend w San Diego, więc wybrałem się na poszukiwanie kawy. Trafiłem do wielkiego, iście amerykańskiego centrum handlowego. Nazywało się Balboa Park, co dla mnie, jako miłośnika boksu, brzmiało bardzo zachęcająco. Z kawą jednak już tak dobrze nie było. W całym centrum było pięć kawiarń: Starbucks na parterze, Starbucks na pierwszym piętrze, dwa Starbucksy na drugim piętrze, Starbucks na trzecim piętrze i dla odmiany – Starbucks na czwartym piętrze!

Ja wszystko rozumiem, wiem, że to ulubiona kawa Amerykanów itp, itd. Ale dla mnie to jakieś przegięcie! I wcale mi nie chodzi o to, że do każdej kawy tam jest kanister mleka gratis! Gdyby to była sieć podająca nawet najwspanialsze włoskie epsresso – też bym uważał, że taka monopolizacja to coś dziwnego.

Inna sprawa, że dla nich Starbucks to coś więcej niż kawa – to styl życia (całkiem ładny slogan mi wyszedł, nie?). Mieszkałem w hotelu Marriott Marina, pięć gwiazdek (nie żebym się chwalił, bo nie ja za to płaciłem, mnie na takie hotele raczej nie stać). Na dole restauracja i naprawdę przyzwoite śniadania, wliczone w cenę pokoju (trudno się dziwić, że wliczone, skoro nocleg kosztuje prawie 400 dolarów!). Ale w restauracji w porze śniadaniowej dziwnie pusto. Czemu? Bo w lobby hotelowym jest Starbucks! Mnóstwo ludzi rezygnuje z hotelowego śniadania, bo woli w swojej ulubionej sieci kupić litr mleka zabarwionego kawą i dwa muffinki czy inne donuty. Inna sprawa, że takie menu jest... niezwykle dietetyczne jak na tamtejsze zwyczaje. Standardowe śniadanie (American Breakfast) wygląda tak: jajecznica, smażony bekon, smażone kiełbaski, gotowana fasola, zapiekanka z ziemniaków, omlet z szynką, do tego sery, wędliny, pieczywo, tosty, potem owoce, obowiązkowo ze dwie szklanki soku pomarańczowego. To niby jest bufet i każdy bierze, co chce, ale uwierzcie mi, że niemało było takich, którzy... brali wszystko! I jak tu się dziwić, że co drugi tam ma tak koszmarną nadwagę, że poseł Ryszard Kalisz mógłby uchodzić za prowadzącego zdrowy tryb życia mężczyznę o średniej wadze.

Mam jednego kolegę, który częstowany czymś słodkim mówi zawsze: dziękuję, ale ze słodyczy najbardziej lubię śledzie. Ja w takim razie mogę powiedzieć: z amerykańskiej kawy najbardziej lubię... tequillę!

Na koniec dwie wiadomości: dobra i zła.

Zła jest taka, że I.nna znów jest przez kilka dni słomianą wdową, bo znów musiałem służbowo wyjechać i to po zaledwie 15 godzinach od powrotu z USA.

Dobra jest taka, że teraz jestem w kraju, który o kawie ma nieco większe pojęcie. Gdzie? Zajrzyjcie jutro na kawowego!
J.
dodajdo.com